Dziennik pokładowy - dzień 12: jezioro pod lodowcem

Ostatnia aktualizacja: 16.04.2014 14:45
Po oddaniu cum i podniesieniu kotwicy, płyniemy jeszcze głębiej fiordem Garibaldi. Na wodzie dryfuje coraz więcej brył lodu, takich miniaturowych gór lodowych. To odpryski lodowca, który widzimy przed sobą.
Selma Expeditionsw Zatoce Martial
"Selma Expeditions"w Zatoce MartialFoto: Krzysztof Horwat/Polskie Radio

Do lodowca zbliżamy się tak blisko jak się da. Co chwilę słychać, jak pęka, jego części odrywają się i wpadają do wody. Wszystko na naszych oczach.
W końcu zawracamy. Musimy wypłynąć z fiordu, żeby wrócić do Kanału Beagle. Ale zatrzymujemy się jeszcze raz. Krzysztof Jasica chce nam pokazać jezioro pod lodowcem - nieco wyżej w górach. Beata, Piotrek i ja podejmujemy wyzwanie. Ubieramy się w skafandry pilotów śmigłowców - będziemy brodzić po pas w wodzie. Pontonem podpływamy do brzegu i ruszamy. Już w pierwszej chwili czuję, że skafander nie zapewni pełnej ochrony przed wodą, a już na pewno nie przed lodowatą wodą. Nawet gdy wychodzę na chwilę z wody, moje stopy wciąż w niej tkwią. Kalosze są pełne wody.

Upewniam się na wszelki wypadek, czy wszyscy czują to samo. Tak. Odmrożenia ponoć nam nie grożą... Im dalej, tym lepiej. Stopy się przyczajają. A my raz w wodzie, raz na lądzie. Dookoła skały, woda i lasy. Idziemy w górę rzeki. - Jesteśmy w połowie - oznajmia Krzychu. Myślę sobie: żeby tylko nie musieli obcinać mi stóp. Silny prąd rzeki utrudnia wchodzenie. Kamienie są śliskie. Trzymamy się krzaków przy brzegu. W końcu widzimy wodospad. Obchodzimy go lądem i trafiamy do celu: to jezioro. A nad nim zwisa lodowiec. Jest pięknie! Ale musimy wracać, Selma musi wypłynąć dość szybko, by zdążyć przed sztormem, poza tym nie czuję stóp.

/Schodzimy. Dopada mnie głód. Cała energia poszła w stawianie oporu rwącej wodzie. Jestem zmęczony, ale szczęśliwy. Już widać miejsce, z którego przyszliśmy. - Skacz! - woła Krzysiek. Skaczę prosto do potoku. Skafander wypycha mnie na powierzchnię i tak płynę jak kosmonauta przez kilka metrów! Potem znowu jest płytko. I tak jeszcze ze dwa razy. W końcu jesteśmy na plaży. Część załogi podpływa po nas pontonem. Wydaje się, że Selma stoi bardzo daleko. Gdy tylko wchodzimy na pokład, zrzucamy z siebie mokre rzeczy. Jest dla nas nagroda: kapitan nagrzał wodę, biorę prysznic (po raz pierwszy od Puerto Williams) i zajadam się zupą. Płyniemy.
Krzysztof Horwat
Polskie Radio Program 1

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak