Rwanda: sumienie nie pozwoliło mi wyjechać

Ostatnia aktualizacja: 24.05.2011 14:00
Na początku kwietnia 1994 roku w Rwandzie rozpoczyna się jeden z najkrwawszych konfliktów końca XX wieku. W kraju mieszka 257 Amerykanów, wkrótce zostanie jeden.
Audio

Gdy rozpoczyna się masakra w małym afrykańskim kraju, Carl Wilkens ma 36 lat, żonę i troje dzieci. Jest pracownikiem Adwentystycznej Organizacji Pomocy i Rozwoju. W "Klubie Trójki" wspomina, że Rwanda przed kwietniem 1994 była miejscem niezwykle urokliwym. Później jej ulice i wzgórza usłane będą ciałami członków plemienia Tutsi, przeciwko którym zwrócili się ekstremiści z Hutu. Ludobójstwo potrwa do lipca 1994.

Wilkens Afrykę odwiedza pierwszy raz jeszcze jako student i zakochuje się w tym kontynencie.  Po zakończeniu edukacji wraz z nowo poślubioną żoną postanawia tutaj osiąść. - Przez te wszystkie lata Afryka stała się naszym domem. Tu urodziły się moje córki – mówi.

Dylemat ojca

Gdy rozpoczyna się rwandyjski konflikt, Carl Wilkens i jego żona pracują na rzecz lokalnej społeczności. Z niebezpiecznego miejsca wyjeżdża tylko żona wraz z dziećmi. On zostaje, bo nie chce pozostawić bez wsparcia pracującej w ich domu kobiety z plemienia Tutsi. Doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby tak nie postąpił, Rwandyjka byłaby torturowana, a później zabita.  

- W tamtym momencie myśleliśmy co możemy zrobić, a nie co się z nami stanie – przyznaje gość Trójki.

Dodaje, że zmagał się wówczas z moralnym dylematem dotyczącym opuszczenia rodziny, ale ostatecznie uznał, że bycie dobrym ojcem i mężem oznacza także postępowanie w zgodzie z własnym sumieniem, a ono nie pozwoliło mu wyjechać. - Moja żona i ja przyjechaliśmy tam, żeby pomagać. Jeżeli ludzie potrzebowali pomocy to właśnie moim obowiązkiem było ją im nieść – przekonuje.

Carlowi Wilkensowi w czasie tych kilku miesięcy często grożono śmiercią. Ludzie wiedzieli, że chronił Tutsi. Jednak zagraniczny paszport dał mu pewien immunitet.  W Rwandzie bardzo ceniono cudzoziemców.  Postanowił więc wykorzystać swoją pozycję.

Rozmowa z ludobójcą

Przyznaje, że nigdy nie był bezpośrednim świadkiem masakr, których tam dokonano. Widział jednak skalę tragedii. - Pewnego ranka, gdy zbudziłem się po nocy wypełnionej dźwiękiem postrzałów, zobaczyłem wzgórza, które wyglądały jakby były pokryte śmieciami. Dopiero dzięki lornetce zrozumiałem, że to nie śmieci tylko setki ciał ludzi zamordowanych tej nocy – opowiada.

Interwencja Carla Wilkensa  powstrzymała jeden z takich bestialskich aktów. W desperackiej próbie ratowania wychowanków sierocińca w Gisimbie zdecydował się na rozmowę z przebywającym przez przypadek w okolicy premierem rządu Hutu – ludobójcą Jeanem Kambandą.

- To było ciekawe. On spojrzał na mnie i powiedział: znam cię, wiem jaką pracę tutaj wykonujesz. Znał też sytuację sierocińca i na końcu dodał: zapewnij im bezpieczeństwo – wspomina rozmówca Dariusza Bugalskiego.

"Zawsze istnieje jakaś szansa"

Podkreśla, że tamto wydarzenie było dla niego lekcją wartości jaką kryją w sobie pytanie i prośba. - Zawsze istnieje jakaś szansa. Często ją tracimy, bo o nią nie pytamy.

Historia sierocińca z Gisimby ma swój niezwykły epilog. - Kilka tygodni temu podczas mojej wizyty w Ontario w Kanadzie podeszła do mnie młoda dziewczyna i powiedziała, że jako kilkulatka była wtedy w tym sierocińcu. Teraz pracuje jako inżynier.

Carl Wilkens zauważa, że eksterminacją Tutsi w Rwandzie kierowały przede wszystkim osoby doskonale wykształcone. Ludzie prości opowiadali się przeciwko konfliktowi. Takim osobom gość Trójki zawdzięcza swoje życie. Podczas szturmu na jego dom w pierwszych dniach konfliktu w obronie amerykańskiej rodziny stanęły starsze sąsiadki z plemienia Hutu.

Wilkens z Rwandy wyjechał w lipcu 1994 roku. Wracał tam jeszcze kilkukrotnie. Efektem tych podróży jest książka "I’m Not Leaving" opisująca jego przeżycia. W lipcu tego roku planuje kolejną podróż, tym razem będzie zbierał materiały na temat ludzi oskarżonych o ludobójstwo.

Trzy lata temu rzucił też dotychczasową pracę. Teraz jeździ po Stanach Zjednoczonych prowadząc wykłady na temat maleńkiego afrykańskiego państwa i jego tragicznych doświadczeń, by jak sam przyznaje, zaszczepić innych przeciwko ludobójstwu. Na jednym z takich spotkań poznał grupę uczniów z Polski, która go zaprosiła do naszego kraju.

Aby wysłuchać całej audycji należy kliknąć w ikonę dźwięku w boksie "Posłuchaj" w ramce po prawej stronie.

Audycji "Klub Trójki" można słuchać od poniedziałku do czwartku tuż po 21.00. Zapraszamy.

(dmc)

Czytaj także

100 dni Rwandy. Wywiad z Wojciechem Tochmanem

Ostatnia aktualizacja: 21.05.2011 11:00
Są książki, których nigdy nie przeczytam. Nie dlatego, że są złe - przeciwnie, są dobre i ważne. Jednak dusza i ciało po nich choruje - ja tak mam. Dlatego polecam rozmowę Michala Nogasia z Wojciechem Tochmanem! (A. Szydłowska)
rozwiń zwiń