Krzysztof Grzesiowski: Prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego. Dzień dobry, panie profesorze, witamy w Sygnałach.
Prof. Andrzej Markowski: Dzień dobry panu, dzień dobry państwu.
K.G.: Pozwoli pan, że zanim pochylimy się nad sprawozdaniem ze stanu ochrony języka polskiego w latach 2010-2011, cofnijmy się nieco w czasie, konkretnie do wczoraj, do egzaminu maturalnego z języka polskiego, poziom podstawowy. Zadanie za dwa punkty, zadanie numer 10: „Od wyrazu cybernetyka utwórz nazwę specjalisty w tej dziedzinie nauki ewentualnie nazwę wirtualnej przestrzeni”.
A.M.: A, rozumiem.
K.G.: To pewnie będzie cyberprzestrzeń.
A.M.: Tak, oczywiście, tak.
K.G.: Ale czy to są pytania maturalne aby?
A.M.: No, to są pytanie, które mają sprawdzić znajomość w tym wypadku chyba słowotwórstwa, czyli jak tworzyć wyrazy jedne od drugich, ale nie wiem, czy akurat ten wyraz cybernetyka jest najlepszym przykładem, bo można by tutaj dobrać wyrazy polskie, rodzime albo dobrze już zakorzenione. Cybernetyka jest oczywiście od kilkudziesięciu lat w polszczyźnie, ale widocznie układający pytania uważali, że taki wyraz jest dla młodego człowieka, dla maturzysty wyrazem takim, który on zna bardzo dobrze i umie się nim posługiwać, prawda?
K.G.: Może mieć problem z odpowiedzią?
A.M.: Nie, chyba nie.
K.G.: No właśnie, tak też myślę. „Realizując zapis artykułu 12 punkt 2 Ustawy o języku polskim, przesyłam na ręce pani marszałek sprawozdaniem ze stanu ochrony języka polskiego w latach 2010-2011. Rada Języka Polskiego jest gotowa do dyskusji nad tym sprawozdaniem i ogólnie nad stanem polszczyzny na forum Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej”.
A.M.: Tak, oczywiście, wysłaliśmy to też do Senatu i była dyskusja i w komisji senackiej, i Kultury i Środków Masowego Przekazu, i na plenarnym posiedzeniu Senatu, a teraz była dyskusja w komisji sejmowej odpowiedniej Kultury i Środków Masowego Przekazu, i w piątek będzie dyskusja na posiedzeniu plenarnym Sejmu.
K.G.: Czy to zdanie odnosi się przede wszystkim do tego, z czym mamy do czynienia w Internecie?
A.M.: No tak.
K.G.: Z językiem urzędowym?
A.M.: Tak, z językiem urzędowym, ale tym językiem urzędowym, który występuje w Internecie. Jak może państwo wiedzą, Rada Języka Polskiego co dwa lata składa takie sprawozdanie z ochrony polszczyzny, ale nigdy nie jest to stan, w którym by, powiedzmy, to sprawozdanie obejmowało wszystkie elementy, no bo nie możemy co dwa lata oceniać całej polszczyzny, wybieramy te takie pola, tak by można było powiedzieć modnie, te takie obszary, które są najbardziej chyba widoczne i które wpływają na nasz język. Strony internetowe, witryny internetowe głównych instytucji państwowych, ministerstw są odwiedzane czy przynajmniej powinny być odwiedzane przez wielu Polaków i to, jak się urzędy centralne kontaktują, komunikują z nami wszystkimi (chciałem powiedzieć z obywatelami, ale to już byłby język urzędowy, prawda?), to jest bardzo istotne. Dlatego właśnie sprawdzaliśmy, jak to jest w Internecie.
K.G.: No ale można się w tym wszystkim połapać, że użyję takiego słowa, korzystając ze stron internetowych urzędów centralnych, trzeba spełnić tylko pewne warunki, mianowicie: po pierwsze być wykształconym, po drugie mieć wysokie kompetencje językowe...
A.M.: Tak.
K.G.: ...no i znać jeszcze styl urzędowy.
A.M.: Oczywiście.
K.G.: I jeśli to opanowaliśmy, to nie ma żadnego problemu.
A.M.: To nie ma żadnego problemu.
K.G.: Gorzej, że większość niekoniecznie musi...
A.M.: I to jest właśnie kłopot czy jak by się modnie powiedziało problem, że nie wszyscy, a raczej większość z nas chciałaby się czegoś więcej dowiedzieć, czegoś, co jest napisane językiem prostym. I taka akcja właśnie upraszczania języka urzędowego to jest jeden z celów kampanii społecznej, język urzędowy przyjazny obywatelom, której Rada Języka Polskiego też patronuje. W październiku ubiegłego roku odbył się pierwszy kongres języka urzędowego, to był w Senacie Rzeczypospolitej, i wysunęliśmy tam właśnie między innymi postulaty, żeby ta kampania była powszechnie znana. Poza tym mamy taką akcję, którą Narodowe Centrum Kultury przede wszystkim prowadzi, ale my jesteśmy współorganizatorami akcji „Ojczysty dodaj do ulubionych”. To zostało nawet wyróżnione nagrodą właśnie za najlepszą akcję społeczną. Chcemy upowszechniać dobre wzory języka urzędowego, przybliżyć ten język właśnie nam wszystkim.
K.G.: No dobrze, a skąd się bierze taki język, z którego korzystają urzędnicy?
A.M.: A, z kilku źródeł. Po pierwsze można powiedzieć, używając języka urzędowego, z zaszłości historycznych, nasz język urzędowy kształtował się dopiero po I wojnie światowej, wtedy braliśmy wzory z niedobrego języka urzędowego przede wszystkim monarchii austro-węgierskiej. Poza tym w języku urzędowym jest bardzo wiele wyrazów, które można nazwać juryzmami, czyli wyrazów, które są zapożyczone z języka prawnego i prawniczego. Na przykład przywołuje się akty bez ich interpretacji, używa się specjalistycznych określeń, bo urzędnik boi się, że jak by coś chciał powiedzieć swoimi słowami, to mógłby być narażony na zarzut, że to jest nie to. On musi przytoczyć akt prawny tak jak ten akt jest napisany, a jak są akty prawne pisane, to wszyscy wiemy, nie jest to też język bardzo taki przyjazny nam wszystkim. Poza tym spotyka się tak zwane ostatnio brukselizmy, czyli używamy...
K.G.: To coś nowego.
A.M.: Tak, nowy termin, tak. Wyrazy, chciałoby się powiedzieć, implementowane, właśnie używając brukselizmu, czyli przenoszone z urzędowych pism, które powstają w Unii Europejskiej, właśnie ta implementacja zamiast wdrażania, akcesja zamiast przystąpienie czy wstąpienie, prezydencja zamiast przewodnictwo, to są takie typowe wyrazy, którymi teraz jest nasycony właśnie styl urzędowy. I spotyka się też wyrazy źle przystosowane, źle przeniesione z języka angielskiego, tak jak to destynowany czy destynacja, które oznaczają w tej chwili kierunek turystycznych, gdzie się ma jechać i gdzie się jeździ. No i też, niestety, z języka reklamy – co trochę słyszymy, że jakiś produkt jest od jakiejś firmy, prawda? Tak się nigdy po polsku nie mówiło. Ja nie powiem, od jakiej firmy co jest, bo to by wtedy może już była antyreklama, ale zawsze proponuję – jeżeli pan słyszy, pani słyszy, że są perfumy od jakiejś firmy, to nie kupujmy ich, że jest coś od jakiegoś przedsiębiorstwa, to sobie lekceważmy, bo to jest nie po polsku. Jakaś firma produkuje, jest produkcji jakiejś firmy, a nie od jakiejś firmy.
K.G.: Są wyrazy, które się pojawiają, stały się modne, przyzwyczajamy się do nich, ale bywa i tak, że one umierają w pewnym momencie...
A.M.: Tak, oczywiście.
K.G.: ...odchodzą do historii.
A.M.: Tak, są takie wyrazy...
K.G.: Z tym, że czasami okres jest dość długi.
A.M.: A czasem nawet bardzo krótki. Był taki w latach 90. przyrządzik, który się nazywał po angielsku i po polsku też pager, prawda? Był przez kilka lat. To był taki przywoływacz, ale został wyparty przez telefony komórkowe i teraz zniknął. Wyraz zniknął po kilku latach, podobnie jak czasem wyraz znika, bo jest zastępowany przez inny. Nie wiem, czy panowie pamiętają, że najpierw ten telefon, który się nosi przy sobie, był nazywany komórkowcem, nie komórką, tylko komórkowiec. A potem wyraz komórkowiec został zastąpiony przez wyraz komórka. I tamten wyraz zaniknął. Więc takie wyrazy, oczywiście, są też w języku. Nawet są tacy ludzie, którzy chcą bronić tych wyrazów, chronić przed zanikiem, żeby te wyrazy zostały w naszym języku. To jest szlachetny ruch właśnie osób, które chcą, żeby nie wszystko nam zginęło.
K.G.: Pan, panie profesorze, znany jest z tego, że dopuszcza pan, jeśli już coś weszło na trwałe w obieg, chociaż z punktu widzenia języka polskiego może być błędne, ale dopuszcza pan używanie pewnych wyrazów, a których nie dopuściłby nigdy, a jednak obowiązują.
A.M.: To znaczy ja nie mam takiej mocy, żeby dopuszczać czy nie dopuszczać, ja mogę się tylko wypowiadać, że może być, że moim zdaniem to wejdzie albo że to jest dopuszczalne, ale nie że ja dopuszczam, prawda? Bo żaden człowiek, żaden językoznawca takiej właśnie siły nie ma i nie ma takiego prawa. Język rozwija się sam, a my wszyscy decydujemy, językoznawcy tylko obserwują takie wyrazy. Mnie bardzo razi kondycja używana w znaczeniu stan, położenie. Jak ktoś mi mówi o kondycji języka polskiego, to od razu zamykam dyskusję i dalej o kondycji nie dyskutuję, bo już słyszałem o kondycji wałów przeciwpowodziowych na przykład i wszystko jest w tej chwili w kondycji.
K.G.: My jesteśmy z tego pokolenia, które kondycję uznawało tylko w przypadku sportowców, prawda?
A.M.: Tak, sportowców. Nas też, jeżeliśmy mieli albo nie mieli... Ale to był stan fizyczny organizmu. Rażą mnie też inne zapożyczenia znaczeniowe z języka angielskiego, takie jak np. dieta w znaczeniu po prostu sposób odżywania czy... no, już generować weszło w znaczeniu wytwarzać czy generacja w znaczeniu generacja np. pralek albo generacja proszków do prania. I tutaj te zapożyczenia znaczeń... jestem najbardziej im przeciwny, bo może polszczyzna rozwijać się bez nich.
K.G.: Tak przy okazji, wracając jeszcze na chwilę do sprawozdania ze stanu języka polskiego, pan zasugerował, postulował wręcz...
A.M.: Tak.
K.G.: ...aby w nowelizacji Ustawy o służbie cywilnej znalazł się zapis (uwaga, proszę państwa, bo warto tego posłuchać) „o konieczności znajomości języka polskiego przez urzędników”.
A.M.: Jasne. I powinien być egzamin z języka polskiego dla urzędników państwowych, bo to niby wszyscy uważają, że polszczyznę każdy musi znać urzędnik państwowy, skoro przystępuje do takiego konkursu, ale to takie oczywiste nie jest. Więc to jest postulat nie tylko mój, całej Rady, a przede wszystkim profesora Pisarka, żeby w zapisie znalazło się, że urzędnik służby cywilnej, służby państwowej powinien zdać egzamin ze znajomości polszczyzny.
K.G.: Postulat cały czas.
A.M.: No tak, niestety, mówiąc, że postulaty, jest coś takiego, że w postulatach się zrealizuje, więc... ale ja uważam, że to już należy zrealizować jak najszybciej.
K.G.: Takie sprawozdanie może być odrzucone? Nie, to jest tylko w formie informacji.
A.M.: Tak, to jest w formie informacji. Mam nadzieję, że w piątek cały Sejm przyjmie. Komisja przyjęła.
K.G.: Swoją drogą warto będzie wysłuchać posłów, którzy będą wypowiadali się na temat tego sprawozdania.
A.M.: Rzeczywiście.
K.G.: Prawda? To może być interesujące.
Daniel Wydrych: Głos słuchacza: „Dzień dobry, panie profesorze. Prosimy, ażeby w tym temacie, co pan się wypowiada teraz w radio, był pan bardziej aktywny”.
K.G.: Ale w radio, proszę zwrócić uwagę na starą formę.
A.M.: Tak, ale w tym temacie. Rozumiem, że to bardzo było celowo użyte „w tym temacie” jako taki cytat z modnego wyrażenia.
D.W.: Wszystko się zgadza, panie profesorze. Jeszcze na koniec zupełnie – jak to jest z SMS-em? Bo nasi słuchacze bardzo często SMS-a, SMS-u.
Więc najwłaściwsza forma zgodna z systemem języka polskiego jest SMS-u, bo skrótowca, SMS jest skrótowcem, mają końcówkę -u. I w dobrej, w najlepszej polszczyźnie wysyłamy ten SMS, a nie tego SMS-a, czy otrzymujemy ten mail, bo nikt nie powiedziałby przecież: napisz mi lista czy napisz mi telegrama. Skoro mówimy: napisz list, wyślij telegram, to tak samo powinniśmy powiedzieć: napisz SMS czy wyślij mi mail. Ale w potocznej polszczyźnie rozpowszechniła się ta forma: wyślij SMS-a czy maila. Mam nadzieję, że w Pierwszym Programie Polskiego Radia jednak używa się tych form najpoprawniejszych z polszczyzny najlepszej.
K.G.: Tak też będzie, panie profesorze. prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego, gość Sygnałów dnia. Dziękujemy bardzo.
Dziękuję.
(J.M.)