Muzyka

Bacewicz wraca na piedestał

Ostatnia aktualizacja: 16.09.2016 15:02
Kwartety Grażyny Bacewicz nareszcie mają szansę na zdobycie szerszej publiki. Po tym, jak niedawno ich komplet nagrał Lutosławski Quartet, teraz podobnej sztuki dla dokonał Kwartet Śląski.
Kwartet Śląski
Kwartet ŚląskiFoto: Grzegorz Śledź/PR2

Grażyna Bacewicz należy, niestety, do grona tych polskich kompozytorów, których wielkość wciąż czeka na odkrycie. Co prawda wielu podkreśla, że była ona jedną z najwybitniejszych kompozytorek XX wieku, a muzykolodzy ustawiają ją wysoko w hierarchii polskich twórców, ale to wciąż za mało. Podwójny album nagrany dla Chandos przez Kwartet Śląski z jej siedmioma kwartetami smyczkowymi zachwyca. I nie tylko mnie, jako wielkiego miłośnika jej twórczości, ale także zachodnich krytyków. W rezultacie nagranie to otrzymało w sierpniu tytuł Najlepszej Płyty Miesiąca Magazynu Gramophone.

To już o czymś świadczy, tym bardziej, że jest to muzyka „nowa” dla wielu melomanów, z których duża część nie jest wcale zainteresowana muzycznymi poszukiwaniami stojąc na stanowisku, że wszystko co najlepsze zostało już stworzone. Zamiast jednak słuchać po raz kolejny kwartetów Beethovena, Mozarta czy Brahmsa – zachęcałbym do sięgnięcia po dzieła Bacewicz – udowadniają one bowiem, że twierdzenie iż w muzyce XX wiecznej na kwartet smyczkowy wszystko powiedział Szostakowicz i Bartok nie jest prawdziwe.

Nasza polska kompozytorka i wielka skrzypaczka nie tylko doskonale wiedziała jak stworzyć dzieła, które poruszą i dotkną słuchacza, ale też będą dużo mówić o panujących w latach jej powstania trendach. Siedem kwartetów z różnych okresów jej twórczości to doskonały sposób na zapoznanie się z jej muzycznymi fantazjami i inspiracjami. Mówią też one dużo o okresach, w których powstawały. To rzeczywiście bogata lektura – podobnie jest z jej kompletem siedmiu koncertów smyczkowych (z czego jeden zaginął) – gdzie pierwsze dzieło nie ma za wiele wspólnego z dojrzałymi utworami. To cała Bacewicz, która potrafiła połączyć ogień z wodą, tworzyć dzieła i dla słuchacza i dla siebie – zaspokajając swoje kompozytorskie potrzeby.

Podobnie jest bowiem z prawie zupełnie nieznanymi utworami kameralnymi Szymona Laksa – które też ostatnio nagrał Kwartet Śląski. Na krążku wydanym przez Fundację Musica Pro Bono znajdziemy III, IV i V kwartet smyczkowy a także nagrany wspólnie z Piotrem Sałąjczykiem kwintet fortepianowy. Urodzony 1 listopada 1901 w Warszawie w rodzinie zasymilowanych Żydów, przeżył ponad dwa lata w obozie Auschwitz-Birkenau, gdzie pełnił funkcję dyrygenta orkiestry obozowej. Chociaż Szymon Laks za swoją twórczość otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. w 1928 – za fantazję jazzową ''Blues symphonique'' na Konkursie Kompozytorskim Stowarzyszenia Młodych Muzyków Polaków w Paryżu, w 1949 - wyróżnienie na Konkursie Kompozytorskim Związku Kompozytorów Polskich za Balladę "Hommage à Chopin" na fortepian oraz nagrodę za pieśń do słów Adama Mickiewicza ''Polały się łzy me'' na głos i fortepian (1949) na Konkursie Ministra Kultury i Sztuki i Polskiego Radia w Warszawie - to wciąż jego twórczość okryta jest nimbem tajemnicy. Prezentowane na krążku Kwartetu Śląskiego dzieła przemawiają do słuchacza kolorystyką i melodyką i na długo pozostają w pamięci. Aż dziw, że chociaż polskie zespoły nie starały się do tej pory przywrócić je światu. Tym większe brawa dla Kwartetu Śląskiego, który od lat nie schodzi poniżej mistrzowskiego poziomu. Także teraz jest doskonałym promotorem polskiej muzyki.

Vladimir Ashkenazy od wielu, wielu lat należy do czołówki magów fortepianu. Ten znakomity pianista, doskonały dyrygent i wielki promotor rodzimej muzyki rosyjskiej przedstawił właśnie trzy wyśmienite dzieła jednego z gigantów XX wiecznej muzyki – Dmitrija Szostakowicza.
Wydany przez Decca album z obydwoma triami fortepianowymi i sonatą na altówkę tego wyjątkowego twórcy, to interpretacje, które z miejsca stają do walki z najlepszymi. Najbardziej znane na płycie - drugie piano trio – to jedno z najważniejszych dzieł kameralistycznych zeszłego stulecia, które całkowicie zasłużyło sobie na określenie arcydzieło. Ashkenazy, Visontay i Lidstrom tworzą znakomity zespół, który sumienie i ze starannością odczytują zamierzenia kompozytora. Grają z pasją, wyczuciem, starają się wychwycić wszelkie niuanse – w końcu Szostakowicz pisał to trio w czasie oblężenie Leningradu w 1944 roku. Czuć ból, tragizm, obawy – to mocne, potężne dzieło, przy którym pierwsze trio, utwór wczesny, gdy Szostakowicz dopiero odkrywał swoje muzyczne Ja, brzmi jak zupełnie innego kompozytora. Ale ma swój urok, ma swoją wartość. Dziełem zdecydowanie za rzadko granym jest zaś sonata altówkowa, którą Ashkenazy wykonuje z norweską altowiolistką Adą Meinich, do niedawna wchodząca w skład słynnego zespołu Faust Quartet. Ciężko znaleźć sonaty – oprócz Brahmsa – które mogłyby stanąć naprzeciwko niemu z otwartą przyłbicą!

Równie znakomitym sposobem na odkrywanie twórczości Szostakowicza, jest zapoznanie się z jego symfoniami – w końcu to one, obok kwartetów smyczkowych – są dziś uznawane za jego główne muzyczne sukcesy. Jest wiele kompletów jego 15 symfonii – wiele wskazuje na to, że jesteśmy świadkami powstawania kolejnego. Andris Nelsons wraz z Boston Symphony Orchestra, po tym, jak w zeszłym roku wydał w Deuche Grammophone symfonię nr 10, zaostrzył nasze apetyty. W tym roku możemy się czuć jeszcze bardziej usatysfakcjonowani, gdyż zaoferował nam podwójny album, na którym znajdziemy oprócz symfonii nr.: 5,8,9 także suitę z „Hamleta”. To wydanie, podobnie jak poprzednie, ma ten sam podtytuł „Under Salin’s shadow”. A to oznacza, że nasze życzenie, by Andris Nelsons i jego bostońska orkiestra uraczyła nas kompletem symfonii - może nie zostać w pełni spełnione. W końcu Szostakowicz tworzył także po śmierci Stalina. Miejmy nadzieję, że poklask, jakim cieszą się jego interpretacje, przekona go do tego, by iść tą drogą. Mam też nadzieję, że w kolejnym roku znów podzieli się z nami przynajmniej podwójnym wydawnictwem.

Mocne, pełne pasji, niezapomnianych melodii, konserwatywne, gdyż nieawangardowe, wizjonerskie, gdyż nowatorskie – symfonie rosyjskiego mistrza wciąż pociągają, nie dają o sobie zapomnieć. Wspaniałe ich wykonanie przez Andrisa Nelsonsa i Boston Symphony Orchestra może zachęcić nowych słuchaczy Szostakowicza do zainteresowania się jego innymi dziełami, jak i przyciągnąć tych, którzy już uzbierali sporo różnych wydań tych dzieł.

Co prawda, najbardziej znanym dziełem organowym Mieczysława Surzyńskiego są improwizacje na temat polskiej pieśni kościelnej "Święty Boże" op. 38, ale nie znajdziemy ich na krążku „Mieczysław Surzyński: Works For Organ Solo”. Solistka Hanna Dys wraz z Massimiliano Caldim prowadzącym Hanseatica Chamber Orchestra, przedstawia za to Improvisation for organ Op. 36, Choral varié op. 50,. Fantazję Op. 30 I Koncert na organy i orkiestrę Op. 35. Ten interesujący wybór dzieł organowych to nie tylko kawał dobrej muzyki organowej, ale także dowód, że Polacy także na tej płaszczyźnie potrafili tworzyć dzieła intrygujące i wartościowe. Dobra muzyka się obroni – twierdzi wielu – niestety, doświadczenie wskazuje, że czasami to nie wystarcza. Wskazuje ono też, że czasami wystarczy jeden człowiek o dobrym guście, szerokich horyzontach i talencie, który z otchłani zapomnienia wyciągnie na światło dzienne utwory, które bez tej ingerencji zbierałyby jedynie kurz. Dzieła urodzonego 22 grudnia 1866 w Środzie Wielkopolskiej, a zmarłego 11 września 1924 w Warszawie Mieczysława Surzyńskiego zasługują nie tylko na przypomnienie, ale i na wykorzystywanie chociażby przez polskich organistów podczas ich recitali. Nie tylko Bachem, Regerem czy Franckiem człowiek lubiący muzykę organową żyje! Warto zapoznać się z twórczością tego kompozytora, który do końca swych dni, przez 18 lat pracował jako był profesorem gry na organach w Instytucie Muzycznym w Warszawie, a od 15 także w tym miejscu prowadził naukę kontrapunktu.

Mieczysław Burski


Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak