Radio Chopin

Moderatissimo

Ostatnia aktualizacja: 11.03.2020 13:10
Jak uczcić rocznicę Beethovena? Nowojorska Carnegie Hall zdecydowała się – wraz z najbardziej cenionymi muzykami występującymi na jej estradzie – przedstawić zestaw utworów kameralnych. Emanuel Ax, Leonidas Kavakos i Yo-yo Ma wykonali więc wybór sonat skrzypcowych, wiolonczelowych oraz triów fortepianowych. Miałem okazję wysłuchać pierwszego koncertu z cyklu.
Emanuel Ax  Leonidas Kavakos  Yo-Yo Ma
Emanuel Ax / Leonidas Kavakos / Yo-Yo MaFoto: Jennifer Taylor

Emanuel Ax ma ogromne i wyjątkowe doświadczenie w tej muzyce. 50 lat temu, przy okazji poprzedniej okrągłej rocznicy kompozytora z Bonn, jako student pracował z Leonardem Rosem – wielki wiolonczelista przygotowywał się do wykonania kompletu Triów razem z Eugenem Istominem na fortepianie i Isaakiem Sternem na skrzypcach. Potem w zespole, w którym Rose'a zastąpił Yo-yo Ma, Emanuel Ax znalazł się na miejscu Istomina – znamy świetne nagrania tego tria (a wraz z Jaime'em Laredo – kwartetu). Dziś okazuje się, że o ile dla dawnego pianisty i wiolonczelisty udało się znaleźć godnych następców w muzykach następnego pokolenia, o tyle skrzypek pozostał niezastąpiony. Nie tylko z powodu wyjątkowego geniuszu Sterna.

Pierwszy koncert obecnej serii Beethovenowskiej otworzyły Wariacje na temat „Bei Männern, welche Liebe fühlen” z Czarodziejskiego fletu Mozarta, po których przyszła jedna z najbardziej niezwykłych, tajemniczych Sonat Beethovena: C-dur, z op. 102. Już jej początek: temat podany przez wiolonczelę solo – piano, stopniowo gasnąc – narzucił bardzo subtelny sposób odczytania utworu. Delikatnie dialogująca z fortepianem wiolonczela Yo-yo Ma prowadziła więc słuchaczy przez meandry utworu, który zbudowany jest w ten specjalny, właściwy tylko dla niektórych dzieł Beethovena sposób, w którym wspólna narracja dwóch instrumentów łączy się z ciągłym wyłanianiem się, kreowaniem świata przez muzykę. Wykonawcy nadali temu nieustannemu procesowi postać nie tylko nadzwyczajnie delikatną, lecz i zatopioną w refleksji. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się słyszeć na przykład głębokiego znaczenia, jakie w tej muzyce może wynikać z pauz: największym artystom zdarza się czasami, że momenty milczenia mówią więcej, niż jest w stanie powiedzieć dźwięk (np. Michelangelemu w Koncercie Es-dur Liszta) – i tutaj mieliśmy do czynienia właśnie z tym nadzwyczajnym zjawiskiem.

By osiągnąć ten stan, trzeba znać wagę dźwięku i znaczenie każdej nuty. Niczego podobnego nie udało się powtórzyć z Leonidasem Kavakosem. W porównaniu z wiolonczelistą skrzypek okazał się gadułą, ale – jak to bywa z gadułami – niesłuchającym innych i nie rozumiejącym konieczności wyciszenia się. O ile więc w Sonacie G-dur op. 96 Ax wciąż rozwijał subtelnie frazy, Kavakos podejmował dialog jedynie na poziomie lektury tekstu, płasko realizując nuty. Nie wystarczy mieć dobrą technikę (choć w tym wypadku nie niezawodną; drobne nieczystości nie przeszkadzałyby jednak w ogóle, gdyby były wypełnione treścią), nie wystarczy piękny dźwięk (którego Kavakosowi i jego stradivariusowi nie sposób odmówić). Już początkowy tryl jedynie rozmazał rozwijający się z niego temat, a później pozostało wrażenie niezrozumienia tempa – zawsze bardzo umiarkowanego – które proponował pianista, i budowanej przez niego narracji. Wykończone frazy, w które układały się dźwięki fortepianu, pozostawały puste w skrzypcach. Na koniec, niczym gwóźdź do trumny, niesamowita, polifoniczna wariacja w g-moll, która może oznaczać dramatyczne przełamanie, a tutaj miała być raczej wyszeptanym zachwianiem przed finałową kodą, właściwie znikła. Charakter moderato okazał się miałki.

Podobnie niczym specjalnym nie odznaczyło się też Trio c-moll z opusu 1. Szkoda, bo to szczególnie poruszające dzieło w tym zbiorze, w którym Beethoven zademonstrował się światu jako dojrzały kompozytor, który będzie zdolny przesuwać granice muzyki. Czego niebawem dowiódł – na długo przed obu zaprezentowanymi sonatami. Ciekawiej wypadła zagrana na bis wolna część z Tria B-dur Schuberta – też jednak głównie dlatego, że partie instrumentów są tu bardziej niż u Beethovena rozdzielone, i częściej mogliśmy cieszyć się momentami kameralistyki najwyższej próby w wykonaniu Axa i Ma.


Jakub Puchalski