Logo Polskiego Radia
polskieradio.pl
Katarzyna Kucharska 28.09.2011

Duch Szpota

Janusz Szpotański – rocznik 1929 – obdarzony był wyjątkowym i wszechstronnym umysłem. Bardzo wcześnie, już jako kilkunastoletni chłopak, ujawnił nadzwyczajne zdolności szachowe i w krótkim czasie wszedł do krajowej czołówki, uzyskując tytuł mistrzowski.
Janusz Szpotański i Antoni Libera  w latach 80.Janusz Szpotański i Antoni Libera w latach 80.

Królewska gra jednak nie wyczerpywała jego zainteresowań i ambicji. Zajmowała go filozofia, logika i szeroko pojęta literatura. Mnóstwo czytał, a fenomenalna pamięć, jaką dysponował, sprawiała, że w krótkim czasie posiadł ogromną wiedzę. Zainteresowania te i uzdolnienia pchnęły go ku humanistyce – postanowił studiować na uniwersytecie.

Wolnomyśliciel w niewoli socu

Moment wstąpienia na uczelnię przypadł jednak na najgorszy z możliwych okresów powojennej Polski: na początek najmroczniejszego stalinizmu. Szpotański dla ówczesnych władz był jednostką podejrzaną, "inteligentem pochodzenia burżuazyjnego", toteż z miejsca został odrzucony, a przy kolejnym podejściu, w obliczu celujących wyników egzaminu, skierowany – jakby złośliwie – na nowo utworzony wydział rusycystyki, który miał być "kuźnią awangardy socrealistycznego literaturoznawstwa". W praktyce oznaczało to parodię nauki i wychowania humanistycznego. Głównymi przedmiotami były tam kursy materializmu dialektycznego i historii WKP(b), a na nielicznych zajęciach specjalistycznych, takich jak poetyka czy wersologia, wałkowano do upadłego tytanów sowieckiej poezji rewolucyjnej. Przez pewien czas Szpotański, zaciskając zęby, z pokorą znosił tę ponuro groteskową edukację, z czasem jednak przestał wytrzymywać stężenie absurdu i w towarzyskim gronie dawał upust swemu zniechęceniu i irytacji, drwiąc na całego z wykładowców, poziomu zajęć i rzeczywistości akademickiej w ogólności. Na efekty tych kpin nie musiał długo czekać. Podsłuchana w kawiarni błazeńska rozmowa szybko dotarła, gdzie trzeba, i najzdolniejszy student został natychmiast relegowany z uczelni. Zrazu odczuł to jako ulgę, wkrótce jednak brzemię ciążące na "ludziach bez przydziału" dało o sobie znać. Żeby w miarę normalnie żyć, a znaczyło to: nie zostać uznanym za pasożyta i wysłanym przymusowo do ochotniczego hufca pracy (był to w praktyce lżejszy obóz koncentracyjny) albo i gorzej, do kopalni, trzeba było mieć jakieś "zahaczenie".

Szpotański mógł mówić o szczęściu, bo, z jednej strony, udało mu się znaleźć jakąś nędzną posadę na poczcie, a z drugiej – zatrudnienie jako instruktor w klubie szachowym. To pozwoliło mu przeżyć najgorszy okres. Egzystował w owym czasie w podobny sposób jak nieliczni późniejsi luminarze polskiej literatury – Zbigniew Herbert (na legendarnej już dziś posadce w Zarządzie Torfowisk) i Miron Białoszewski (pomieszkujący kątem w sublokatorskich pokoikach i zręcznie wymigujący się od uczestnictwa z zwariowanej rzeczywistości). Po Październiku 1956 Szpotański został na powrót przyjęty na studia, ale lata życia na marginesie zrobiły swoje: dla dojrzałego pod każdym względem trzydziestolatka nauka od początku, powrót do "ławy szkolnej" były jak doświadczenie Józia z Ferdydurke Gombrowicza. Nie skończył więc tych studiów. Zresztą, nie na wiele by mu się już przydały. Był wykształcony lepiej niż niejeden wykładowca akademicki i w pełni uformowany wewnętrznie.

Zafascynowany od lat postacią i twórczością Karola Irzykowskiego zaczął karierę krytyka literackiego. Napisał szereg celnych, zjadliwych recenzji i artykułów, w których podnosił mizerię myślową i estetyczną amorficzność polskiej literatury współczesnej. Ale szybko go to znudziło. Widział, że życie intelektualne i artystyczne, które na krótko – w latach 1957-59 – zawrzało i wzbudziło pewne nadzieje na rozwój, wyraźnie przygasa i znów się pogrąża w marazmie. Wraz z szybkim odwrotem od idei i obietnic polskiego Października skurczyło się miejsce na poważniejszą debatę, a mówienie pełnym głosem w ogóle stało się niemożliwe. Wracała nieautentyczność, gra pozorów, szarość "naszej małej stabilizacji". I właśnie wtedy wszystko się dla niego zaczęło na dobre.

Opera za trzy lata

Z nudów, jak sam mówił, z nieprzepartej potrzeby odreagowania choćby drwiną na otaczającą miałkość i zidiocenie zaczął pisać pod melodie znanych piosenek i pieśni satyryczne teksty, w których wyszydzał konkretne albo wzorcowe postaci życia publicznego, i wykonywał je na towarzyskich spotkaniach. Kuplety te z miejsca spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem i rozeszły się szerokim echem. Autor był wprost rozchwytywany po tak zwanych salonach i zachęcany do tworzenia następnych "numerów". W ten sposób, w przeciągu niespełna kilku miesięcy, powstał cykl, który stał się pierwszym większym dokonaniem literackim Szpotańskiego: trzyaktowa "opera" Cisi i Gęgacze, czyli bal u Prezydenta.

"Opera" jest zasadniczo satyrą na rządy i aparat władzy Gomułki (tytułowi "Cisi"), a przy okazji na środowisko tworzącej się nieśmiało opozycji, wywodzącej się zresztą w dużej mierze z zawiedzionych, rozczarowanych marksistów, mieniących się rewizjonistami (tytułowi "Gęgacze"). Jednakże satryra ta to nie pospolita "szopka polityczna", obśmiewająca takie lub inne słabości czołowych postaci ówczesnej elity władzy itp. Jest to utwór idący znacznie dalej, stawiający generalną diagnozę powojennej rzeczywistości Polski. Otóż Szpotański, bodaj jako pierwszy, stwierdza, że okres ideologii nieodwracalnie się skończył (co dla wielu, nawet opozycjonistów, bynajmniej nie było oczywiste) i nastały czasy stabilnego bezideowego reżymu, który polega na najzwyklejszym ucisku społeczeństwa i wyzyskiwaniu go przez wąską kastę uprzywilejowanych.

Wymowne jest motto, jakim autor poprzedził całość, wzięte z Mickiewicza: "a po huku, po trudzie / Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie". Jest to jakby najkrótsza recenzja sławionej przez dziesięciolecia (przez niezliczone rzesze idealistów, pięknoduchów, a także zwykłych doktrynerów) wielkiej rewolucji społecznej, która miała zaprowadzić raj na ziemi. Ów epokowy przełom, który miał uszczęśliwić ludzkość, polegał na przejęciu władzy nie przez żadną wielką, a zwłaszcza oświeconą "klasę robotniczo-chłopską", lecz przez... szumowiny społeczne, społeczną mierzwę – przez parobków, lumpów, kołtunów itp. Identyczną diagnozę, tyle że wyrażoną bardziej abstrakcyjnie, postawił w tym samym mniej więcej czasie Sławomir Mrożek w swym arcydzielnym Tangu.

Cisi i Gęgacze przynieśli Szpotańskiemu rozgłos i powodzenie, lecz wkrótce ściągnęły też na niego poważne kłopoty. Władze zaczęły go inwigilować i szykanować, aż wreszcie został aresztowany i wytoczono mu bezprecedensowy proces, uwieńczony wyrokiem skazującym na prawie trzy lata więzienia. Do tej pory "za słowo" skazano tylko (i to też nie na więzienie, lecz na zsyłkę) poetę Josifa Brodzkiego w breżniewowskiej Rosji Sowieckiej. Do historii przeszła pamiętna mowa Gomułki, w której lżył on zamkniętego już w więzieniu Szpotańskiego, nazywając go "człowiekiem o moralności alfonsa". Było to zarazem wielkie, acz wyjątkowo gorzkie zwycięstwo Autora. Nikomu z ludzi pióra nie udało się tak rozwścieczyć władzy. Świadczyło to niewątpliwie o niebywałej celności szyderstwa.

Pamflet na Rosję: "imperium zła"

Szpotański jednak nie dał się zastraszyć. Nawet w więzieniu nie przestał pisać, tworząc między innymi popisową Balladę u Łupaszce (parodię Grenady Smysłowa w przekładzie Tuwima), wyśmiewającą język "Marcowej" propagandy i jej antysemicką retorykę. Po wyjściu zaś z więzienia wykonał posunięcie jeszcze bardziej ryzykowne: napisał humorystyczny paszkwil na Rosję Sowiecką – niby współczesną, pod rządami zramolałego Breżniewa próbującego bratać się z Nixonem – w gruncie rzeczy jednak w ogóle na to mocarstwo w wymiarze historycznym, a więc jako na wielką, groźną, pasożytniczo-destrukcyjną cywilizację. Tym – w brawurowym stylu ułożonym (podobno w jedną noc) – poematem pt. Caryca i zwierciadło Szpotański, z jednej strony, nawiązywał do tradycji wielkiej krytyki Rosji jako tyranii i ciemiężyciela – a więc do Listów filozoficznych Czaadajewa, Dziadów i wykładów o słowiańszczyźnie Mickiewicza, Podróży do Rosji w 1839 markiza de Custine’a i Od białego do czerwonego caratu Kucharzewskiego, a z drugiej, proroczo antycypował diagnozę Ronalda Reagana, który w prawie dziesięć lat później nazwał Sowiety "imperium zła" i w jakimś stopniu przyczynił się do przyspieszenia upadku komuny.

Człowiek epoki: towarzysz Szmaciak

Schyłek epoki Gierka, zapoczątkowany wybuchem masowego protestu przeciw podwyżkom cen w 1976 roku, represjami w Ursusie i Radomiu, a następnie powstaniem zorganizowanej opozycji demokratycznej, zainspirował Szpotańskiego do napisania kolejnego poematu heroikomicznego, a mianowicie Towarzysza Szmaciaka. Wraz z drugą jego częścią, Szmaciakiem w mundurze albo Wojną Pcimską, napisaną w kilka lat później, po ogłoszeniu przez Jaruzelskiego stanu wojennego, jest on niewątpliwie najsłynniejszym z jego utworów (nazwisko "Szmaciak" stało się symbolem i funkcjonuje w mowie potocznej jako "skrzydlate słowo"), a zarazem stanowi rodzaj syntezy wszystkich poprzednich dokonań artystycznych. Szmaciak to wielki, komiczny fresk Peerelu, przepleciony z wnikliwą analizą i interpretacją złożonych procesów społecznych, politycznych i ekonomicznych w formie historiozoficznych, lecz zawsze arcyzabawnie wyłożonych dygresji. Szpotański podsumowuje tu całą swoją wiedzę o dwudziestowiecznej historii Polski i ruchu komunistycznym, i w błazeński, a zarazem kunsztowny językowo sposób przedstawia swoje rozumienie tego, co zaszło w tym czasie. Jest to nauka gorzka i w sumie przytłaczająca, wszelako wszechobecny i olśniewający humor ma działanie katarktyczne.

Potęga drwiny

Słyszy się nieraz opinię, że satyra, zwłaszcza polityczna, starzeje się najszybciej z wszystkich gatunków – jest bowiem uzależniona od kontekstów bieżącego życia. To prawda, ale nie bezwzględna. Od tej reguły bywają odstępstwa. Wyjątki zachodzą wtedy, gdy tego rodzaju dzieło nie jest jednowymiarowe myślowo, a pod względem kunsztu reprezentuje wyższe wartości estetyczne. Twórczość satyryczna Janusza Szpotańskiego takie warunki właśnie spełnia. Choć opisywany w niej świat – formalnie – należy do (niesławnej) przeszłości, wydobyte na jaw jego struktury i mechanizmy są nadal aktualne, i to jeszcze jak! Dziedzictwo Peerelu bynajmniej nie przeminęło – w nieznacznym przebraniu trwa nadal, i pewnie wiele dziesiątek lat jeszcze lat upłynie, zanim naprawdę przepadnie. Tymczasem, jeśli chcemy nauczyć się przenikliwego spojrzenia na rzeczywistość, a przy tym odkryć intelektualną siłę ironii i drwiny, możemy z powodzeniem uczyć się tego właśnie na Gnomie, Carycy i Szmaciaku.

Wracajmy do Szpota! Zresztą, właściwie nie ma powodu zachęcać: sondaże wykazują, że nowe wydania jego utworów satyrycznych idą jak przysłowiowa woda.

Antoni Libera