Muzyka

Marcin Wądołowski ma powody do radości

Ostatnia aktualizacja: 13.07.2015 22:00
Uśmiechnięty – i to mocno - kompozytor i wirtuoz gitary - Marcin Wądołowski – wita nas z okładki swojej najnowszej płyty „My Guitar Therapy” – siedząc ze swoim nieodłącznym instrumentem na barowym krzesełku. I powiem szczerze, nie dziwię się, że jest w takim wyśmienitym nastroju.
Okładka płyty Marcina Wądołowskiego My Guitar Therapy
Okładka płyty Marcina Wądołowskiego "My Guitar Therapy"Foto: mat. promocyjne

Dlaczego? Bo jeśli chodzi o sprawy muzyczne – wszystko mu się udaje. Jego poprzedni krążek, niedawno wydany „Blue Night Session”, na którym usłyszeliśmy 10 kompozycji – raczej śpiesznych, dynamicznych, bez rozciągnięć, bardziej złożonych form – to dzieło naprawdę udanego zespołu. Jego lider otoczył się tuzami krajowej sceny, proszę tylko spojrzeć: Wojciech Staroniewicz – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominik Bukowski – wibrafon i xylosynth, Janusz Mackiewicz – bass, Adam Czerwiński – perkusja. Nawiązując do legendarnych nagrań z Blue Note z lat 60 poprzedniego wieku – kwintet Wądołowskiego pokazał się od jak najlepszej strony- operując w mainstreamie, wykorzystywał polot gitarzysty, jego predestynację do wirtuozerskich popisów i inklinacje do funku i latino. Teraz, na „My Guitar Therapy” nie jest gorzej – zarówno poziom gry perkusisty Adama Czerwińskiego, jak i kontrabasisty i gitarzysty basowego – Piotra Lemańczyka nie podlega dyskusji. Ci panowie są na szczycie w kategoriach swoich instrumentów na krajowym podwórku, a Wądołowski potrafi to wykorzystać. W efekcie otrzymujemy płytę wyważoną, doskonale skrojoną, gdzie wszystkie elementy puzzli są już poskładane. Tak, sporo tu balladowości, tęsknoty, ale nie oszukujmy się – gitara Marcin Wądołowskiego najlepiej brzmi, gdy tańczy, gdy jej użytkownik rusza w pościg, wiruje, pobudza. Tu jest najlepszy – a gra w trio mu służy, choć przyznam, że jednak bardziej podobają mi się jego rozbudowane składy. Może nie wisienką na torcie, ale słodkim lukrem – są „tajemnicze głosy” wydawane przez Paula Rutschkę.

Zupełnie inny wymiar gitarowego grania niż Wądołowski promuje Krzysztof Fetras. Co ciekawe, tam też z okładki spoziera na nas uśmiechnięta facjata – ale – w wypadku „Odpustu”, to już nie zdjęcie lidera a rysunek. I, powiem szczerze, że gdy spozieram co i rusz na ten album, słuchając tego, co ma mi do opowiedzenia lider zespołu, to wydaje się, że ten szczery uśmiech to najlepsza z możliwych odpowiedzi na muzykę na nim zawartą. Duet gitarowy Krzysztof Fetras - Tomasz Król – wsparty sekcją rytmiczną: Jarek Gas – perkusja Marcin Fidos – kontrabas - stawia przede wszystkim na melodyjny aspekt prezentowanych na krążku kompozycji. Na pierwszym miejscu ma być pokazanie możliwości wprowadzenia słuchacza w stan zasłuchania, zadumy, a może i błogości. Dwie gitary to korespondencja, wzajemne przenikanie się, liryczna rozmowa, poetyczne współistnienie. 9 kompozycji Fetrasa – to podróż, która bezwiednie zabiera mnie w rejony, które już słyszeliśmy na jego poprzednim, wydanym przed czterema laty krążku "Different Guitar". Fetras pozostał wierny swojemu przekonaniu, że liczy się „czysty” dźwięk gitary – stąd próby ukazania całej palety dźwięków wydawanych przez ten instrument/instrumenty. Ta naturalność i ciążenie ku pewnej surowości zachęca, nurtuje i w połączeniu z umiejętnością budowania relaksacyjnej atmosfery pozwala na regeneracyjny odpoczynek w gitarowym raju.

Emil Miszk – trąbka, Piotr Checki – saksofon, Szymon Burnos – klawisze, Krzysztof Słomkowski – bas, Slawek Koryzno – perkusja – to zespół AlgoRhythm, nowa siła znad morza, która chce zawojować krajową scenę jazzową. Ich debiutancki krążek „Segments" nie możemy jednak uznać za „mocne uderzenie”. Nie o to chyba jednak założonemu przed dwoma laty zespołowi z Gdańska chodzi. Słucham tego albumy i przenika mnie przyjemnie chłodny luz. Nieśpieszne granie, wchodzące w ucho melodie, bardzo ładna współpraca dęciaków, lubujących się w czystych, pełnych, głębokich dźwiękach swoich instrumentów. Muzycy nie błądzą po bezdrożach free jazzu, tylko stawiają na ewolucję, biorą co chcą ze skarbnicy światowego jazzu i budują swoje zamki z piasku. Stylistycznie najbliższy jest im chyba również młody i perspektywiczny zespół New Bone. Najciekawszy numer na krążku - „Segment III” to długi, prawie dziesięciominutowy numer, w których każdy członek zespołu odnajduje sobie miejsce, dzięki czemu otrzymujemy zwartą i ładnie rozpisaną kompozycję. Gra muzyków z Gdańska jest świeża, nie odkrywcza, ale pobudzająca, nie eksperymentatorska, ale pełna niuansów i atrakcyjnego brzemienia.

Krzysztof Komeda ciągle żywy! I wciąż zaraża kolejne młode umysły, wciąż zachęca do rozkładania jego twórczości na czynniki pierwsze, analizowania swoich dzieł, odpowiedzi na postawione przez siebie pytania. Grit Ensemble tworzą:Kacper Grzanka – trąbka, flugelhorn, Maciej Sokołowski – saksofon tenorowy, Piotr Rakowski – wibrafon, Jakub Królikowski – fortepian, Krzysztof Dys – fortepian, Piotr Scholz – gitara, ukulele, Patryk Piłasiewicz – kontrabas, Andrzej Konieczny – perkusja, live electronics. Ich debiutancki krążek „Komeda Deconstructed” - to siedem kompozycji i dwa remiksy – kolejne spojrzenie na spuściznę naszego legendarnego jazzmana – od mainstreamu, poprzez free jazz, aż po elektroniczne wygibasy. I, co należy wybić na pierwsze miejsce, nie mamy tu do czynienia z kolejnymi interpretacjami znanych i ogranych utworów Komedy, wprost przeciwnie, chłopaki poszperali trochę głębiej i odkrywają dla nas na nowo mniej znaną twarz wielkiego kompozytora – przywołują trochę zapomniane utwory, które pojawiały się w filmach takich reżyserów, jak: Edward Etler, Roman Polański, Janusz Morgenstern, Mieczysław Kijowicz, czy Janusz Nasfeter. Cieszy, że młodzi nie ulegli onieśmieleniu porywając się przy debiutanckiej płycie na „mierzenie się z legendą”, cieszy ich pomysłowość, wyobraźnia i łobuzerska odwaga. Choć muzyce prezentowanej daleko do totalnej dekonstrukcji Komedy, to wydaje mi się, zespół udźwignął ciężar, choć na pewno nie przeniknął jej głębi. Z niecierpliwością czekam na drugi krążek Grit Ensemble, licząc, że pojawi się na nim jak najwięcej oryginalnych kompozycji - zobaczymy, czy tu też chłopaki błysną polotem i brawurą.

Nie dawno dobiegł końca jego urodzinowy cykl 30 koncertów S-O-L-O: „30 urodziny / 30 miast / 30 koncertów”, a w międzyczasie mogliśmy się delektować jego nowym krążkiem „Chapters” nagranym z Bartłomiejem Olesiem. Teraz na rynku ukazała się jego kolejna propozycja: „Six Months & Ten Drops” nagrany przez formację Free 4 Arts, czyli zespół na który składają się perkusista Kasper Tom, saksofonista barytonowy Sven Dam Meinild i pianista Jacob Anderskov, no i oczywiście nasz Tomasz Dąbrowski. „Six Months & Ten Drops” porusza wątki, które rzadko trafiają na warsztat muzyków jazzowych, myślę tu oczywiście o odwołania naszego trębacza do pieśni tybetańskich, co nadaje zawartym na krążku kompozycjom aurę tajemniczości i mistycyzmu. Czuć, że w takiej atmosferze dobrze się czuje nie tylko Dąbrowski, ale i reszta jego skandynawskich kolegów, którzy dorzucają do tego właśnie ten „północny podmuch”. Album zawiera 7 kompozycji inspirowanych pieśniami tybetańskim, Europejską muzyką Trzeciego Nurtu, oraz Skandynawskim podejściem do przestrzeni.

Kto jeszcze nie wie, niech się zaraz dowie - „A'FreAk-KomEdA Project” – to następujący artyści: Wojciech Staroniewicz - saksofon tenorowy, Przemek Dyakowski- saksofon tenorowy, Dariusz Herbasz saksofon barytonowy, Marcin Janek - saksofon tenorowy, sopranowy, Dominik Bukowski marimba, wibrafon, Janusz Mackiewicz - gitara basowa, Roman Ślefarski – perkusja, Larry Okey Ugwu - instrumenty perkusyjne. Liderowi zespołu, Wojciechowi Staroniewiczowi udała się rzecz niebywała – nie tylko zebrał świetny i to w dodatku potężnych rozmiarów zespół (szczerze, każdy z nich to klasa sama dla siebie), ale też udanie połączył mainstreamowe granie z muzyką etno. Moda na etno-jazz wydaje się dziś już śpiewem przeszłości, choć to prawda, że wciąż kilka projektów odnosi sukcesu. W naszym kraju najmocniej w tym kierunku poszedł Grzech Piotrowski, którego od zawsze kręciło łączenie często dalekich od siebie idiomów. Teraz realizuje się on w dużych projektach, z gigantycznymi chórami i zagranicznymi muzykami. Staroniewicz bawi się afrykańskimi rytmami – tu całkowicie ufa Larry’emu Okey Ugwu , szuka w nich energii, polotu, optymizmu, a nieraz szaleństwa.

To świetnie pasuje dla dęciaków – trzech saksofonów, które nawzajem się uzupełniają, walczą ze sobą, łączą – brawo panowie. Afrykańską duszę pokazuje też w szczególności Dominik Bukowski, który na swoich własnych projektach już dawno eksplorował te terytoria. Ludzie, którymi otacza się Staroniewicz świetnie czują się w realizacji jego planów. „A'FreAk-KomEdA Project” to kilka interesujących kompozycji lidera i ciekawe interpretacje utworów Krzysztofa Komedy takie jak: „Kattorna”, „Moja Ballada” czy „Crazy Girl”.

Podobał wam się pianista Piotr Schmidt Electric Group, a obecnie Schmidt Electric? No to mam dobrą wiadomość. Tomasz Bury właśnie postanowił się trochę bardziej usamodzielnić i przedstawia swój pierwszy album i to solowy - „Ritual. Solo Piano Live”. Mieszkający od czterech lat w Londynie pianista, pełnił rolę sidemana nie tylko u jazzmanów, ale i u choćby Marcina Wyrostka, a także występował z Zabrzańską Orkiestrą Symfoniczną i w klasycznych zespołach kameralnych. Większość numerów na krążku to jego kompozycje, a że dał im dużo z siebie i są one efektem nie szybkiej, pobieżnej pracy, doświadczymy już po pierwszym przesłuchaniu krążka. Bury zaczynał komponować w wieku sześciu lat, a teraz stara się korzystać ze współczesnych harmonii i ubarwiać swoje dzieła mocno elektrycznym brzmieniem. Nie oznacza to jednak, że mamy tu do czynienia z wybuchem wulkanu i piętrzeniem się kolejnych warstw mocnego, pikantnego grania. Nie, zarówno jego kompozycje, jak i przebój „Caravan” Duke’a Ellingtona i Juana Tizola, a także po temat utworu Piotra Schmidta – „Dark Morning (Morning) to muzyka przepełniona nostalgią. Warto przysłuchać się grze Burego, ma nie tylko sporo do powiedzenia, ale wydaje się, że czuje się już gotowy, by rzucić rękawicę bardziej doświadczonym pianistom z krajowego podwórka, takim jak choćby Sławomir Jaskułke czy Piotr Wyleżoł.

W zeszłym roku trójka trójmiejskich muzyków z zespołu Confusion Project zachwyciła nas płytą "How to Steal a Piano?". Jeszcze dziś można się oblizać przypominając sobie, co robiła z zawartym na niej materiałem ta zdolna młodzież. Teraz dobra wiadomość – perkusista zespołu Adam Golicki, zaprasza do współpracy swoją dwójkę kolegów i przedstawia swój album „Ad Shave”. Udało mu się zebrać wyjątkowo wysmakowany skład – i to całkiem szeroki: Michał Ciesielski - fortepian, syntezator, moog, Piotr Gierszewski - gitara basowa oraz w czterech utworach Maciej Sikała - saksofon sopranowy i tenorowy, w trzech Cezary Paciorek - akordeon, elektryczny fortepian, i po jednym Grzegorz Nagórski - puzon, Maciej Grzywacz - gitara, Marcin Gawdzis - trąbka, Piotr Lemańczyk - gitara basowa, Hanna Woźniak – wokal i Adam Kaufhold - wokal w tle. Nieźle, prawda? Sześć rozbudowanych opowieści, wielu doświadczonych, pierwszoligowych gości, wszystko dopięte na ostatni guzik. Dysponując takimi siłami, z których muszę mimo wszystko wyróżnić Sikałę (stęskniłem się już za jego nowymi produkcjami) Golicki może sobie pozwolić na budowanie takich majestatycznych, potężnych konstrukcji, jak najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na krążku - "The Great Benefactor", gdzie przez dziesięć minut otrzymujemy zwartą historię, wspaniały popis zespołowego grania i wpływania na emocje słuchacza. Podobnie, ale o wiele ostrzej, mamy do czynienia w "All That Funk", gdzie obok członków tria Confusion Project stoi trzech dęciaków: saksofon tenorowy Macieja Sikały, puzon Grzegorza Nagórskiego oraz trąbkę Marcina Gawdzisa. Ufff jak gorąco!

Mieczysław Burski

Zobacz więcej na temat: Jazz recenzja
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Zakir Hussain: po narodzinach tata wyśpiewał mi rytm

Ostatnia aktualizacja: 09.07.2015 08:00
O tym, dlaczego nie został gwiazdą rocka, oraz o rytmicznych różnicach między Indiami a Zachodem gwiazda EtnoKrakowa - Zakir Hussain opowiadał w Dwójce.
rozwiń zwiń