Radio Chopin

Koniec epoki

Ostatnia aktualizacja: 10.10.2019 12:30
Często się go obwieszcza. Tym razem jednak pewna epoka faktycznie się zakończyła: epoka pianistyki wiedeńskiej. W ciągu pół roku zmarli Jörg Demus (16 IV) i Paul Badura-Skoda (25 IX). Pozostał jeszcze wprawdzie Alfred Brendel – najmłodszy i pewnie najsłynniejszy z nich – ale od 11 lat już nie gra, a wykłady, z którymi podróżuje, trudno nazwać kontynuacją szkoły pianistycznej. Mimo pewnych pozostałości – ów klasyczny nurt pianistyki przestał istnieć definitywnie.
Paul Badura-Skoda
Paul Badura-SkodaFoto: Jean Baptiste Millot/mat. pras.

Trudno znaleźć zjawisko równie głęboko zakorzenione w estetycznych dążeniach wykonawstwa XX wieku. W połowie stulecia, zwłaszcza po wojnie, wyraźnie wyznawanym powszechnie podstawowym ideałem sztuki muzycznej stała się obiektywna lektura tekstu partytury, kojarzona z – i uzasadniana – odczytaniem intencji kompozytora. Domniemane, choć na gruncie obowiązującej wówczas neopozytywistycznej wiary w naukę (która może wyjaśnić także sztukę), uważane za nieledwie pewnik „intencje kompozytora” stały się – wciąż dla wielu obowiązującym – wskaźnikiem każdej decyzji wykonawczej.

Jakby u źródeł tego nurtu wyłonili się pianiści wiedeńscy: Badura-Skoda, Demus oraz dwaj poniekąd outsiderzy: Brendel, a wcześniej Friedrich Gulda. Wszyscy oni przeszli przez nauczanie Edwina Fischera, będącego jednym z największych wizjonerów klasycznej pianistyki w dziejach. Poprzez Fischera wszakże – który studiował u Martina Krausego – w tym nurcie żyły pewne elementy sztuki Liszta (Krause był uczniem Liszta), a wraz z nią – być może – Czernego i Beethovena. Bazując na takich asocjacjach, wiedeńscy pianiści sięgnęli po prymat w interpretacji muzyki wiedeńskich klasyków – i wraz z laurami spływającymi na nich już w latach 40. i 50., prymat ten otrzymali. Nie bez słuszności.

Trzeba przyznać, że radykalny Brendel wykazał się odpowiedzialnością, rezygnując z koncertów w wieku blisko 78 lat, gdy uznał, że jego zawsze nieskazitelna, choć jakby niewidoczna dotąd technika, zaczyna być problemem, nie pozwalając mu oddać właściwego kształtu kompozycji. Podobnie można było określić technikę dwóch zmarłych już pianistów – jednak nie podjęli oni podobnej decyzji, co przynosiło wiele stresów słuchaczom ich późnych koncertów. Mimo to trudno oceniać taką postawę negatywnie: w ten sposób, uwzględniając oczywiste mankamenty, pewne walory ich gry mogły być przekazywane dalej, mogły trafić do następnego pokolenia. Nie w wersji idealnej, ale w wersji ideowej już jak najbardziej tak. Młodsi słuchacze i pianiści mogli spotkać się z tym wyjątkowo klarownym podejściem do formy i do faktury utworu, konsekwencji rytmicznej – nieledwie logicystycznego odtworzenia partytury: skupionego na obiektywiźmie, ale mimo to – w wypadku talentów obu wybitnych pianistów – w jakiś magiczny sposób poetyckiego.

Zagadnieniu szkoły wiedeńskiej – którą można by nazwać szkołą neopozytywistyczną (by nie rzec: kręgiem wiedeńskim) i która fundamentalnie wpłynęła na estetykę wykonawstwa II połowy XX wieku, od estrad filharmonicznych po barokowe – będziemy przyglądali się w nadchodzących audycjach Ucho nienasycone i Czarne na białych.

(jp)