Wojciech Mojzesowicz, były poseł PiS

Ostatnia aktualizacja: 23.04.2009 08:13
"Chcę powiedzieć wyraźnie, że nie będę już w żadnej partii politycznej. Nawet jeżeli odchodzi się z polityki, ale z dużym poparciem środowiska, jakie się reprezentuje, to jest satysfakcja dla polityka."
Audio

Przez mniej więcej tydzień przed pana decyzją o wystąpieniu z PiS-u media relacjonowały, że powodem pana niezadowolenia jest Ryszard Czarnecki jako „jedynka” na liście w Bydgoszczy. Te relacje dobrze oddawały istotę tej relacji?

 

Były dwie sprawy. Jedna – może nawet ważniejsza – to nie kwestia „jedynki”, to nie kwestia sporów personalnych, ale kwestia zasad, formy, stylu. Pamiętam jak w 1980 roku jako młody działacz solidarności, mój ojciec był internowany… walczyliśmy o demokrację. I w państwie, i w partii musi być demokracja, a potem dyscyplina. Jeżeli chodzi o „jedynkę” w Bydgoszczy”, to chcę wyraźnie powiedzieć, że to nie ja, ale zarząd główny, nie ja, ale pan prezes, przedstawił pana Kosmę Złotowskiego, który miał być od wielu już miesięcy. Zarząd główny ustalił to, zatwierdził. Ja w dobrej wierze, oczywiście, ogłosiłem to wszem i wobec, podporządkowując się. I po dwóch godzinach dowiedziałem się, że to nie tak, że to całkiem inna osoba. Poza tym kujawsko-pomorskie to nie region, gdzie można przyjechać jak do lasu, wyrąbać drzewo i pojechać w inne miejsce w Polsce. Tak że zdecydowanie uważałem, że jako szef rady regionalnej powinienem zadbać o to, żeby ta partia miała wynik. Nie ukrywam, że jednak poszczególne regiony czy województwa i ludzie tam mieszkający utożsamiają się z ze swoimi – nie w złym tego słowa znaczeniu – tylko mieszkającymi tam. To jest kwestia promocji regionu, to jest kwestia pozycji partii. Partia, która nie może wystawić kandydata na wojewodę, która nie wystawia na pierwszym miejscu kogoś do europarlamentu – to co to za formacja w regionie?

 

Może prezes zwyczajnie miał prawo zmienić decyzję? Do czasu, kiedy listy nie mają ostatecznego kształtu, można zmieniać. Zakładam, że Jarosław Kaczyński chciał dobrze.

 

Może chciał dobrze, ale nie wyszło.

 

A o które listy jeszcze chodziło i o których kandydatów? Bo pan wspominał, że nie chodziło tylko o Ryszarda Czarneckiego, tylko właściwie o problem ogólnopolski.

 

Prawo i Sprawiedliwość od 2005 roku z moim dużym udziałem z partii, która miała na wsi piąty wynik, jeśli chodzi o poparcie społeczne, żeśmy wygrali wybory do parlamentu krajowego w 2005 roku, wygrał pan prezydent Lech Kaczyński – też z poparciem wsi, wygraliśmy wybory samorządowe na wsi, wygraliśmy w roku 2007 – w bardzo trudnej sytuacji dla PiS – też wybory na wsi. Jakby wszędzie z poparciem było tak jak na wsi… Platforma miała 31-32%, a my 38% z kawałeczkiem… Zrobiliśmy wiele rzeczy sensownych na rzecz wsi i uważam, że w wyborach do europarlamentu na trzynaście okręgów w dziesięciu, które potencjalnie mają szanse na zdobycie mandatu eurodeputowanego, powinien być rolnik – młody, doświadczony, prowadzący świetnie gospodarstwo, z wykształceniem – takich mamy. Nie znalazł się nikt…

 

Ale w Bydgoszczy to pan miał być „jedynką” na liście i pan odmówił.

 

Wytrawnie mówiłem, że to mnie nie interesuje. Ja pracuje w parlamencie polskim. To jest poza mną. O tym wiedziano. W związku z tym, to był taki pusty gest, który musiał spotkać się z odmową. Kandydat do Parlamentu Europejskiej musi znać biegle chociaż język angielski, ale powinien być fachowcem. Dlatego uważałem, że następne pokolenie – pokolenie sprawnych rolników, energicznych, znających język, którzy współpracowaliby z nami w kraju, bo 48% budżetu Unii Europejskiej jest na rzecz rolnictwa. Kto będzie mówił w imieniu rolników? Zakładam, że PiS miało szansę wygrać te wybory…

Chciałby pan, żeby na tych wysokich miejscach byli młodzi, wykształceni rolnicy, tylko trzeba chyba oddać władzom PiS to, że musiały szukać na pierwsze miejsca osób z nazwiskami. Pan jest w Polsce rozpoznawalny, dlatego pewnie proponowano panu tę „jedynkę”. Pan nie przyjął, a potem pan mówił, że na tych pierwszych miejscach powinni być rolnicy. To tu jest sprzeczność.

 

Powoli… To nie jest sprzeczność. Zawsze jak się o coś walczy, to walczy się o siebie. Uważam, że w Brukseli nie ma miejsca dla mojego pokolenia. Natomiast jeżeli mamy pewien szacunek do środowiska, to wystawienie na pierwszym miejscu – które nie zawsze daje mandat – to jest też wyrażenie szacunku. Nie chciałbym, żeby pan prezes Kaczyński… to w jego dobrym imieniu ta moja z nim awantura. Był kongres wsi polskiej, ponad tysiąc rolników i tam pan prezes mówił bardzo pięknie o polskiej wsi. Ale nie można tylko mówić. A jak po wyborach ktoś zapyta: „panowie, wygraliście znowu na wsi, kto jest w Brukseli, kto będzie w naszym imieniu cos mądrego mówił”?

Wspomniał pan, że miał udział w dobrych wynikach PiS na wsi, a teraz Jarosław Kaczyński rezygnuje z pana, to znaczy, w sytuacji ultimatum, które pan postawił, Jarosław Kaczyński uznał, że Ryszard Czarnecki jest ważniejszy. Jak pan tę zależność sobie tłumaczy?

 

Mam wrażenie – obym się mylił – pan prezes to jest osoba sprawna, jeśli chodzi o politykę, osoba, która prowadzi analizy; wydaje mi się, że gest pozbywania się w części poparcia wsi polskiej i jest to rezygnacja z szansy zwycięstwa w jakichkolwiek przyszłych wyborach.

 

Dużo krytyki spadło na pana ze strony kolegów partyjnych. Miedzy innymi poseł Giżyński bardzo krytycznie mówił o pana decyzji. Pan powiedział, że „różnica miedzy mną a panem Giżyńskim jest taka, że jego żadna formacja polityczna nie jest w stanie pozytywnie ocenić i jego bytność polityczna jest albo w PiS-ie, albo nigdzie, w moim przypadku jest całkiem inaczej”. To gdzie mógłby pan kontynuować swoją aktywność.

 

Przynależność partyjną traktuję jako wtórną rzecz. Po to wyborcy dają mandat do zasiadania w parlamencie, żeby mówić w ich imieniu. Jeżeli chodzi o pana Giżyńskiego, to szkoda,   żebym się młodym człowiekiem tutaj zajmował.

Ale ja nie pytam o pana Giżyńskiego, tylko o to, gdzie by pan widział swoje miejsce.

 

Chcę powiedzieć wyraźnie, że nie będę już w żadnej partii politycznej.

Nigdy?

 

Nie, nigdy. Wystarczy. Teraz w czerwcu będzie dwadzieścia lat odkąd pracuję w parlamencie. Nie zastanawiałem się nigdy nad tym, czy odchodząc z formacji politycznej przy sporze merytorycznym, będę na liście i będę posłem. Ktoś mi kiedyś powiedział „Wojtku, o co Ci chodzi? Będziesz pierwszy na liście, będziesz posłem.” Oczywiście, mandat poselski uważam za ważną rzecz i wyróżnienie. Natomiast sam mandat poselski nie może być celem w życiu.

 

No, tak. Ale polityka to jest wpływ. Trudno mieć wpływ, jeżeli jest się samotnym jeźdźcem.

 

Jeżeli parlamentarzysta ma wiedzę, pozycję, wie, o co chodzi, wie, o czym mówi, ma za sobą duże środowisko, (ja mam wieś), to nie obawia się o swoją przyszłość. Nawet jeżeli odchodzi się z polityki, ale z dużym poparciem środowiska, jakie się reprezentuje, to jest satysfakcja dla polityka.

 

A które ugrupowanie w tej chwili pana zdaniem najlepiej reprezentuje polską wieś?

 

Jestem przekonany, że najwięcej dla polskiej wsi w okresie mojej bytności i rządzenia przez dwa lata zrobiło PiS.

Czyli pan rezygnuje z działalności w partii, która najlepiej reprezentuje polską wieś…

 

Ale powoli, panie redaktorze, przestaje. Najważniejsze sprawy będą się działy w Unii Europejskiej. Jeżeli PiS, pan prezes Kaczyński rezygnuje z tego, żeby na dziesięciu, dwunastu eurodeputowanych nie było fachowca od polskiej wsi, który może odezwać się po angielsku, ale mądrze, fachowo, który będzie tę polską wieś reprezentował i będzie umiał przenosić te sprawy z Brukseli do Warszawy i odwrotnie, to znaczy, że PiS na czele z prezesem Kaczyńskim rezygnuje z tego środowiska.

 

Czyli PiS już nie. Kto w takim razie?

 

Nie myślałem nad tym i nie myślę, bo to nie jest mój cel w życiu, żeby teraz myśleć, gdzie będę na liście, czy będę posłem.

 

Pytam w tej chwili o ocenę pana jako osoby, która zna problemy polskiej wsi i ma doświadczenie. Która partia dla wsi robi najwięcej, jeśli nie jest to w tej chwili PiS?

 

Największy błąd ostatnio to jest kwestia braku dopłat do ubezpieczeń, jeżeli chodzi o suszę dzisiaj w Polsce. Dwie trzecie kraju to jest susza. Od trzech tygodni nie padają deszcze. Nie ma ubezpieczeń. I tu widzę problem, tu się smucę… Natomiast będąc w komisji rolnictwa, w której jestem już dziewięć lat chyba, tam, mówiąc o rolnictwie, widzę, że te sprawy, które podnoszę jakiś grunt mają. Ludzie tego słuchają, rozmawiamy o tym. I to jest moja rola.

 

A co się dzieje w tej chwili w Samoobronie? Ma pan jakąś wiedzę na ten temat?

 

W Samoobronie samej nie, natomiast osoby, które po Samoobronie pozostały, wielu porządnych ludzi, mają ze mną kontakt. I przyznaję, że miałem rację. Ale cóż mi  z tej racji, jak nic już z tego nie pozostało.

 

A kiedy Samoobrona odrodzi się?

 

Nigdy już się nie odrodzi Samoobrona.

 

Jak pan ocenia pracę ministra rolnictwa Marka Sawickiego w porównaniu z pana pracą na stanowisku ministra rolnictwa? W porównaniu z Andrzejem Lepperem?

 

Nie będę porównywał ze sobą, bo to by było niezręczne. Natomiast ja bym oczekiwał od pana ministra więcej determinacji. Jeżeli robimy jakieś zmiany, to jeśli nie możemy tego zrobić lepiej, to nie powinniśmy tego robić. Mówię o ustawie o ubezpieczeniach. Była nowelizacja ustawy – nowelizacja w gorszym kierunku, złym. Powtarzam, jak coś można coś zmienić na lepsze, to zmieniajmy. Jeżeli nie jest się w stanie zmienić na lepsze, to nie psujmy tego, co było.

 

W rządzie zasiadał pan między innymi z Anną Fotygą, która wczoraj odpowiadała na pytania posłów z sejmowej komisji spraw zagranicznych. Skrytykowała w czasie tych odpowiedzi politykę zagraniczną rządu. A przypomnijmy, że Anna Fotyga jest kandydatem na ambasadora Polski przy ONZ. Jak pan ocenia tę sytuację? Ma szansę jeszcze być ambasadorem?

 

Pani minister Fotyga miała prawo skrytykować rząd, ale jeżeli pani minister Fotyga chce ten rząd i ministra spraw zagranicznych reprezentować jako ambasador, to musi cos wybrać. Jeżeli krytycznie podchodziłbym do mojego potencjalnego szefa, to nie zatrudniam się w jego firmie. Z chwilą, kiedy wyraziła to, to… ja się nie dziwię, że może nie być powołana. Nie mówię, że polityka zagraniczna jest dobrze prowadzona, ale albo – tak jak ja – wyraża się swój pogląd i się odchodzi… a pani Fotyga wyraża swój pogląd i chce skorzystać z tego, żeby zostać ambasadorem. Tego nie rozumiem.

 

Chciałbym pana zapytać o Jacka Kurskiego, który został wczoraj odwołany z komisji „naciskowej”. To była dobra decyzja komisji?

 

Przez chwilę oglądałem tę komisję… Przestajemy mówić o sprawach, tylko wszyscy nawzajem walczą już nie wiadomo, o co. Trochę tak jak z tymi rolnikami – przepraszam, ze wracam do mojego zawodu – że zaczęli się kłócić o dwa palce na miedzy, w sądach przegrali, i na samym końcu już nie wiedzieli, o co się pokłócili.  

Czytaj także

O szacunek dla wsi przy tworzeniu list

Ostatnia aktualizacja: 21.04.2009 19:33
Może pan prezes dokona pewnej refleksji i za rok, jak się spotka z rolnikami, to będzie mógł powiedzieć: proszę, to jest wasz przedstawiciel w Unii.
rozwiń zwiń