X
Aby nas słuchać lub oglądać potrzebujesz najnowszego Adobe Flash Player | Pobierz Flash
POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT
Nauka

HAARP - po jasnej stronie mocy?

29.10.2007
0 0 0
Mało kto ma świadomość prowadzenia przez USA projektu HAARP, osnutego nie mniejszą aurą tajemniczości niż „Strefa 51”.
Posłuchaj
34'42

O „Strefie 51” słyszał prawie każdy. W Internecie, prasie (nie tylko popularnonaukowej) i telewizji ciągle huczy od plotek i domysłów, czym tak naprawdę zajmuje się personel bazy – badaniem UFO, eksperymentami genetycznymi czy może nową superniszczycielską bronią? Mało kto za to ma świadomość prowadzenia przez USA projektu HAAPR, osnutego nie mniejszą aurą tajemniczości niż „Strefa 51”.

Skąd się wzięło i jak działa

W 1990 roku w pobliżu Gekon na Alasce wycięto spory obszar tajgi – w jego miejsce postawiono szeregi anten radiowych. Projekt HAARP zaczął pracę. Sam skrót rozwija się jako High frequency Active Auroral Research Program (po polsku Program Aktywnego Badania Zorzy przy pomocy Wysokich Częstotliwości). Całe przedsięwzięcie finansowane jest między innymi przez US Air Force (amerykańskie siły powietrzne) oraz US Navy (amerykańska marynarka wojenna). W projekcie tym bierze udział kilka innych ośrodków – m. in. Platteville (Kolorado), Fairbanks (Alaska) i Obserwatorium Arecibo (Portoryko). Od strony technicznej przedsięwzięcie opiera się na wynalazku i patencie amerykańskiego fizyka B.J. Eastlunda (patent nr 4.686.605). Wspomniany patent został opisany jako „narzędzie do przeprowadzania zmian w ziemskiej atmosferze, jonosferze i magnetosferze” (patent ten jest oparty w rzeczywistości o prace Nikoli Tesli z początku XX w., który to badał możliwość przesyłania sygnałów elektrycznych na odległość bez użycia kabli).

Sercem projektu jest kompleks 180 anten radiowych o docelowej mocy 3,6 mega watów, zajmują one obszar ok. 35 akrów. W ramach tej instalacji pracują: IRI (Ionospheric Research Instrument - urządzenie do badań jonosfery), ISR (Incoherent Scatter Radar – radar bardzo wysokiej częstotliwości) oraz nowoczesne geofizyczne urządzenie badawcze ELF.

Emitowane przez anteny fale o częstotliwości do 1 MHz są pochłaniane przez jonosferę lokalnie ją „podgrzewając” lub wręcz „wypalając” w niej otwór (obrazowo można powiedzieć, że anteny strzelają w niebo wiązką elektromagnetyczną). Można to opisać jako „drażnienie” atmosfery w sposób kontrolowany. W ten sposób prowadzone są badania nad pochodzeniem i sposobem powstawania zórz polarnych, właściwościami elektrycznymi i magnetycznymi ziemskiej jonosfery oraz promieniowaniem kosmicznym.

 

''Zorza polarna. Źr. Wikipedia.

HAARP po jasnej stronie mocy

Od wieków w świadomości ludzi północy zorza polarna jawiła się jako coś okropnego, wróżącego nieszczęście. W mitologii Eskimosów odgrywała rolę „projektora” zaświatów, krainy zmarłych; ludzie chowali swe dzieci, gdy widniała na niebie – wierzono, że może zabrać im głowę. Obecnie wiadomo, że nie ma w niej niczego przerażającego – jest pięknym i niegroźnym zjawiskiem elektrycznym, występującym w atmosferze na dużych szerokościach geograficznych. Zrodził się nawet nurt wypraw turystycznych w okolice koła podbiegunowego, celem jej obejrzenia. Jedna rzecz zawsze jednak nurtowała badaczy – wielu naocznych świadków „palenia się” zorzy mówiło o dziwnych szmerach, jakie słyszeli podczas jej oglądania. Dźwięki te porównywano do skrzypienia butów na suchym śniegu bądź gniecenia folii aluminiowej. Zastanawiającym było to, że nie udało się w żaden sposób tych dźwięków zarejestrować – nie wykrywały ich nawet bardzo czułe urządzenia akustyczne. Ustalono, że dźwięki te nie mogą dochodzić bezpośrednio z miejsca świecenia zorzy, w takim bowiem wypadku dochodziłyby do powierzchni ze znaczącym opóźnieniem czasowym wynikającym z prędkości dźwięku (zorze zwykle pojawiają się na wysokościach powyżej 100 km nad powierzchnią Ziemi więc opóźnienie to byłoby mierzalne).

Czym jest więc „muzyka zorzy”? Mimo że pełnej odpowiedzi na to pytanie jeszcze nie znamy,  badania w ramach HAARP rzuciły nowe światło na to zagadnienie. Jedną z hipotez są lokalne wyładowania elektryczne w zorzy – być może pola elektromagnetyczne, wytwarzane podczas świecenia zorzy, oddziałują bezpośrednio na ludzkie mózgi (tłumaczyło by to brak możliwości akustycznej rejestracji tych dźwięków), powodując odbieranie ich jako owego „szumienia”.

Do sukcesów projektu zaliczyć można także „zapalenie” sztucznej zorzy. W czasie, gdy na niebie widniała naturalna zorza a anteny pracowały, na jej tle pojawiły się zielonkawe, ledwo widoczne gołym okiem, plamki. Zostały one zarejestrowane przez urządzenia diagnostyczne. W planach jest „zaświecenie” całkowicie sztucznej zorzy. Wszystkie te badania pogłębiają wiedzę o fizyce górnych warstw atmosfery, pomagają zrozumieć i monitorować zjawiska obserwowane od lat. Przy pomocy HAARP-a dokonano także w latach '90 „prześwietlenia” wnętrza Ziemi. Anteny wykorzystywane są także do lepszej komunikacji z satelitami, prognozowania pogody czy przewidywania anomalii elektromagnetycznych atmosfery. Planuje się także eksperyment, w którym inicjować się będzie przepływ zmiennych prądów w jonosferze emitujących fale radiowe o niskich częstotliwościach (od kilku do kilkudziesięciu Hz). W takim wypadku jonosfera zamieniłaby się w gigantyczną antenę, zdolną przesyłać sygnały radiowe w każdy zakątek globu.

Gdzie kończy się nauka a zaczyna tajemnica

Na wstępie tej części chciałbym zaznaczyć, że większość zawartych poniżej informacji nie jest  w jakikolwiek sposób zweryfikowana. Odstawmy na chwilę rzetelność naukową a zajmijmy się domysłami  i spekulacjami. Po wpisaniu w wyszukiwarce internetowej hasła „HAARP” może się zaznajomić z masą informacji. W większości są to (nie bójmy się użyć tego słowa) bzdury funta kłaków niewarte. Chciałbym wybrać z morza teorii spiskowych problemy warte uwagi, problemy poważne, ale nie budzące szczerego uśmiechu politowania na twarzach czytelników.

 

 

''Zorza. Źr. NASA.

Jest rzeczywiście coś niepokojącego w projekcie HAARP. Wspomniany na wstępie patent pana Eastlunda jest tylko wstępem do całej plejady innych patentów. Nie będę ich wszystkich wymieniać – jest ich około 10. Większość z nich dotyczy oddziaływania promieniowania elektromagnetycznego na jonosferę. Pierwszą rzeczą, jaka niepokoi jest fakt, że rękę na tych badaniach trzyma wojsko (które, jak wiadomo, nie za chętnie udostępnia swe tajemnice) – HAARP nie jest tylko ośrodkiem cywilnym. Bardzo możliwe, że na Alasce tworzona jest nowa broń, która będzie wykorzystywać ziemską atmosferę. Skoro można używać jonosfery jako „anteny”, to dlaczego by nie przesyłać w ten sposób niszczycielskich impulsów elektromagnetycznych? Niepokojący jest też fakt opisania patentu - „narzędzie do przeprowadzania zmian w ziemskiej atmosferze, jonosferze i magnetosferze”. Czy możne bezkarnie grzebać w zjawiskach atmosferycznych? Czy jednak da się w ten sposób kontrolować na przykład pogodę? Konkretów na ten temat nie ma i nie należy się spodziewać, by były.

Kolejną ciekawą sprawą jest (proszę nie zgrzytać zębami) możliwość... zakłócania pracy ludzkiego mózgu na odległość. Do wspomnianego „prześwietlenia” Ziemi użyto fal o częstotliwościach, na jakich nadaje ludzki mózg (sygnały elektryczne generowane przez ludzki system nerwowy mają częstotliwość w granicach 5 – 15 Hz). Powraca także po raz kolejny problem jonosfery jako anteny (fale odbite od niej miałyby mieć właśnie takie „mózgowe” częstotliwości). CIA prowadzi od kilku lat program MK ULTRA dotyczący używania fal elektromagnetycznych w celu wpływania na samopoczucie ludzi (pod koniec lat '90 pojawił się nawet w Kongresie USA projekt ustawy dopuszczającej rozpędzenie demonstracji przy pomocy urządzeń generujących fale elektromagnetyczne o niskich częstotliwościach). A przecież ludzie w niewytłumaczony jeszcze do końca w jednoznaczny sposób „słyszą” zorzę... Czy wszystko to może prowadzić do stworzenia nowego rodzaju broni? Z medycznego punktu widzenia fale o niskich częstotliwościach bardzo negatywnie oddziałują na organizmy żywe – powodują podniesienie poziomu cukru, cholesterolu, wzrost ciśnienia, arytmię serca. A gdyby użyć tego w czasie wojny? „Ciemna strona mocy HAARP-a” to także ewidentnie negatywne oddziaływanie na organizmy zwierząt, zwłaszcza tych używających do swych wędrówek ziemskiego pola magnetycznego.

Niektórzy porównują całe to przedsięwzięcie do małego chłopca, który, spotkawszy śpiącego niedźwiedzia, dźga go kijem i z zaciekawieniem patrzy, jak misio będzie reagował. Tak i tutaj smaga się jonosferę sztucznymi wiązkami promieniowania. A  co z tego wyniknie... Miejmy nadzieję, że nic złego, a przy okazji dowiemy się dużo o tym jak powstaje tak fantastyczne zjawisko jak zorza.

Marcin Perzanowski


POSŁUCHAJ AUDYCJI - mp3 (15,89 MB)

0 0 0
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Tevatron szuka bozonu Higgsa

Czy należący do CERNu LHC da się przegonić Amerykanom?

LHC wciąż nie działa, a tymczasem CERN zaczyna mieć konkurencję. Być może to nie naukowcy spod Genewy jako pierwsi potwierdzą istnienie „Boskiej cząsteczki”. Na starcie stawili się bowiem Amerykanie.

 

Nieuchwytna cząstka

Bozon Higgsa to cząstka, która została przewidziana teoretycznie, ale nie potwierdzono jeszcze jej istnienia doświadczalnie.  Istnienie bozonu Higgsa jest postulowane przez Model Standardowy – zgodnie z tzw. mechanizmem Higgsa pola kwantowe sprzęgają się z polem Higgsa, w wyniku czego następuje spontaniczne złamanie symetrii, a bezmasowe cząstki Modelu Standardowego nabierają masy. Właśnie dlatego bozon Higgsa nazywany jest też „Boską cząsteczką” - ponieważ ma być odpowiedzialny za to, że materia posiada masę.

Warto pamiętać, że bozon Higgsa to jedna z dwóch cząstek przewidzianych w Modelu Standardowym, których jeszcze nie zaobserwowano. Aby potwierdzić istnienie cząstki Higgsa, w CERN powstał największy zderzacz hadronów, LHC. Problem polega jednak na tym, że dzieło europejskich naukowców wciąż na dobre nie ruszyło, a prawdopodobieństwo, że amerykański zderzacz Tevatron wykryje bozon Higgsa, w najgorszym razie wynoszą 50 proc. W najlepszym 96 proc., pochwalili się właśnie Amerykanie z Fermilab, instytucji, która dysponuje Tevatronem.

"Stary, ale jary"

Tevatron wybudowano w latach 1983-1999. To poprzednik europejskiego Wielkiego Zderzacza, który czasu uruchomienia LHC zderzał cząstki o najwyższych energiach. Dopóki LHC stoi, Tevatron wciąż jest najpotężniejszy. Obydwie maszyny stosują zresztą tę samą metodę poszukiwań: zderzania subatomowej materii, rozpędzonej do bardzo dużych prędkości. Jeśli bozon Higgsa istnieje, prędzej czy później pokaże się wśród „odprysków” powstałych na skutek tych zderzeń.

LHC wciąż jednak nie działa. Lyn Evans, walijski uczony, który dowodzi projektem LHC od jego fazy koncepcyjnej, żali się, że poślizgi czasowe sprawią, iż największe odkrycie w fizyce wymyka się Europejczykom z rąk. Właśnie o tym rozmawiali przedstawiciele CERN i Fernilab na dorocznym zjeździe Amerykańskiego Stowarzyszenia ds. Rozwoju Naukowego (American Association for the Advancement of Science - AAAS), który odbył się w dniach 12-16 lutego tego roku w Chicago.

CERN bez nagrody

Zidentyfikowanie tzw. ”Boskiej Cząsteczki” było celem CERNu od samego początku jego istnienia, czyli od lat 1980. Kiedy uruchamiano LHC we wrześniu 2008, przepowiadano, że bozon „objawi” się światu latem 2009 roku. Nieprzewidziany 12-miesięczny postój akceleratora wstrzymał eksperymenty. Wykorzystał to Fermilab, zwiększając intensywnośc badań prowdzonych w zderzaczu Tevatron w Illinois. Paradoksalnie – to, na co Europejczycy czekali z drżeniem serca jako na koniec świata, czyli intensywne zderzanie cząstek o wysokiej energii w specjalnym zderzaczu, po drugiej stronie Atlantyku jest naukową codziennością…

Pier Oddone, nadzorujący działania Tevatronu, zaprezentował wyniki prac swojego zespołu. „ Istnieje bardzo duża szansa na to, że zobaczymy ślady bozonu Higgsa zanim zrobią to specjaliści z LHC” – chwali się dr Dmitri Denisov z Fermilab. – „Myślę, że mamy następne dwa lata na poszukiwania, jeśli wziąć pod uwagę to, co o dacie startu LHC powiedział nam  Lyn Evans”. Złośliwe? Nie, realistyczne.
 
Eksperymenty prowadzone przy użyciu akceleratora LEP w CERN w latach 1990-2000 wykazały, że jeżeli cząstka Higgsa istnieje, to jej energia przekracza 114 GeV (gigaelektronowolta). “Prawdopodobieństwo tego, że to my zobaczymy bozon Higgsa jako pierwsi, wynosi 90 proc., jeśli ma on dużą masę. Jeżeli wynosi ona około 170 GV, to szanse są jeszcze większe i wynoszą 96 proc” – chwali się Denisov. Jeśli ostatnie przypuszczenie okaże się prawdą, specjaliści z Fermilab mają nadzieję zobaczyć bozon już tego lata.

Kto pierwszy na mecie?

“Tevatron działa bardzo dobrze” – podkreślają Amerykanie. Już ten fakt sprawia, że mają olbrzymia przewagę nad CERNem. Ale, oczywiście, im mniej masywny jest bozon Higgsa, tym dłużej będą trwały poszukiwania. Nawet jednak przy najmniejszej przewidywanej jego masie, Fermilab ocenia swoje szanse na 50 proc. To dużo, zwłaszcza, że konkurencja wciąż naprawia swój system chłodzenia…

Amerykanie są na progu odkrycia wszechczasów. “Zamiast zwykłej dwumiesięcznej przerwy świątecznej naukowcy z Fermilab pracują. To wyścig. Kto jest pierwszy, ten wygrywa” – mówi Denisov. Podobno już w około ośmiu kolizjach w Tevatronie mogły znajdować się wskazówki co do istnienia Boskiej Cząsteczki.

“Wyścig trwa” – potwierdza Lun Evans, który na konferencji prasowej w Chicago siedział obok pewnego siebie Denisova. – „Tevatron pracuje lepiej niż kiedykolwiek sądziłem, że może. Zbierają dane jak szaleni. Opóźnienia LHC dają im fory, a oni na pewno wykorzystają ten fakt tak, jak to tylko możliwe…” – komentuje szef projektu LHC.

Czy Europejczycy mają jeszcze w ogóle szanse? “Jeśli w Fermilab znajdą bozon Higgsa, to gratulacje… Nie sądzę jednak, by zrobili to zanim LHC zacznie znowu działać" – odgraża się Evans. – „Być może są w stanie odkryć ślady tej cząstki, ale nie wiem, czy są w stanie odkryć ja samą. Poza tym, jeśli bozon Higgsa ma inną masę, niż przypuszczają, to ich szanse na jej znalezienie są zerowe”.

Konkurencja z pewnością jest zdrowa po obu stronach, ale trzeba przyznać, że ze strony CERNu wszelkie zapowiedzi to były na razie po prostu czcze przechwałki. Europejczykom, którzy wznieśli Wielki Zderzasz Hadronów, wciąż jednak pozostaje nadzieja. LHC rozreklamowano wokół poszukiwań bozonu Higgsa, ale może on także przeprowadzać szereg innych eksperymentów. “Takich Tevatron nigdy nie będzie w stanie wykonać” – mówi Lyn Evans. Pozostaje trzymać kciuki za CERN i obserwować wyniki tego niezwykłego wyścigu.

Eugeniusz Wiśniewski

0 0 0

Czytaj także

Co po LHC?

Przedstawiamy naukowe możliwości i trwające już prace nad nowymi zderzaczami cząstek. Jeszcze potężniejszymi.

LHC to z pewnością nie ostatni z pomysłów naukowców, a większe i potężniejsze zderzacze cząstek nadal będą powstawać. Co czeka nas po LHC? Przedstawiamy naukowe możliwości i trwające juz projekty.

Co po odkryciu bozonu Higgsa?

Chociaż emocje towarzyszące startowi LHC i jego wyścigu z Tevatronem są olbrzymie, odnalezienie bozonu Higgsa nie oznacza bynajmniej rozwiązania wszystkich problemów fizyki. Doświadczalne potwierdzenie istnienia tzw. Boskiej Cząstki jest przewidywane w ciągu trzech najbliższych lat. Będzie oznaczało, że przewidywania Modelu Standardowego są słuszne i że Wszechświat jest przeniknięty polem Higgsa, dzięki czemu wszystkie cząstki uzyskują swoją masę.

Mimo to nawet po odkryciu bozonu Higgsa zderzacze nie przestaną powstawać. Kolejny super-zderzacz będzie mógł zderzać cząstki częściej i bardziej precyzyjnie, dzięki czemu weźmie pod lupę właściwości Boskiej Cząstki. Wysokie energie, na których będzie pracował, przydadzą się zwłaszcza wtedy, jeśli Higgs okaże się ciężką cząstką.

Naukowcy są zapobiegawczy. Już teraz przewidują, że do badania ciężkich cząstek lepiej nadaje się zderzacz liniowy – taki jak International Linear Collider (ILC – Międzynarodowy Zderzacz Liniowy), którego ukończenie planowane jest na ok. 2020 rok, a obecnie trwa jego faza koncepcyjna. Składający się z dwóch zderzaczy ILC będzie w stanie zderzać 10 miliardów elektronów, ich anty-cząstek i pozytronów, przyspieszając je do prędkości światła, a jego zadaniem będzie uzupełnianie analiz prowadzonych w LHC.

Europejczycy mają jednak pomysł na własny zderzacz liniowy. Budowa Kompaktowego Zderzacza Liniowego (CLIC – Compact Linear Collider) jest już zaplanowana przez CERN. Jego cechą będzie jeszcze wyższa energia zderzeń, która pomoże w badaniach nad właściwościami bozonu Higgsa.

Co jednak, jeśli nie odnajdziemy Higgsa?

Jeżeli w ciągu trzech lat nie uda się odnaleźć Boskiej Cząstki (i o ile nie będzie to wynikało z kolejnych awarii LHC), wówczas fizycy dojdą do wniosku, że oznacza to, że pole Higgsa jest bardziej skomplikowane. Co to oznacza w praktyce? Naukowcy przypuszczają, że mogłoby to wynikać z faktu rozkładu bozonu Higgsa na niewidzialne cząstki – czyli takie, które nie wchodzą w interakcję z detektorem. Drugim rozwiązaniem byłoby przyjęcie nie-standardowego modelu Higgsa, co oznaczałoby, że Boska Cząstka jest lżejsza lub cięższa niż przypuszczano – a przez to trudniejsza do odnalezienia. Różnych bozonów Higgsa mogłoby też być więcej, a pole Higgsa mogłoby okazać się bardziej egzotyczne.

Tak czy siak, jeżeli w ciągu trzech lat nie uda się odnaleźć Boskiej Cząstki, trzeba będzie rozważyć inne mechanizmy. Na przykład uważa się, że bozon Higgsa może powstać na skutek kolizji dwóch bozonów W – warto zatem spróbować tego sposobu. Nawet jeżeli bozon Higgsa po prostu nie istnieje, wynik zderzenia bozonów W będzie dobrym punktem do podjęcia nowych badań i odnalezienia tego, co właściwie decyduje o masie materii. Do tego celu przyda się zaś jeszcze większy zderzacz – SuperLHC, który powstanie w wyniku przebudowy LHC.

Brak odkrycia bozonu Higgsa będzie zdecydowanie złą wiadomością dla konstruktorów wspomnianego wyżej ILC, ponieważ ten zderzacz liniowy będzie dysponował mniejszą energią niz LHC, a przez to szansa, że odnajdziemy w nim cięższego Higgsa, jest nikła. CLIC może być wówczas lepszą opcją.

Supersymetria – czym to się je?

To jednak nie przekreśla szans ILC na naukowy sukces, ponieważ współczesna fizyka ma w zanadrzu mnóstwo teorii, które czekają na swoje potwierdzenie. Jedną z nich jest Supersymetria (SUSY). To teoria, która sugeruje, że we Wszechświecie powinna istnieć identyczna liczba fermionów i ich partnerów supersymetrycznych - bozonów. Mówiąc innymi słowy – każda cząstka ma swojego anty-partnera. Tak np. elektronowi, który jest fermionem, powinien towarzyszyć hipotetyczny bozon o tym samym ładunku, który nazywamy selektronem, a fotonowi, który jest bozonem, powinien towarzyszyć fermion fotino. Jak dotąd nie zaobserwowano żadnych supersymetrycznych partnerów znanych już cząstek, ale wielu fizyków jest przekonana, że tacy „partnerzy” istnieją. Niektóre hipotezy fizyczne dają wyniki bliższe rzeczywistości po uwzględnieniu supersymetrii, co jest przesłanką potwierdzającą tę teorię.

Inaczej niż w przypadku bozonu Higgsa, cząstki według tej teorii nie pokazują się bezpośrednio – w niektórych modelach wręcz przenikają detektor, w ogóle na niego nie oddziałując. Ich obecność można potwierdzić nie-wprost, wnioskując ją z energii, której brakuje w danym zderzeniu. W najbardziej prawdodpodbnej wersji SUSY, najlżejsze cząstki powinny zacząć „pojawiać się” dzięki tej metodzie już w ciągu pierwszego roku pracy LHC. Trzeba przypom,nieć, że najlżejsza supersymetryczna cząstka jest kandydatem fizyków na główny składnik tzw. ciemnej materii.

SuperLHC mógłby podjąć pomiary masy i spinu większości cząstek przewidywanych przez SUSY, a także wykryć najcięższe z nich, pozostające poza badawczym zasięgiem LHC. Do badania SUSY najlepsze będą jednak zderzacze liniowe, ponieważ energia początkowa kolidujących elektronów i pozytronów jest znana. To sprawia, że idealnym kandydatem do ich badania będzie właśnie ILC.

Nowa fizyka – czy to jest groźne?

Jak dotąd nie udało się wymyślić teorii wszystkiego. Także Model Standardowy zdecydowanie nią nie jest. Właśnie dlatego termin „nowa fizyka” odnosi się do wszystkiego, co nie mieści sie w Modelu Standardowym. Poza Supersymetrią, w jej skład wchodzą także grawitony czy cząstki kojarzone z dodatkowymi wymiarami. Jeżeli są lekkie, powinniśmy je zobaczyć już w LHC
Kiedy dany fenomen zostanie zaobserwowany, będzie trzeba uzupełnić teorie, która go przewiduje. Na przykład potwierdzenie SUSY czy modeli z dodatkowymi wymiarami będzie krokiem w kierunku rozwinięcia teorii strun. sLHC będzie doskonałym narzędziem do zbierania danych na temat nowej fizyki. Zderzacze liniowe okażą się zaś przydatne do uszczegółowienia zebranych danych.

CO NAS CZEKA? POCZET ZDERZACZY:

Super LHC
Jeszcze większa i jeszcze potężniejsza wersja LHC, bazująca na obecnie istniejącym Wielkim Zderzaczu. Jego możliwości będą 10-krotnie większe niż LHC – a zatem 10 razy więcej kolizji o 10 razy większej energii po to, żeby obejrzeć ciekawsze zderzenia. Europo, drżyj!
Data ukończenia: 2018
Koszt: 1.27 miliarda $

ILC
Jeżeli uda się potwierdzić finansowanie do 2012, rozpoczną się prace nad 35-kilometrowym prostym tunelem. LHC zderza protony (zawierające kwarki i gluony), ILC będzie natomiast zderzał elektrony i pozytrony.
Data ukończenia: lata 2020-te
Koszt: 8 miliardów $

CLIC
Będzie zderzał elektrony i pozytrony – dokładnie tak jak ILC. Także czeka jeszcze na aprobatę międzynarodowego środowiska naukowego. Będzie krótszy od ILC i będzie mógł doprowadzać do kolizji o wyższych energiach (sugeruje się, że takie same energie ILC mógłby otrzymać, dysponując 140-km tunelem).
Data ukończenia: lata 2020-te
Koszt: Nieoficjalnie ok. 10 miliardów $

A w przyszłości:
Very LHC (Very Large Hadron Collider) - to na razie tylko propozycja. Następca sLHC już czeka na wejście w fazę koncepcyjną. Miałby zderzać cząstki z energią 40 do 200 TeV i musiałby być zbudowany od zera. Mówi się już także o zderzaczach mionów  i LHeC, gdzie kolidowałyby elektrony z protonami.

Eugeniusz Wiśniewski

Na podstawie: New Scientist

Zobacz więcej na temat: CERN Europa kandydaci
0 0 0

Czytaj także

Człowiek bezwolny

Każdego dnia podejmujemy setki, tysiące decyzji. Tylko kto te decyzje podejmuje? My czy nasze geny, środowisko i przypadek?

Mężczyzna, stojąc na ślubnym kobiercu, ma zawsze głębokie przekonanie, że decyzja o zawarciu związku małżeńskiego nie była wynikiem jego wolnej woli. Kiedy nadchodzi ten moment, że musi powiedzieć tak, każdy zdaje sobie sprawę, że to inne przyczyny, niż jego świadoma decyzja, doprowadziły go aż do tego tragicznego momentu.

Biolog Anthony Cashmore z Uniwersytetu Pensylwanii uważa, że wolna wola jest iluzją. Tak naprawdę człowiek jest świadomą maszyną, kontrolowaną przez procesy chemiczne i zewnętrzne, środowiskowe czynniki. Wolna wola jest ewolucyjnym wynalazkiem, pomagającym nam funkcjonować w społeczności, ale z biologicznego i fizycznego punktu widzenia jej istnienie nie ma najmniejszego sensu.

Nie jest to nowy koncept. Już starożytni Grecy zastanawiali się, jak człowiek podejmuje decyzję, gdy nie skłania go do tego żadna przyczyna, tylko jego absolutna i wolna wola. Spór o to, czy wolna wola istnieje, trwa wśród biologów i filozofów do dziś.

Żywe organizmy to nic innego, jak reaktory biochemiczne, w których zachodzą procesy chemiczne i fizyczne, zgodne z prawami rządzącymi w świecie.

Prawa, o których mowa, generalnie i bardzo skrótowo, można określić jako przyczynowo-skutkowe. Reakcje chemiczne są ciągiem następujących po sobie zdarzeń. Oddychanie komórkowe jest właśnie takim procesem. Wprowadzamy węglowodany, kwasy tłuszczowe i aminokwasy i w drodze dość skomplikowanych reakcji zachodzących w komórkach każdego żywego organizmu (także człowieka) „na wyjściu” otrzymujemy ditlenek węgla oraz wodę, a także, co najważniejsze, użyteczną biologicznie energię zmagazynowaną w cząsteczkach ATP. Życie komórki, bakterii, każdego organizmu warunkują te przyczynowo-skutkowe procesy biochemiczne. Kiedy myślimy o prostych organizmach, nie spodziewamy się, że będą one miały wolną wolę. I mimo że człowiek, pies czy małpa jest zbiorem komórek nie mających wolnej woli, przyznanie, że my jako zbiór komórek także jej nie mamy, jest trudne czy wręcz niemożliwe do zaakceptowania. Dlaczego?

Ludzki mózg pracuje na dwóch poziomach: świadomym i nieuświadomionym. Przebieg świadomy daje nam poczucie kontrolowania tego, co robimy. Pójdę tu, pójdę tam, zrobię to czy tamto, nierzadko sami w myślach mówimy sobie, co zrobimy. Kiedy zastanawiamy się nad jakąś decyzją rozmawiamy w myślach ze sobą. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Nasza świadomość jest swoistym obrazem, filmem wyświetlonym na naszym „ja” przez podświadomość. Nasz mózg podejmuje decyzje wcześniej, zanim sobie je uświadomimy. Pokazują to badania aktywności naszych neuronów. Okazuje się, że zanim świadomie podejmiemy decyzję, by zrobić krok, odpowiednie obszary w mózgu taką decyzję już podjęły. Poruszają mięśniami i dają znać naszej świadomości: uwaga właśnie uruchomiliśmy mięśnie, ruszaj do przodu... Nawet jeżeli dokonujemy wyboru, czy pójść w prawo, czy w lewo, tak naprawdę to nie nasza świadomość wybiera. One jest tylko informowana o decyzji podjętej ułamki sekund wcześniej. Informowana także o źródłach wyboru i wątpliwościach.

- Rzeczywisty świat, świat fizyczny jest zorganizowany, jak już mówiliśmy przyczynowo-skutkowo.

Wolna wola musiałaby działać bez-przyczynowo. Gdyby działała z jakiejś przyczyny, nie byłaby wolna, tylko zdeterminowana. Jeśli by rzeczywiście istniała, dlaczego miałaby podlegać innym prawom niż całą reszta wszechświata? – mówi prof. Cashmore.

Ponieważ trudno nam przyznać, że de facto nie podejmujemy żadnych decyzji tylko jesteśmy o nich przez naszą podświadomość informowani może warto poszukać w świecie praw fizyki takich zasad, które zostawiają pole dla wolnej woli.

Naukowcy coraz lepiej rozumieją, czym jest świadomość, jakie są jej molekularne podstawy oraz jakie procesy chemiczne i fizyczne w mózgu są odpowiedzialne za jej istnienie. Może zatem w końcu uda się znaleźć proces odpowiedzialny za wolna wolę. Prof. Cashmore jest innego zdania. Takie odkrycie wymagałoby stworzenia nowego prawa, które łamałoby przyczynowo skutkową zasadę. W ten ciąg przyczyna-skutek wkrada się jednak pewna wątpliwość. Jest to zasada nieoznaczoności Heisenberga, niemożność ustalenia wszystkich parametrów fizycznych cząstek jednocześnie. Jednak prof. Cashmore uważa, że probabilistyczny świat także nie daje marginesu dla istnienia wolnej woli. Wszak odbywa się to poza naszą kontrolą. Choć pomaga wyjaśnić dlaczego identyczne bliźniaki, mimo, że żyjące w tym samym środowisku są jednak różne, są indywidualnymi organizmami.

Zdaniem prof. Cashmore wolna wola jest niezgodna z prawami fizycznymi

Zdaniem prof. Cashmore wolna wola jest niezgodna z prawami fizycznymi. To coś takiego, jak popularny kiedyś "witalizm", mówiący, że życiem żywych organizmów rządzą jakieś tajemne siły witalne, inne od tych rządzących światem nieożywionym. - Dziś wiemy, że tak nie jest. Wolna wola jest współczesnym witalizmem – mówi prof. Cashmore serwisowi physorg.com

Dowody na brak wolnej woli wydają się być przekonujące. Dlaczego zatem jej brak wydaje nam się nie do zaakceptowania, kłóci się ze zdrowym rozsądkiem?

Jest wiele powodów. Jednym z nich jest fakt, iż nasza świadomość jest nieustannie „informowana” o podejmowanych decyzjach. Po drugie wolna wola jest sprzęgnięta z odpowiedzialnością za czyny. A to jest podstawa systemu prawnego, czy reguł organizujących nasze życie społeczne. Bez tego nie byłoby społeczeństwa.

''DNA

Jest także głębsze wyjaśnienie iluzji wolnej woli i złudzenia, że to nasza świadomość steruje zachowaniem. Prof. Cashmore uważa, że muszą istnieć genetyczne podwaliny istnienia świadomości i związanej z nią iluzji wolnej woli. Świadomość daje nam ewolucyjną przewagę: wyposaża nas w wyobrażenie odpowiedzialności, co jest korzystne dla społeczeństwa i dla samego osobnika. W tym sensie świadomość jest czymś w rodzaju „poglądu” naszego zachowania, byśmy mieli poczucie, że kontrolujemy to, co będziemy robić lub będziemy chcieli robić w przyszłości. Ironią jest to, mówi Cashmore, że samo istnienie owych „genów wolnej woli” opiera się na ich działaniu, które ma nam wmówić iluzję wolności decyzji i odpowiedzialności. Podczas, gdy w rzeczywistości wszystkie decyzje wszystkie decyzje są tylko odwzorowaniem historii naszych genów i środowiska.

- Wydaje nam się, że podejmujemy wolne, świadome wybory. Rzeczywistość jest jednak taka, że świadomość jest tylko „poglądem” na którym widać wchodzące sygnały, a te z kolei są nieuniknioną konsekwencją genów, środowiska i przypadku - wyjaśnia Cashmore.

Niewielu neurologów będzie się spierać z tezą, że świadomość ma jednak udział w sterowaniu naszym zachowaniem poprzez wpływanie na na nieświadom procesy zachodzące w naszej sieci neuronowej (mózgu) - mówi Cashmore. – Znaczenie bardziej kontrowersyjna jest teza, że świadomość odgrywa znikomą rolę w zawiadywaniu naszym zachowaniem. Świadomość jest bardziej mechanizmem umożliwiającym wgląd w nieświadomą aktywność neuronową, niż narzędziem do sterowania ową aktywnością. Do podobnych wniosków doszedł już wcześniej

Freud sugerując, że podświadomość ogrywa rolę w naszym zachowaniu. On także wywołał burzliwą dyskusję. Dzisiaj biolodzy są skłonni do minimum sprowadzić rolę świadomości w sterowaniu zachowaniem lub w ogóle wykluczyć ją z tego procesu. Wygląda więc na to, ze Freud miał rację. Ale jak to zwykle bywa, nie miał dość odwagi, by powiedzieć to co mówią dzisiejsi badacze. Wolnej woli nie ma.

Jeśli jesteśmy bezwolnymi maszynami biochemicznymi, a nasze prawo wyboru, wynikające z posiadania świadomości jest wyłącznie iluzją mającą nam zapewnić ewolucyjną przewagę, to jakie to rodzi konsekwencje dla naszego społeczeństwa.
„Zabawnie będzie patrzeć, jak w miarę odkrywania przez naukowców molekularnych podstaw zachowania człowieka humaniści z coraz większym trudem będą znajdować dowody na to, że jednak są wolni” - mówi prof. Cashmore.

Konsekwencje tych odkryć mogą być bardzo daleko idące. Nie tylko dla naszego poczucia człowieczeństwa – to nas jakby zwala z postumentu – ale dla całego społeczeństwa. I dla naszego systemu prawnego. Jeśli okaże się, że jesteśmy bezwolni, to będzie znaczyło, że nie możemy odpowiadać za swoje czyny. A jeśli tak, to podstawowa zasada prawna, że konsekwencje zbrodni może ponieść tylko osoba, która zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła nie ma sensu. Szaleńców się nie skazuje. A okazuje się, że szaleńcami jesteśmy wszyscy.

Zresztą już powoli dochodzimy do stanu, w którym prawnicy zatrudniający biegłych psychiatrów usiłują w sądzie udowadniać, że ich klient w momencie uderzenia w tył zaparkowanego samochodu miał pomroczność jasną. Odrzucenie wolnej woli oznacza, że przestępca seksualny będzie uznany niewinnym z powodu niepoczytalności - wszak jest chory. Nie on odpowiada za swoje czyny.

Nie ma sensu debatować nad odpowiedzialnością za czyny skoro z biologicznego punktu widzenia nie odpowiadamy za nasze zachowanie.

Takie postawienie sprawy burzy fundamenty naszego społeczeństwa. Prof. Cashmore proponuje, by sądy zajęły się udowadnianiem, czy oskarżony popełnił zarzucany mu czyn czy nie. Karę lub leczenie ustalałby panel ekspertów. Celem jest bowiem zmniejszenie zagrożenia przestępczością, która zapewne po uznaniu tez Cashmore za obowiązujące, rozkwitłaby jak krokusy na polanie Chochołowskiej.

Czy wolna wola istnieje, czy też jesteśmy kierowani przez przyczynowy, albo probabilistyczny świat, jest według niektórych zagadnieniem nierozstrzygalnym. Aby bowiem sprawdzić, czy rządzi nami przypadek, czy ścisły ciąg zdarzeń, trzeba by zbadać stan całego wszechświata w dwóch dowolnych punktach i ustalić, co doprowadziło do zmiany stanu. Aby to zrobić, trzeba by zapisać parametry każdej cząstki. Tu wkracza tak zwany paradoks informacyjny. Gdyby zapisać jedną informację o jednym atomie na jednym atomie, to zabrakłoby atomów we wszechświecie do zapisania wszystkiego. Nie da się więc tego ustalić.

Może zatem pytanie o wolną wolę po prostu nie ma sensu.

Andrzej Szozda
źr. physorg.com, wikipedia.


Zobacz więcej na temat: ATP DNA filozofia
0 0 0

Czytaj także

LENR

Wyobraź sobie laptopa, którego nigdy nie trzeba podłączać do prądu. Samochód, który tankujesz raz na 4 lata. To wcale nie musi być science fiction. To LENR.

Ponad 20 lat temu dwójka naukowców, Martin Fleischmann i Stanley Pons, obwieścili światu, że zaobserwowali reakcje syntezy jądrowej zachodzącą w prostym urządzeniu w temperaturze pokojowej. Świat zawrzał. Badacze z różnych ośrodków na całym świecie zaczęli ogłaszać, że także prowadzą badania nad tym zjawiskiem. Niestety, po jakimś czasie okazało się, że nikomu nie udało się powtórzyć eksperymentu Fleischmanna i Ponsa. Nigdzie poza ich laboratorium nie powtórzono tak zwanej Zimnej Fuzji – Cold Fusion.

Fleischmana i Ponsa okrzyknięto oszustami. Oni sami zamknęli swoje laboratoria, wyjechali z USA i zaszyli się na odludziu, a wszelki słuch o nich zaginął. Środowisko naukowe potępiło ich eksperymenty. Słowa "Cold Fusion" stały się synonimem oszustwa w naukowym świecie.

 

Ale nie wszyscy zaprzestali badania Zimnej Fuzji. Mrówcza praca toczyła się już bez kamer i konferencji prasowych. Nie używano słów Zimna Fuzja. Zmieniono na LENR, czyli Low Energy Nuclear Reactions – Niskoenergetyczne Reakcje Jądrowe. Jednak zasada pozostała ta sama. Zbudować urządzenie, w którym zachodziły będą reakcje syntezy jąder izotopów wodoru w temperaturze pokojowej. Efektem reakcji powinno być ciepło (i to dużo ciepła) oraz w zależności od typu reakcji: promieniowanie gamma, jądra Helu, Trytu, Protony.

Normalna fizyka a zimna fuzja

„Normalne” reakcje termojądrowe wymagają bardzo wysokich energii. Albo ogromnych temperatur rzędu kilkunastu milionów stopni, lub rozpędzenia cząstek do ogromnych prędkości w akceleratorach. Jądra atomów są naładowane dodatnio i, aby się połączyły, musza pokonać tak zwaną barierę Coulomba. W normalnych pokojowych temperaturach teoretycznie reakcje syntezy jąder wodoru nie zachodzą. Tyle przynajmniej mówi obowiązująca w świecie naukowym teoria.

Czy zatem zimna fuzja jest teoretycznie niemożliwa? Otóż jest. Klasyczna zimna synteza może zachodzić w bardzo specyficznych warunkach w bardzo silnym polu magnetycznym i rotującym elektrycznym. Pola jednak muszą być tak silne, że w ziemskich warunkach są niemożliwe do odtworzenia. Pojawiają się w skalach astrofizycznych.

Zimna fuzja
Zdolność palladu do absorbowania wodoru zauważył pierwszy, jeszcze w XIX wieku Thomas Graham. W latach 20 reakcję zmiany wodoru w hel (reakcję syntezy jądrowej) w obecności palladu odkryli dwaj Austriacy Friedrich Paneth i Kurt Peters. Wycofali się jednak ze swoich odkryć, gdyż uznali, że hel był tylko zanieczyszczeniem z powietrza. Pierwszy określenia Zimna fuzja użył Luis W. Alvarez w artykule opublikowanym w New York Times w 1956 roku. Prace teoretyczne o zimnej fuzji pisał między innymi laureat nagrody Nobla z fizyki Julian Schwinger. Nobla otrzymał wraz z Richardem Ph. Feynmanem i Shinichiro Tomonagą za opracowanie relatywistycznej elektrodynamiki kwantowej.

A jednak coraz więcej ośrodków naukowych, w tym amerykańskie wojskowe laboratoria, ale także japońskie, włoskie, izraelskie i chińskie, donoszą o eksperymentach z zimną fuzją, w których, ich zdaniem, musi dochodzić do reakcji syntezy jąder deuteru. „Klasyczna” zimna fuzja miałaby zachodzić podczas elektrolizy (przepuszczania prądu elektrycznego) przez tak zwaną ciężką wodę z użyciem elektrod z palladu. W procesie tym obserwowano wydzielanie się znacznych ilości ciepła, nadmiarowych jak na „zwykłą” reakcję chemiczną. Według doniesień udało się także znaleźć jądra helu, neutrony, promieniowanie. Gdyby tak było byłaby to bardzo silna przesłanka, że jednak zimna fuzja zachodzi. Trudno bowiem wytłumaczyć inaczej wyniki tajemniczej reakcji.

Uda się, albo się nie uda

Kłopot polega na tym, że po pierwsze: nie zawsze pojawiają się wszystkie wymagane produkty syntezy, a po drugie nikt nie potrafi wytłumaczyć mechanizmu reakcji zimnej fuzji. I po trzecie wreszcie: powtarzane eksperymenty raz się udają, a raz nie. Nikt nie wie, dlaczego.
Ale jak zatem wyjaśnić fenomen LENR, nadmiarowe ciepło, jądra helu, neutrony, promieniowanie? Sceptycy uważają, że winne są złe metody detekcji, zanieczyszczenia, czy błędy w obliczeniach. Optymiści co do wynalezienia taniego, niekończącego się źródła energii, jakim ma być zimna fuzja, odpowiadają, że dochowują wszelkich zasad w trakcie eksperymentów, unikając zanieczyszczeń i wielokrotnie sprawdzając wyniki eksperymentów. Zjawiska nie da się wytłumaczyć tylko błędami. Wyniki reakcji wykraczają poza granice błędu. W jednym z chińskich laboratoriów ilość wytworzonego ciepła była tak duża, że doszło do eksplozji, której przyczyn nikt nie potrafi wyjaśnić.

Dobrą teorię poproszę!

W tej chwili naukowcy eksperymentujący z zimną fuzją starają się stworzyć wiarygodną teorię tłumaczącą zjawisko. Po pierwsze trzeba wyjaśnić, jak jądra deuteru pokonują barierę Coulomba. Po drugie opisać mechanizm, który jest odpowiedzialny za szybkie rozpraszanie energii reakcji, gdyż nie stwierdzono w eksperymentach gwałtownych emisji ciepła, jak w „zwykłych” syntezach deuteru (takich jak na przykład w bombie termojądrowej). Po trzecie teoria musi opisać precyzyjnie środowisko, w jakim reakcje syntezy zachodzą, gdyż eksperyment czasem się udaje a czasem nie. I po czwarte wreszcie należy wyjaśnić, jak to się dzieje, że w wyniku reakcji powstają jądra helu (co jest typowe dla syntezy deuteru), ale nie pojawia się promieniowanie gamma, co jest już bardzo dziwne.

 

Wiele teorii już powstało, ale żadna nie odpowiada na wszystkie pytania. To w świecie nauki nie jest aż tak bardzo dziwne. Żadna jednak przekonująco nie tłumaczy, jak to się dzieję, że jądra izotopu wodoru łączą się ze sobą, mimo że mają bardzo niską energię.

Coś jednak w zimnej fuzji jest. Podczas odbywającego się w San Francisco 239 dorocznego posiedzenia Amerykańskiego Towarzystwa Chemicznego w sympozjum poświęconym LENR zorganizowanym przez dr. Jana Marwana blisko 50 naukowców ma przedstawić swoje osiągnięcia z zimną syntezą. – Większość naukowców nie boi się już mówić otwarcie z fenomenie zimnej fuzji – mówi Marwan. Wśród naukowców są między innymi przedstawiciele laboratorium SRI International, które pracuje nad zimną fuzją na zlecenie amerykańskiego rządu, czy słynnego MIT. Specjalny raport na temat perspektyw pozyskiwania energii i ewentualnych zastosowań LENR przygotowała w zeszłym roku amerykańska rządowa Agencja Wywiadu Obronnego (Defense Intelligence Agency). Badania prowadzi także ośrodek badawczy Marynarki USA SPAWAR oraz wojskowa agencja nowych technologii DARPA. Ta sama, która stworzyła pierwowzór Internetu ARPANET.

Współczesny kamień filozoficzny

Czy zimna fuzja jest rzeczywistością, czy może współczesnym kamieniem filozoficznym? Nie wiadomo. Alchemikom za pomocą kamienia nie udało się zamienić ołowiu w złoto. Dziś wiemy jednak, że takie reakcje są możliwe. Właśnie dzięki rozszczepianiu i syntezie jądrowej. Potencjalne zyski z opanowania LENR są niewyobrażalne. Można by budować baterie, które działałyby latami. Laptopy kupowałoby się naładowane i nigdy nie trzeba by ich podłączać do sieci. Kiedy jądrowa bateria wyczerpałaby się, kupowalibyśmy nowego. Samochody raz na kilka lat oddawalibyśmy do serwisu, gdzie zmieniano by baterię napędzającą silnik. Zasoby deuteru znajdującego się w morskiej wodzie są praktycznie niewyczerpane. Ludzkość opanowała by idealnie czystą energię, bez spalania paliw kopalnych, dwutlenku węgla, zanieczyszczenia środowiska. Energię tanią i bezpieczną.

Andrzej Szozda

Źr. Physorg.com, lenr-canr.org, wikipedia.org. darpa.mil, cbs.com

Reportarz telewizji CBS o zimnej fuzji

 

0 0 0