Apokalipsa i popkultura – jest się czego bać?

Mamy pandemię. Koronawirus jest realnym zagrożeniem, ale wydaje nam się chyba jeszcze większym niż jest w rzeczywistości. 
Kadr z filmu Epidemia strachu w reżyserii Stevena Soderbergha
Kadr z filmu "Epidemia strachu" w reżyserii Stevena SoderberghaFoto: mat. promocyjne
O Audycji

Tytuł Kwestia kultury 2020/03/15 20:06
Prowadzący Mariusz Cieślik
Opis

Kultura masowa, kino, telewizja, komiks wciąż straszą nas katastrofą. Tym samym potęguje to poczucie zagrożenia. UFO, ochłodzenie, ocieplenie, broń atomowa, pandemie  wszystko to było swego czasu tematem popkultury. A opowieści o rozmaitych zagrożeniach wracają cyklicznie. "Epidemia strachu" Stevena Soderbergha (choć powstały 9 lat temu, najchętniej oglądany film tego roku), "28 dni później" Danny'ego Boyle'a czy 12 małp Terry'ego Gilliama to nie tylko niektóre przykłady. W jaki sposób wykrzywiają one sposób postrzegania przez nas zjawiska epidemii czy katastrof humanitarnych w ogóle?

– Filmy katastroficzne nabierały pewnego kontekstu przez długie, długie lata w określonej kulturze. Pierwsze wielkie filmy katastroficzne powstawały w świecie, który jeszcze rozumiał podstawy kultury. Pierwszy wielki  w historii świata film katastroficzny to "San Francisco"  z 1936 roku. Był to film z głębokim przesłaniem humanistycznym, którym ludzie ginęli, ale na końcu coś się z tego odradzało. Później zaczęło powstawać kino katastroficzne dla samej katastrofy, lubujące się w pokazywaniu katastrofy ludzkości – mówił dr Łukasz Jasina.

– W Biblii apokalipsa jest, wbrew pozorom, czymś pozytywnym. Jest ostatecznym wyrównaniem rachunków. Ci, którzy czynili zło, zostają upokorzeni, a ci którzy byli poniżani – triumfują. Apokalipsa we współczesnym, postmodernistycznym znaczeniu to hekatomba, gdzie wszystko się zawala. – zauważył ks. dr Marek Kotyński.

kr

Goście dr Łukasz Jasina i ks. dr Marek Kotyński (filmoznawcy)
Playlista
Tagi
Playlista