Radio Chopin

Ostatnie chwile Fryderyka Chopina

Ostatnia aktualizacja: 17.10.2020 07:00
Zachowało się wiele opisów ostatnich dni Fryderyka Chopina. Każde z tych wspomnień wnosi jakieś osobliwe spojrzenie, jednak wizje te są ze sobą sprzeczne. Istnieje wiele wersji tego, co Chopin miał powiedzieć przed śmiercią, kto czuwał przy jego łóżku, a nawet kiedy oddał ducha.
Grób Fryderyka Chopina, 1926
Grób Fryderyka Chopina, 1926Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wiadomo na pewno, że Chopin ostatnie chwile spędził w mieszkaniu przy Place Vendôme numer 12. Po jednoznacznej diagnozie o nadchodzącej śmierci, postawionej przez doktora Cruveilhiera, 12 października kompozytor przyjął ostatnie namaszczenie z rąk swojego przyjaciela, ks. Aleksandra Jełowickiego. Zmarł nad ranem, około drugiej w nocy, 5 dni później. Pewne jest również to, że Chopin – narzekający od pewnego czasu na znużenie i samotność – odchodził otoczony przez grono najbliższych. Po usilnych prośbach Chopina („Słaby jestem i żadne doktory mi tak jak Wy nie pomogą…”) do Paryża przybyła jego ukochana siostra Ludwika, która dbała o niego aż do ostatnich chwil.  Coraz słabszy Chopin bał się zostawać sam, noce wypełnione bezsennością spędzali więc na zwierzeniach i rozmowach („w nocy lubił gawędzić, opowiadać mi smutki swoje i przelewać w kochające i pojmujące go serce to co go najmocniej dotykało…”). Przyjechała do niego Solange; Delfina Potocka umilała mu ten trudny czas swoim śpiewem (prawdopodobnie wykonała na jego prośbę arie z Normy Vincenza Belliniego oraz kilka jego utworów). 

Niektórzy opisują, że mieszkanie Chopina wypełniały tłumy oczekujące na jego odejście. Potwierdzają to m.in. słynne słowa Pauliny Viardot, o tym, że „wszystkie wielkie damy Paryża uważały za swój obowiązek zemdleć w jego pokoju, gdzie tłoczyli się również artyści szkicujący go pospiesznie, a jakiś dagerotropista chciał nawet przesunąć łóżko do okna, by słońce padało na umierającego”. Słowa te potwierdza Jules Janin: „w przyległym pokoju nie wiadomo, ile księżnych, hrabin, markiz i nawet parę mieszczek oczekiwało na kolanach godziny jego skonania”. Mimo że nie można dać wiary tym przekazom (często pochodzących z drugiej, a nawet trzeciej ręki), oddaje to charakter miejsca i czasów, w jakich żył Chopin. Niewątpliwie potwierdza to również, jaką był postacią i jak wielką cieszył się popularnością, nawet jeśli nie jako kompozytor, to jako człowiek.

Najprawdopodobniej jednak Chopina otaczała niewielka grupa przyjaciół – oprócz wspomnianych dam księżna Marcelina Czartoryska wynajęła mieszkanie na tym samym placu, żeby być blisko, Chopinowi towarzyszyli również Thomas Albrecht i Adolf Gutmann. Oczywiście wiele osób przychodziło w odwiedziny, by porozmawiać czy pożegnać się z Chopinem, dalekie to było jednak od wskazanych opisów. Chopin, mimo iż był już bardzo słaby, znajdował siły, by z „dobrocią i pobłażliwością, które już nie były z tego świata”, porozmawiać, pożegnać się czy nawet udzielić kompozytorskich instrukcji. Adolfa Gutmanna, Auguste’a Franchomme’a i innych młodych muzyków prosił, by uprawiali tylko dobrą muzykę. Mówił: „zróbcie to dla mnie – jestem pewien, że was usłyszę – to mi zrobi przyjemność”. 

Podejrzewać można, że Chopin, już od jakiegoś czasu świadomy był nadchodzącego końca. Właściwie od kwietnia robił się coraz słabszy. Jako przyczyny znacznego pogorszenia się stanu zdrowia kompozytora, wskazuje się m.in. trudne rozstanie z George Sand oraz męczące tournée po deszczowej i zimnej Anglii.

W maju 1849 roku Chopin odczuwa kryzys, pali niektóre ze swoich rękopisów. Przed śmiercią prosi, by zniszczyć wszystkie nieukończone dzieła, a tylko te całkowicie skończone pozwala wydać. Wojciech Grzymała wspominał słowa kompozytora: „znajduje się wiele utworów, w większym lub mniejszym stopniu niegodnych mnie (…). Jedyne nieukończone dzieło, które pozwala zostawić, to Metoda fortepianowa (Méthode des méthodes – podręcznik gry na fortepianie). Cała reszta „bez żadnego wyjątku ma być strawiona przez ogień, mam bowiem dla publiczności zbyt wielki szacunek i nie chcę, by na moją odpowiedzialność i pod moim nazwiskiem rozchodziły się utwory niegodne publiczności” – nalegał Chopin. Kompozytor zostawia też bliskim wskazówki, pewnego rodzaju „duchowy testament”, w którym opisuje jak ma przebiegać jego pogrzeb i gdzie spocząć ma jego serce.

W końcu, w nocy z 16 na 17 października artysta wyraźnie słabnie. Niektórzy opisują, jakoby doznał „ataku” i skonał na rękach wezwanego na ratunek Gutmanna. Przypisują Chopinowi różnorakie „ostatnie słowa” – wskazujące na jego pojednanie z Bogiem czy pożegnalne westchnienie („cher ami”). Wobec mnogości fałszywych wersji Ludwika Ciechomska (siostrzenica kompozytora) publikuje artykuł pod tytułem „Ostatnie chwile Chopina”, w którym poddaje w wątpliwość to, że Fryderyk Chopin skonał w ramionach swojego przyjaciela, którego prawdopodobnie nie było wtedy przy nim. Podaje też, że w ostatnich słowach Chopin westchnął „Matka, moja biedna matka”…

Następnego dnia, zgodnie z panującą wtedy modą, utrwalono wizerunek Chopina poprzez zdjęcie maski pośmiertnej i zrobiono odlew dłoni (obu czynności dokonał mąż Solange, Jean-Baptiste Clésinger). Bliski Chopinowi malarz, Teofil Kwiatkowski starał się uchwycić twarz kompozytora w szkicowniku, oddając jej „piękno i wyraz młodzieńczej pogody”. Teraz pozostało jeszcze – zgodnie z wolą Fryderyka – wydobyć jego serce. Procedury tej dokonano z najwyższą starannością. Serce Chopina, w szczelnie zamkniętym słoju wypełnionym spirytusem było gotowe, by powrócić do ukochanej Ojczyzny.

Przygotowania do pogrzebu wydłużały się. Spełnienie prośby Chopina, by na jego mszy pogrzebowej rozbrzmiało Requiem Wolfganga Amadeusa Mozarta okazało się nie lada wyzwaniem. Wedle panujących przepisów, w kościele parafialnym nie mogły występować kobiety. Ostatecznie, po wielu zabiegach – które doprowadzały siostrę, Ludwikę, do granic możliwości – udało się wynegocjować, że wykonawcy będą śpiewać ukryci za zasłoną, niewidoczni dla publiczności. Tylko pod tym warunkiem arcybiskup paryski udzielił pozwolenia na wykonanie Requiem przez damy na pogrzebie „polskiego Mozarta”.

Wydarzenie przyciągnęło cały paryski „światek”. 30 października przed kościół św. Magdaleny zajeżdżały eleganckie powozy. Samych zaproszonych gości było około 3 tysięcy, oprócz tego tłumy gromadziły się pod świątynią. Ceremonia żałobna rozpoczęła się wykonaniem marsza żałobnego Chopina z Sonaty b-moll w orkiestracji Napoleona Henri Rebera. Następnie zabrzmiało Requiem. Wśród solistów wystąpili: Jeanne-Anaïs Castellan (sopran), Paulina Viardot (alt), Alexis Dupont (tenor) oraz Luigi Lablache (bas) – znany m.in. z wykonania Tuba mirum z tego utworu na pogrzebie Beethovena. Podczas Ofiarowania Louis Lefébure-Wély zagrał dwa preludia Chopina: e-moll i h-moll, po czym improwizował na jego tematy. Po wzruszającej i przepięknej ceremonii ciało Chopina odprowadzono na cmentarz Pére Lachaise, gdzie spoczął w pobliżu Belliniego i Luigiego Cherubiniego. W tej ostatniej drodze towarzyszyli mu m.in. Giacomo Meyerbeer – jako przedstawiciel świata muzycznego, Adam i Aleksander Czartoryscy – reprezentanci świata polskiej emigracji i inni przyjaciele: Eugéne Delacroix, Franchomme i Gutmann.

Nie był to jednak koniec podróży. Serce Chopina czekała jeszcze długa droga do Polski. Wydarzenie to również obrosło w mity, jakoby Ludwika – odpowiedzialna za sprowadzenie tego cennego skarbu – schowała go w poły swojej spódnicy i w ten sposób przemyciła przez granicę celną.

 „Gdy żandarmi pruscy na granicy kazali im wysiąść z powozu i dokładnie sprawdzali, czy kobiety nie przemycają do Kongresówki czegoś, co mogłoby wzmagać jakieś niepoważne niepodległościowe nastroje Polaków, niczego oczywiście nie znaleźli.

Po drugiej zaś stronie granicy, w Kaliszu, czekał już na nich powóz przysłany z Warszawy oraz kilkoro przyjaciół. I świadków tej smutnej ceremonii. W czarnych frakach i wysokich kapeluszach utworzyli szpaler, ich pobladłe żałobne twarze z nabożnością zwracały się ku każdemu wyłożonemu pakunkowi. Ludwice jednak przy pomocy wtajemniczonej we wszystko Anieli udało się na chwilę oddalić i wyplątać słój z ciepłych wnętrzności sukni. Aniela, nurkując w koronkach, wyciągnęła bezpiecznie słój i podała go Ludwice takim gestem, jak podaje się matce nowo narodzone dziecko. A potem Ludwika rozpłakała się. W eskorcie kilku powozów serce Szopena dotarło do stolicy."

Marta Jankowska