X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Radio Chopin

Schumann i Chopin. Niestety

Ostatnia aktualizacja: 20.04.2019 02:36
Po raz ostatni wystąpił w Polsce ponad 40 lat temu, choć towarzyszył nam stale dzięki swym kolejnym płytom. Podziwiany za chłodne, wykalkulowane ale logiczne interpretacje, realizowane z żelazną konsekwencją dzięki iście stalowym palcom i ogromnej technice, pozwalającej mu ze swobodą sięgać po każdą pozycję repertuarową – dziś wciąż przyciąga uwagę. Niestety.
Maurizio Pollini
Maurizio PolliniFoto: Javier del Real/PAP/EFE

Maurizio Pollini był przez dekady niedościgłym arystokratą fortepianu: mistrzowskim technikiem, chłodnym logikiem, dobierającym repertuar pod względem jakości muzycznej, nie popularności. Pamiętam, że poznałem go przez Koncerty Beethovena i dopiero później ze zdziwieniem dowiedziałem się, że był zwycięzcą Konkursu Chopinowskiego (1960) – ze zdziwieniem, bo nikt mniej nie pasował mi do Chopina, niż on. Tymczasem Chopin był zawsze poważną częścią jego programów – i takim pozostał do dziś, gdy pianista nie tylko utrwala z nim kolejne płyty, ale i wykonuje go na koncertach. Muzyka polskiego kompozytora wypełniła też połowę programu podczas ostatniego recitalu pianisty w Carnegie Hall, któremu miałem okazję się przysłuchiwać – po jakichś 17 latach przerwy od poprzedniej takiej okazji, w Musikverein w Wiedniu.

Z wiedeńskiego występu zapamiętałem przede wszystkim ślicznie rozbłyskujące iskierki dźwiękowe Stockhausena i jałowe, mocno zamazane pedałem sonaty Beethovena, na koniec przypieczętowane taką samą Balladą g-moll Chopina, będącą, jak się miałem ostatnio dowiedzieć, od dwóch dekad standardowym bisem Polliniego (obok Scherza cis-moll, Berceuse i Etiudy a-moll z op. 25). Nie miałem wówczas jednak wrażenia, by przy... obojętności na muzykę (?) – a może znudzeniu nią (?)... – jakoś bardzo znacząco osłabły pianistyczne możliwości włoskiego artysty, choć z pewnością nie kontrolował już jej przebiegu w drobnych szczegółach, niegdyś płynących na wielu poziomach dynamicznych w wartkich tempach. Potwierdziły to też następne płyty, z których zobiektywizowane Nokturny mogły podobać się ze względu na ukazanie struktury utworów – co zawsze było atutem Polliniego – nawet jeżeli teraz całość nie była przyobleczona w równie błyskotliwą szatę zewnętrzną, jak w ubiegłym stuleciu... Pewien charakter miały nawet mazurki, których opus 33 pojawiło się wraz z ciekawie pod pewnymi względami skonstruowaną Balladą F-dur i Impromptu Fis-dur oraz II Sonatą b-moll.

Stopniowo jednak coraz wyraźniejsze stawało się (może właśnie poczynając od Nokturnów z 2005 roku, gdzie brzmiały chyba jedne z pierwszych symptomów – po najnowszą płytę z m.in. Sonatą h-moll Chopina, gdzie sytuacja jest już bardzo zaawansowana), jak Pollini i jego interpretacje tracą na swobodzie: jak zanika nie tylko pewność i biegłość, ale przede wszystkim architektura utworów - ujednolicająca się, coraz bardziej uśredniona, między mezzopiano a mezzoforte. Początkowo zrzucało się to po części na karb „obiektywności” pianisty, jego logicznej „antyemocjonalności”. Teraz „obiektywność” osiągnęła w gruncie rzeczy poziom nieporadnej monotonii – gdy w Nokturnach op. 62 brak nie tylko oddechu i melodii (albo napięć między nią a odstukanym – choć wciąż ładnym dźwiękiem – basem), ale wręcz jakiejkolwiek różnicy między kolejnymi cząstkami budowanej przez Chopina opowieści. Opowieści? Wykonawca kompletnie nie dostrzega jej ani tu, ani nawet w Balladzie g-moll, która ponownie przeciągnęła jako bis.

Ten opis niestety pasuje równie dobrze do wszystkich innych pozycji w programie – choć jeszcze w otwierających koncert Intermezzi op. 117 Brahmsa miałem nadzieję, że pewne elementy struktury, wyraźnie słyszalne i nawet tworzące niekiedy zręby planów dźwiękowych, okażą się bazą dla współczesnych interpretacji Polliniego. Tego przekonania pozbawił mnie już następny utwór – skądinąd wybrany chyba najgorzej, jak to możliwe: III Sonata f-moll Schumanna. Ów Concert sans orchestre to nie tylko dzieło ogromne (nawet w swej trzyczęściowej postaci), ale i niezwykle wymagające, zarówno pod względem technicznym, jak i koncepcyjnym. Muzyka, której wykonawca musi pomóc: odnaleźć sposób na połączenie nieco rozpadającej się konstrukcji z romantyczną fantazją, której kapryśność w tej wielkiej formie tylko utrudnia zadanie. Pollini nigdy nie był romantykiem, ani też nie zajmował się ironią i humorem – w jego asortymencie pozostawała jedynie konstrukcja i technika. Gdyby choć jedna z nich naznaczyła to wykonanie Sonaty f-moll! Tymczasem brnęliśmy przez utwór Schumanna z wrażeniem jednostajnej, pozbawionej fraz i utykającej lektury – choć pianista naturalnie grał z pamięci.

Polonez fis-moll Chopina, który otworzył drugą część koncertu, był może najmniej udanym utworem programu – miałem nadzieję, że nigdy nie zdarzy mi się słyszeć takiego pianisty, jak Pollini, w tak smutnej formie.

Rzecz jasna, artysta zmienia się z latami. Rzecz jasna, jak większość traci swą niezwykłą technikę. Problem w tym, że Pollini najwyraźniej nie ma jej czym zastąpić. Nigdy nie była dla niego celem samym w sobie – w tym sensie nigdy nie celował w wirtuozerii – ale od samego początku służyła mu wyłącznie do błyskotliwego prezentowania konstrukcji muzyki. W tej chwili nie jest już w stanie sprostać tej architekturze – ukazać jej zróżnicowania, jej stabilnych filarów i wspierających łuków, jej wyniosłych wież, świetlistych głównych naw i ciemności pełnych detali bocznych kaplic. I okazuje się, że fakt, iż pianisty nigdy nie interesowała TREŚĆ muzyki, ciężar znaczeń dźwięków (nawet nie znaczeń pozamuzycznych, lecz czysto brzmieniowych, ale nie wyłącznie konstrukcyjnych) – stał się drogą bez wyjścia. Pollini ewidentnie nie ma zasobów, z których mógłby czerpać – tak jak tylu innych pianistów, którzy w swych naprawdę późnych latach poświęcali się zagospodarowaniu niszy poetów lub filozofów fortepianu – by wymienić Cherkasskiego (ten akurat nie cierpiał na ubytki techniczne, lecz na późne dojrzewanie) albo Arraua, lub nawet Richtera.

Z całego recitalu chciałbym, by został mi w pamięci jeden fragment: lewa ręka, rozpoczynająca Chopinowską Berceuse. Subtelne a dźwięczne brzmienie (Pollini zachował swój złoty ton, zawsze donośny, a nigdy nie siłowy), tworzące podstawę dla tematu i następujących po nim wariacji. Zagranych naturalnie w pogłosie pedału i w tempie współczesnym – „konstrukcyjnym” – czyli znacznie bardziej wyrównanym, niż robili to dawni mistrzowie. Ale oni chcieli czarować i snuć opowieści, a nie realizować nuty i przedstawiać struktury.


Jakub Puchalski