Przetarg na dostarczenie polskiej armii śmigłowców wywołuje burzę wśród polityków. Niektórzy otwarcie zarzucają wręcz, że jest on "ustawiony". Polska armia zamierza kupić 70 śmigłowców za 10-12 mld zł.
- Postępowanie o takiej skali budzi duże emocje, ale ja jestem spokojny o nasze procedury oraz, że służby odpowiedzialne za ochronę tego rodzaju postępowań działają właściwie - powiedział w Jedynce szef MON Tomasz Siemoniak. - Nie jest dobrze, gdy komentarze polityczne wskazują na jakąkolwiek ofertę jako najlepszą - dodał.
Minister odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który wskazywał, którą firmę powinno wybrać MON. - Bardzo się dziwię prezesowi PiS, który wiedząc, że są dwie fabryki w Polsce, wskazał jedną z nich. A co z drugą? - zapytał Siemoniak. - Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby to utonęło w takich dyskusjach, w których związki zawodowe czy politycy będą wskazywali, która oferta powinna być wybrana - stwierdził.
Jak podkreślił, na prośbę dwóch z trzech oferentów termin składania ofert przesunięto z 28 listopada na 30 grudnia. - Zależy nam na tym, żeby trzech oferentów złożyło dokumenty - powiedział.
O wydłużenie terminu składania ofert w przetargu wnioskował między innymi producent Black Hawk'ów. Sikorsky pod koniec października ogłosił, że jeśli rząd polski nie zmieni wymagań, to wycofa się z walki o dostawę śmigłowców.
Prezydent i szef MON dostali nawet w tej sprawie list otwarty od prezesa Sikorsky Aircraft Corporation. W odpowiedzi na pismo kierownictwo MON informowało, że żadna z firm nie może czegokolwiek sugerować resortowi, bo przetarg ogłosiła armia i to armia "ustala reguły gry".
Niedawo Sikorsky zdecydował jednak, że chce złożyć ofertę, ale potrzebuje czasu. O przesunięcie terminu wnioskowała też francuska firma produkująca śmigłowce.
Minister obrony narodowej poinformował w Jedynce, że rozstrzygnięcie przetargu nastąpi w ciągu 2-3 miesięcy, a w pierwszej połowie 2015 roku zostanie podpisana umowa.
Jedynka, bk