X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Radio Chopin

Tęsknota w Berlinie

Ostatnia aktualizacja: 11.03.2019 13:48
Zdawało się, że karty są rozdane. Dwa z koncertów, które czekały mnie w ramach zakończonych w niedzielę warsztatów dla krytyków muzycznych, organizowanych przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina, nie budziły wątpliwości co do tego, który z nich zostanie w pamięci: czy występ Filharmonii Szczecińskiej, z nieszczególnie znanym solistą-altowiolistą, czy koncert Filharmoników Berlińskich w nieodległej stolicy Niemiec, pod batutą nowego szefa słynnej orkiestry z gwiazdą międzynarodowych estrad, Patricją Kopaczinską (Kopatchinskaja).
Fasada nowego budynku Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie
Fasada nowego budynku Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w SzczecinieFoto: PAP/Marcin Bielecki

Pamięta się jednak nie to, co być może pod jakimiś względami bardzo dobre, lecz to, co wybitne i wyjątkowe. I tu okazało się, że abonamentowy wieczór w Szczecinie miał aż dwa asy w rękawie.

Pierwszym był wybór repertuaru. Programy obu koncertów zestawiać można tym bardziej, że były wyraźnie analogiczne. Drugie części wieczorów wypełniły symfoniczne dzieła romantyzmu rosyjskiego, w Szczecinie Tańce symfoniczne Rachmaninowa, w Berlinie V Symfonia Czajkowskiego. W pierwszych częściach natomiast zabrzmiały dwa duże koncerty XX-wieczne, koncerty na instrument melodyczny z orkiestrą: w Szczecinie altówkowy Alfreda Schnittkego, w Berlinie skrzypcowy Arnolda Schoenberga. I tu tkwi clou różnic między oboma występami.

Koncert Schoenberga jest rozbudowanym dziełem z późnego, amerykańskiego okresu twórczości kompozytora, w którym dodekafoniczna konstrukcja ukryta została w możliwie klasycznej formie, dając efekt w postaci muzyki o barwowym bogactwie, ale jednocześnie nieszczególnie poruszającej, odznaczającej się raczej popisowością, niż trafianiem do emocji słuchaczy. Kopatchinskaja wykonała go nie eksponując przesadnie wszechobecnej wirtuozerii, dążąc raczej do podkreślenia narracji, która jednak nie układała się w wyraziste wypowiedzi – we frazy „elokwentne”, czyli „gadające” do słuchacza swym bogactwem artykulacyjnym (jak np. potrafiła to Hillary Hahn). Trudno było dosłuchać się kontrastów emocjonalnych między poszczególnymi ustępami, odnaleźć cząsteczki melodyczne, które kompozytor zawarł w swoim utworze (wprowadzając nawet oznaczenie „Con spirito”) – choć całość brzmiała koherentnie. Niestety, w tym akurat dziele interpretacja, której nie dostaje bardzo wyrazistego gestu (czy też w której „gest” ogranicza się do ruchów skrzypaczki), grozi monotonią.

Monotonia dopadła mnie tym bardziej, że jeszcze mniej szczegółów dostrzegł w Koncercie Schoenberga dyrygent: nawet drobny, ale charakterystyczny i ważny cytat chorału blachy z Koncertu skrzypcowego Albana Berga (mały punkt kulminacyjny przed kadencją w I części) przeszedł niedostrzeżony, obojętny dla przebiegu muzyki.

W Szczecinie natomiast na estradzie pojawił się dość młody niemiecki altowiolista Nils Mönkemeyer – w zastępstwie niedysponowanego Jurija Baszmieta. Wydawało się, że nie mamy szczęścia, gdyż jak zastąpić wielkiego artystę, dla którego w 1985 r. powstał utwór Schnittkego? Mönkemeyer nie był jednak przypadkową osobą: to muzyk nie tylko utytułowany nagrodami w konkursach, profesor kilku uczelni, ale także znawca Koncertu Schnittkego, który studiował pod okiem Baszmieta – a co nie mniej ważne, muzyk posiadający bardzo osobisty stosunek do tego dzieła. Na szczecińskiej estradzie usłyszeliśmy więc nie tylko doskonałą technikę i niezwykle piękny, intensywny dźwięk, ale przede wszystkim dojrzałą, głęboką interpretację, poruszającą najbardziej tragiczne tajemnice ukryte w muzyce. Gdyż utwór Schnittkego jest dziełem wstrząsającym – a zarazem pewnego rodzaju summą twórczości kompozytora. Mimo że do pełnej satysfakcji zabrakło mi wyrazistego, architektonicznego skonstruowania niesamowitej kulminacji trzeciej części – załamanie wznoszącej się powoli melodii solowej altówki przez nagły spadek na bolesny dysonans po prostu się wydarzyło, a nie odebrało dech słuchaczom – mieliśmy do czynienia z zupełnie inną jakością, niż względnie efektowne odczytanie Koncertu Schoenberga w Berlinie. Trzeba podkreślić, że godnym i znakomitym partnerem dla Mönkemeyera była szczecińska orkiestra: dyrygent, Wilson Hermanto, ze zrozumieniem podszedł do roli i znaczenia każdego szczegółu.

Tego samego nie można powiedzieć niestety o jego wykonaniu Tańców symfonicznych, w których często szeregi akordów stawiane były w jednakowy sposób, nie kształtując elementów frazy, a całość robiła wrażenie niespójnej dramaturgicznie, kulminując w hałaśliwym finale. Zastanawiająca jest – bardzo w tym miejscu dokuczliwa – popularność niemieckiego ustawienia orkiestry. Mam świadomość, że naprzeciwległe rozstawienie skrzypiec po lewej (pierwsze) i prawej stronie estrady (drugie) z punktu widzenia – a przede wszystkim słyszenia – dyrygenta jest niezwykle korzystne: każda sekcja kwintetu jest wyraźnie wyróżniona, zabieg ten nadaje także muzyce ciekawej przestrzeni. Niestety, słuchacze – niestojący z reguły pośrodku orkiestry – mają do czynienia z zupełnie inną sytuacją: z pierwszymi skrzypcami emitującymi dźwięk w kierunku publiczności oraz drugimi, grającymi w tylną ścianę. Łatwo domyślić się, że obie sekcje brzmią zupełnie inaczej – drugie zawsze znacznie słabiej od pierwszych, ale konsekwencje są jeszcze dalsze. Otóż wiolonczele (a w tym wypadku i kontrabasy) lądują gdzieś w środku estrady (po lewej lub po prawej stronie), grając bezpośrednio ku słuchaczom – zważywszy na naturę fal dźwiękowych, w których niskie częstotliwości mają skłonność do przykrywania wyższych, dostajemy orkiestrę przede wszystkim donośnie odtupującą basowy akompaniament – choć trzeba też przyznać, że gdy wiolonczele otrzymują partie tematyczne, brzmią nadzwyczaj efektownie. Zwłaszcza wówczas, gdy dźwięk ich jest ciepły i aksamitny, a nie cokolwiek chropowaty – jak niestety zdarzyło się Filharmonikom Szczecińskim.

Nic dziwnego, że w drugiej części wieczoru faktycznie trudno zestawiać występ polski z niemieckim. Co nie oznacza, że V Symfonia Czajkowskiego pod batutą Petrenki przekazała coś wartego zapamiętania. Blado zabrzmiał już wstęp: klarnet, na którego barkach spoczywa tu cały ciężar dramaturgii, nie stworzył żadnej wypowiedzi (przypomnijmy sobie, jak opowiada w tym miejscu klarnecista nagrań Mrawińskiego, albo choćby jak refleksyjno-organicznie rozwija się ten fragment nawet pod batutą Masura czy późnego Celibidache!) – i nie jest to wina znakomitego instrumentalisty, lecz dyrygenta. Podobnie w drugiej części początkowy temat rogu zabrzmiał wprawdzie perfekcyjnie, ale tak płasko i beznamiętnie, że nie dziwiło, iż późniejsza wielka kulminacja nie była emocjonalnym szczytem, na który wspinalibyśmy się długą drogą, by stanąć w poczuciu grozy nad przepaścią ciszy – pauzy generalnej – lecz niczym więcej niż zwykłe crescendo (przykryte brzmieniem kotłów – co potwierdzili słuchacze z różnych punktów sali) – z nagła się urywające. Urwanie to trwało jednak znacząco długo – co ujawniło pewien wybitny talent dyrygenta: umiejętność operowania czasem. Szkoda, że następujące po pauzie pizzicata także nie próbowały wziąć na siebie jakiegoś emocjonalnego ciężaru, a jedynie beznamiętnie zabrzmiały, brnąc ku końcowi Andante maestoso... Cała druga część pozostawiła wrażenie zmarnowanego czasu – ale idący po niej walc trzeciej części był dla odmiany jedynym w pełni doskonałym punktem koncertu. Giętki, elastyczny rytm, roztańczony i wyraźnie podany z emocjonalnymi ritardandami, podkreślającymi emfatycznie frazę – dyrygent skorzystał tu w pełni ze swego wyczucia agogiki, ruchu i czasu, tworząc w tym najbardziej sentymentalnym fragmencie Symfonii arcydzieło wykonawstwa. W czwartej części wystarczyło już tylko postawić na szybkie tempo i hałaśliwość – jakość orkiestry zamieniła to w efektowny finał, który wywołał rzadką w Berlinie owację. Zatęskniłem do Schnittkego.


Jakub Puchalski