Muzyka

Artur Tuźnik atakuje szczyty

Ostatnia aktualizacja: 19.10.2016 12:30
Miałem to szczęście, że dane mi było posiąść album „Quintet” zespołu Licak/Tuźnik Quintet feat. Anders Mogensen, który przed pięcioma laty został wydany przez duńską wytwórnię BlackOut. Dobry los obdarza nas obecnie dwoma nowymi krążkami, na których znajduje się jego nazwisko.
Fragment okładki  Artur Tuznik TRIO
Fragment okładki "Artur Tuźnik TRIO"Foto: materiały prasowe

Już wtedy – przy okazji krążku „Quintet” - zwróciłem uwagę na zachwycającą grę młodego pianisty Artura Tuźnika. Teraz w moich rękach dzierżę aż dwa krążki rejestrujące jego muzykę. Na pierwszym, wydanym przez rodzime Multikulti, sprawdzam jego postępy w grze w trio z basistą Nilsem Davidsenem i perkusistą Jakobem Hoyerem. Dwójka parterów Polaka to utytułowane postacie: pierwszego można było usłyszeć w zespołach m.in. Dave’a Liebmana, Petera Brotzmanna, czy Tima Berne’a, drugiego, jako choćby członka tria gitarzysty Jakoba Bro. Artur Tuźnik ma więc z kim podnosić swoje umiejętności. A że wciąż gra w sposób poetycki, stonowany, nieraz wycofany, pozwalając do ostatniej nuty wybrzmieć instrumentom kolegów – to i jego kompozycje i cała atmosfera oplatająca ten krążek, to po prostu „piękna sprawa”. Refleksyjnie, ale nie melancholijnie.

Nastrój zmienia się na drugiej płycie „Images In Regard Of The Central Reference System” – debiucie łotewskiego saksofonisty Karlisa Auzinsa, który napisał na nią wszystkie osiem kompozycji. Dużo tu folkowych odniesień, liryzmu, z momentami free. Znakomite, kilkuminutowe partie solowe sopranisty – zdumiewają! Ile w nich głębi, ale i gibkości! Tuźnik znakomicie potrafi znaleźć miejsce dla siebie, często wycofuje się, uzupełnia lidera, lub wraz z sekcją rytmiczną tworzy pulsujące pole minowe, po którym Auzins stąpa niczym baletnica. „Images In Regard Of The Central Reference System” to czterech muzyków z czterech krajów, którzy jednak zapatrzeni są w Skandynawską specyfikę. Proszę zwrócić uwagę choćby na prawie pięciominutowe „His Presence” – zawodzące dźwięki sopranu – nawoływanie, modlitwa, a może płacz i rozpacz? U Auzinsa wszystko jest wieloznaczne, wielopłaszczyznowe.

Mieszka i komponuje w Niemczech, gra na wibrafonie, ale interesuje się też innymi instrumentami. Izabela Effenberg bardzo chciała nagrać krążek w trio z fortepianem i perkusją i to jej się udało. Zwierający 15 własnych kompozycji album „Iza” został dołączony do wrześniowego (2016) numeru Jazz Forum w wersji dla prenumeratorów, co sprawia, że spora grupa osób naprawdę kochających muzykę improwizowaną miała szansę z nią się zapoznania. Wraz z pianistą Jochenem Pfisterem, który jest po studiach jazzowych w USA i perkusistą Pawłem Czubatką, obracającym się w świecie klasyki i jazzu, wypuściła w świat album oscylujący gdzieś w rejonach muzyki współczesnej, minimalizmu, improwizowanej i world music. Ten ostatni gatunek gości na płycie przede wszystkim z powodu wykorzystywania przez liderkę takich instrumentów jak: kortale, które są rodzajem małych metalowych talerzy, a także wynaleziony przez Billa Wesleya instrument o nazwie Array Mbira, no i zacięcia do pięknych folkowych melodii. Chociaż nie można powiedzieć, by „Iza” była w całości albumem nastrojowym i wyciszonym, to jednak taki klimat na niej dominuje, czego nie zmienia choćby utwór "Eis Schuetterung", na którym znajdziemy sporo wciągającego i widowiskowego eksperymentowania z dźwiękiem. Moim numerem jeden jest jednak „El Beso de Despedida”, na którym Paweł Czubatka gra na krotalach – wchodząc w tym samym we wspaniałe interakcję z instrumentem Effengerg. Prenumeratorzy Jazz Forum, a także wszyscy ci, którym udało się wejść posiadanie tego albumu nie mogą czuć się zawiedzeni.

Basista Paweł Wszołek przedstawia bardzo ciekawy i mający wiele do powiedzenia quintent. Co prawda każdy z muzyków zasługuje tam na uwagę – zarówno tenor Mateusz Śliwa, gitarzysta Łukasz Kokoszko jak i perkusista Szymon Madej, ale bez dwóch zdań – najbardziej uchem celowałem w poczynania pianisty Sebastiana Zawadzkiego. A dlaczego? Bo co roku ten młody artysta zaskakuje mnie swoją dojrzałością i śmiałością poczynań. Trasę jego rozwoju stanowią oddzielone od siebie odległością roku przystanki – płyty: „Euphony”, „Luminescence”, „Tage”. Choć „Faith” (wyd. For Tune) to krążek, na którym liderem jest Wszołek, to jednak Zawadzki jest postacią numer jeden zespołu. Zawsze czujny, zawsze dobrze wyczuwający moment, kiedy zwolnić, a kiedy przyatakować. Wszołek sygnuje album mocno refleksyjny, nawiązujący do głębi chrześcijańskiej – czuć, że ta płyta powstała by „leczyć duszę” i napełniać ją optymizmem. Muzyka jest tu w większości stonowana, ale poruszająca, choć wymagająca skupienia. Sebastian Zawadzki czuje się tu jak ryba w wodzie!

Zespół Minim Experiment założony został przez polskich muzyków, którzy swą muzyczną karierę rozpoczęli na studiach muzycznych w Danii. Ich artystyczne credo znakomicie określają poniższe dwa zdania „Minimalizm Minimu wyparł całkowicie przegadaną narrację i solowe popisy. Improwizacja nie jest dźwiękowym słowotokiem, ujęta została w karby dość daleko zaawansowanej kompozycji. Płyta przestrzenna, jest czym oddychać!” Kim są ludzie tworzący ten zespół? To: Kuba Wójcik – gitara, Kamil Piotrowicz – fortepian, Luca Curcio – kontrabas, Albert Karch – perkusja. Ich muzyka, choć czerpiąca z free, daleka jest od przekrzykiwania się, ale jest też tysiące lat świetlnych od przesłodzonych sentymentalnych stylizacji. Proszę sprawdzić najlepszy na krążku numer „Great Dark Spot” – dużo tu ciemnych, choć ciepłych barw. Muzycy choć prezentują paletę raczej stonowanych kolorów, antycypując jesienną aurę, tworzą nastrojową, daleką od ponuractwa aurę. Zaprzeczeniem powyżej napisanych słów jest ich „Dark Matter” – który wita się z nami potężną dawką energii wydobytej z perkusji Karcha, do której następnie Wójcik dodaje wciągające melodie na swojej gitarze. Minim Experiment stworzył fajną, klimatyczną płytę, ale obawiam się, że ich muzyczny koncept wyczerpał się na niej, ciężko im będzie stworzyć coś przyciągającego ucho na kolejnym krążku.

Drugi album międzynarodowego kwartetu Switchback – kolejnego intrygującego projektu, w którym udział bierze nasz klarnecista Wacław Zimpel - znów przynosi muzykę nagraną na żywo, a zarejestrowaną w ukraińskim Zaporożu, w Domu Kultury Metalurgom, gdzie Zimpel wraz z kolegami Marsem Williamsem, Hilliardem Greene’m, Klausem Kugelem gościł 20 kwietnia zeszłego roku. Prawie godzinne nagranie wydane przez Multikulti robi wrażenie. Chociaż mogłoby się wydawać, że będziemy mieć tu atak za atakiem, szarżę goniącą szarżę, to jednak nic z tego nie ma tam miejsca.

Składne, przemyślane kompozycje, choć oferujące dużo przestrzeni dla nieskrępowanej improwizacji, to jednak sami uczestnicy tego spotkania zdają się czerpać nieskrępowaną radość we wpisywaniu się w jedną opowieść, a nie na skakaniu na stronę w przypływie indywidualnej fantazji. Dlatego też „Live in Ukraine” tak dobrze się słucha! Mamy tu atrakcyjne duety solówki i partie wspólnego oddawania się uniesieniom. Wszystko to jednak nie przybiera formy muzycznych bachanaliów, gdzie nie wiadomo nic o planie, o tym, jak mają się one skończyć. Zimpel doskonale wpasowuje się w tę myśl – widać to jego rękę w poszukiwaniu inspiracji z muzyki współczesnej. Mamy też sporo odniesień folkowych i optymistycznego groove’u. Krążek ten ze spokojem można polecić także osobom, które na co dzień preferują bardziej zrozumiały jazzowy mainstream.

Prolog, siedem aktów i epilog – tak wygląda najnowszy krążek Byrklymyny Trio – “Opera in Heaven” wydawnictwa Allegro Records. Kto się kryje pod tą intrygującą nazwą grupy? Skrzypek Henryk Gembalski, basita Wojciech Zduniak i perkusista Michał Zduniak. Nie przez przypadek ich krążek to nie zbiór kolejnych numerów z zachowanym schematem szybko – wolno – szybko. “Opera in Heaven” to spójna całość, jedna zwarta opowieść. Oczywiście – co się najbardziej rzuca w oko i w ucho – to że mamy do czynienia z jazzowym skrzypkiem, co wciąż może już nie jest białym krukiem, ale zawsze stanowi element zaskoczenia. Pomimo tego, że skrzypce przynależą do świata klasyki, to jednak od czasu do czasu jakiś kolejny śmiałek przekracza granicę i wtarga ze swoim instrumentem do innej krainy. Gembalski ma to coś, co pozwala mu pewnym krokiem zmierzać w kierunku improwizacji i gra w jego wykonaniu nie jest ani sztuczna ani mało jazzowa. Ma polot, zmysł improwizacyjny, duży bagaż doświadczeń, lubi eksperymentować – pozostali członkowie tria znakomicie dostosowują się do kolejnych podejmowanych przez niego prób – co sprawia, że Opera in Heaven” - na której usłyszymy mocne odwołania do jazz-rocka, gry Zbigniewa Seiferta, muzyki współczesnej i foku – to krążek, który wyróżnia się wśród krajowej produkcji a sam Gembalski może stawać w szranki z Adamem Bałdychem.

Idzie młodzież, idzie młodość, nadchodzi wiosna – chciałoby się zakrzyknąć, ale ciężko, skoro tak paskudna pogoda za oknami. Jest jednak sposób na to, by poprawić sobie humor także w dni, w których jesteśmy o krok od wpadnięcia jeśli nie w depresję to przynajmniej w przygnębienie. Szymon Białorucki – puzon, Mateusz Sobiechowski – fortepian, Adam Tadel – kontrabas i Piotr Budniak – perkusja – czyli zespół The Forest Tuner, który zostają wyróżniony przez Instytut Muzyki i Tańca w Warszawie, uzyskał wsparcie na realizację albumu „Tunes” w ramach programu Jazzowy debiut fonograficzny. Chłopaki wykorzystali ten gran w stu procentach przedstawiając się na krążku z jak najlepszej strony. Spokojny, opanowany, melodyjny ton, głębokie, ciepłe uczucia do barwy dźwięku, plastyczności dzieła, umiejętność rozłożenia akcentów tak, by utrzymać uwagę słuchacza - The Forest Tuner – nie wchodzą wywalając drzwi wraz z framugami. Oni elegancko pukają, a następnie niespiesznym krokiem wchodzą i czarują zebranych gości. Ja też dałem się unieść ich klimatowi - „Tunes” to doskonały mainstream, który doskonale sprawdziłby się też jako fajne muzyczne tło dla animacji. Gratulacje, dobra robota!


Na sam koniec prawdziwa wisienka na torcie – wspaniała pianistka i wokalistka Ilona Damięcka, której krążek „Monk’s midnight” wydała właśnie Hevhetia. Ta laureatka Konkursu Kompozytorskiego im. Krzysztofa Komedy w Słupsku przedstawia krążek w sam raz dla osób, które lubią niezobowiązujący jazz, który doskonale nada się zarówno jako tło dla rozmowy, lektury, jak i relaksu. A relaksujący jest przede wszystkim wokal jednej z najlepszych wokalistek, a przy tym gitarzystki jazzowej z Włoch Francesci Bartazzo-Har, z którą Ilona Damięcka nagrała krążek przed pięcioma laty. Obie panie znakomicie się rozumieją i mają sobie „wiele do powiedzenia”, dzięki czemu otrzymujemy krążek spójny, melodyjny, a sekcja rytmiczna w osobach amerykańskiego perkusisty Erica Allena i Pawła Urowskiego zapewnia obu Paniom doskonałe miejsce do snucia „muzycznych opowieści”.

A takie Ilona Damięcka potrafiła „snuć”, już wcześniej. Spójrzmy na to, co prezentowała na wydanym siedem lat temu „Hurry up” (wyd. NOT TWO Records)! Tam wraz z basistą Adamem Zuchowskim i perkusistą Tomaszem Sowińskim – udowadniała, że trzeba brać ją pod uwagę, gdy mówi się o najciekawszych klasycznych triach w kraju. Dobrze, nie jest to muzyka nadmiernie ekspresyjna, może być dla części słuchaczy nadmiernie wygładzona, ale jednak – dobrze się „Hurry up” słucha. W szczególności, że liderce udało się zaprosić dwóch znakomitych gości: saksofonistę Darka Herbasza i trębacza Jerzego Małka. Razem, w poszerzonym składzie – zespół ten prezentuje się impresyjnie, a Ilona Damięcka może nas czarować swoim głosem i fortepianem.

Mieczysław Burski

Zobacz więcej na temat: recenzja Jazz
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak