Kucharka cioci Leonii

Ostatnia aktualizacja: 26.11.2022 18:21
Nie szedł. Zostawał i widma spotkań pisał w korkowym pokoju, gdzie później, dzień przed własną śmiercią, ułoży frazę, która śmierć Bergotte’a w „Poszukiwaniu…” uczynić miała dotkliwszą. Nie uczyniła.
Muzeum Carnavalet w Paryżu. Wyposażenie sypialni Marcela Prousta z bulwaru Haussmanna w Paryżu
Muzeum Carnavalet w Paryżu. Wyposażenie sypialni Marcela Prousta z bulwaru Haussmanna w ParyżuFoto: Shutterstock/Alizada Studios

 

Słowa miały dla mnie znaczenie jedynie o tyle, o ile je sobie tłumaczyć tak, jak na przykład rumieniec zmieszanej osoby lub nagłe milczenie.

Marcel Proust „Uwięziona”



18 listopada roku 1922, o trzeciej po południu, może trochę wcześniej, może później, ciche przy umierającym Marcelu Prouście postacie usłyszały jak mówi do brata: „Och tak, mój drogi Robercie…”, a chwilę później jeszcze tylko: „Matko…”. Dalej już nic, jedynie jego oddechy, coraz płytsze, coraz rzadsze, coraz senniejsze. Dwie i pół godziny później ustały i one. Proust leżał nieruchomy zupełnie, całkowicie spokojny. Kończyła się sobota. „Widzieć jasno w zachwyceniu”, zanotował sobie ten refren wiele lat temu, a teraz miał oczy szeroko otwarte na niewidzialny szary sufit. Nie ma pewności, czy był świadomy ostatnich swoich słów, czy je usłyszał, ale jest pewność, że dzień wcześniej, gdy mózg jego przez chwilę czuł się znakomicie - wspaniałe zdanie, które wtedy ułożył, było frazą przeznaczoną dla powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”, nie dla świata zamarłego wokół. Miało być udoskonaleniem rozległej sceny śmierci Bergotte’a, wielkiego pisarza, sceny jego umierania przed kawałkiem żółtej ściany z daszkiem na obrazie Ver Meera „Widok Delft” - a nie podarkiem dla rzeczywistości, łaknącej iście wagnerowskiego epitafium na pożegnanie. Jeśli nawet w chwili ostatniej, przedostatniej, wybrał pisanie powieści - to niby jak się dziwić, że z grubsza 14 lat wcześniej, zamiast wyjść piętro wyżej i osobiście przywitać się z nową sąsiadką, zjawiskowo subtelną Marie Williams – Proust sięgnął po pióro i kartkę. „Szanowna Pani…”. Napisał list. Stworzył kolejny swój „papirek”. Na stronach „Poszukiwania…” stareńka Franciszka, kucharka cioci Leonii, właśnie tak – „papirkami” – zwie wszystkie zaczerniane przez narratora Marcela kartki.

„Papirki” Marcela zatem. I ich jak gdyby zwierciadlane odbicie – „papirki” Prousta. Albo raczej - na odwrót. Artykuły drobne, lotne i te sporej wagi, recenzje, sążnista krytyka, eseje z wielu dziedzin sztuki, pastisze dzieł gigantów narracji, mrowie niewielkich opowiadań, porzucona, opasła powieść, w końcu listy… Jak wiele ich? Setki? Tysiące? I jakby tego mało było – wierszyki jeszcze. Zaś o kopcu akapitów przepadłych w koszu - szkoda myśleć. „Papirki” Marcela w powieści Prousta, której by nie było bez oceanu „papirków” Prousta samego. „Papirki” odbite w „papirkach” odbitych w „papirkach”… Luster, ustawionych twarzą w twarz, nie ma sensu pytać o pierwszeństwo, zwłaszcza że jedno jest finezyjnie pofalowane. Które? Jakkolwiek brzmi odpowiedź - cudne słówko Franciszki, odrobinę ironiczne, trochę czułe i kruche, kilka dni temu, z okazji setnej rocznicy śmierci Prousta, przypominało się bez ustanku, gdy na antenie Dwójki, w audycji Doroty Gacek „Rozmowy po zmroku”, Anastazja Dwulit i Kajetan Maria Jaksender mówili o wielkim umarłym, o jego zdaniach, jego zupełnej osobności. Wracały „papirki” uparcie, gdyż Jaskander gra przecież pierwsze skrzypce w krakowskiej Oficynie Eperons-Ostrogi, która od kilku lat wydaje także – „papirki” Prousta. Jeśli dobrze rachuję – 16 tomów tych drobin jest już na świecie, od opowiadań, przez eseje, po epistolografię, a zapewne to nie koniec. Gdzieś w nich, między zdaniami, istnieje może też Franciszka. Jeśli nie ona sama - figura z planety iluzji, zmyślenia, narracji, twór ulepiony ze słów – to jej żyjący w realności Prousta model, lub choćby cień, ślad modela. I jak w wielkim finale ostatniego, siódmego tomu „Poszukiwania…” – w rzeczonych tomach „papirków” być może po raz pierwszy brzęczy, lecz niedokładnie, lekcja poetyki à la Franciszka, lekcja wyłożona przez Marcela, wreszcie pojmującego, jaka struktura winna konstytuować powieść, którą on pragnie napisać, a którą my właśnie kończymy czytać, zmierzając do ostatniej kropki „W poszukiwaniu straconego czasu”.

„Będę pracował przy niej i niemal jak ona (przynajmniej tak, jak pracowała w dawnych czasach: bo teraz jest już bardzo stara, oślepła prawie)”, powiada Marcel o sobie i kucharce cioci Leonii. Tak, będzie budował powieść z dawnych „papirków”, tyle że przeistoczonych przez finezyjnie pofałdowane zwierciadła niespiesznych fraz. Będzie tu lub tam przypinał do istniejących już akapitów kolejne zapisane kiedyś karteczki. Będzie po prostu budował słowną planetę, ale nie tak, jak wznosi się katedrę, lecz tak, jak Franciszka suknie szyje, zawsze przy tym powtarzając, iż nie potrafi szyć nie mając odpowiedniego numeru nici i stosownych guzików. I będzie Marcel pamiętał o przestrodze Franciszki: gdy pozlepiane „papirki” postrzępią się, przetrą – łatać je trzeba troskliwie, jak przetarte suknie, i gazetami podklejać niczym szybę zbitą w kuchni. A zawsze, kiedy krawiecka metafora zacznie blaknąć, sięgnie Marcel po drugą, dziś już sławetną, przy okazji przypominając, że do każdej postaci „Poszukiwania…”, do każdego widoku, zdarzenia, krajobrazu, bez mała do gestu każdego, jest nie jeden, a wiele, wiele kluczy.

„Skoro indywidualności (ludzkie lub nie) składają się zawsze w książce z licznych doznań, co, zaczerpnięte z wielu dziewcząt, z wielu kościołów, z wielu sonat, służą do stworzenia jedynej sonaty, jedynego kościoła, jedynego dziewczęcia, czy nie powinienem pisać mojej książki podobnie jak Franciszka przyrządzała sztufadę wołową tak cenioną przez pana de Norpois, w której mnóstwo kawałeczków mięsa dodanych i wybranych wzbogacało smak galarety?”

Czy nie powinno się tak samo – czytać „Poszukiwania…”? Poetyka à la Franciszka wyczarowująca z mrowia organicznych „papirków” przysmak pana de Norpois, jest zarazem lekcją czytania opowieści Prousta. „Przez długi czas kładłem się spać wcześnie”. Być może rozsądnie jest rozpoczynać swoje tonięcie w „Poszukiwaniu…” nie od lektury tego zdania otwierającego pierwszy tom, a od okruchu z któregokolwiek z 16 proustowskich tomów wydawnictwa Eperons-Ostrogi. Choćby od dowolnej linijki jednego z 23 ocalałych listów Prousta do pani Williams i 3 do jej męża, amerykańskiego dentysty, doktora Charlesa. D. Williamsa. Tak, od dowolnego miejsca w 26 epistolarnych „papirkach”, pomieszczonych w prawie studwudziestostronicowym „papirku” pod tytułem „Listy do sąsiadki”, można zacząć.

Owszem, kilka razy Proust ponoć zapukał do mieszkania na trzecim piętrze i widział piękną panią Williams, rozmawiał z nią, być może nawet widział harfę, na której grała hipnotycznie. Lecz z reguły – zostawał w pokoju wyłożonym taflami korka. Wmyślcie się w tę Prousta ufność wobec słów bezdźwięcznie i wolno nieruchomiejących na papierze. Ze swego mieszkania na drugiej kondygnacji miał do przebycia drogę śmiesznie małą, bo niby z ilu stopni mogły składać się schody między piętrami eleganckiej kamienicy przy bulwarze Haussmanna 102 w Paryżu? Z 40? Aż z 50? A mimo tej śmieszności on nie opuszczał bezdźwięcznych słów. Zostawał i spotkania, do których nie dochodziło, przemieniał w widmowe spotkania na powierzchni 26 listów, 26 pofalowanych zwierciadeł niepowtarzalnego języka, niepodrabialnej intonacji, być może myśląc na boku o echach, które z listów przejdą do powieści, albo do powieści nie przejdą. Franciszka dobrze wiedziała, że z natury swojej sztufada jest wprawdzie wielością ingrediencji, lecz nie wszystko się w niej pomieści. Franciszka i Marcel, zatem sam Proust pewnie też to wiedział.

Nie szedł. Zostawał i widma spotkań pisał w korkowym pokoju, gdzie później, dzień przed własną śmiercią, ułoży frazę, która śmierć Bergotte’a w „Poszukiwaniu…” uczynić miała dotkliwszą. Nie uczyniła. W zamieszaniu umierania „papirek” z ostatnią frazą życia gdzieś się zapodział, więc Bergotte odchodzi jak odchodził w wersji głównej. I cisza po nim wygląda wciąż tak samo.

„Pogrzebano go, ale przez całą noc żałobną w oświetlonych witrynach książki jego, ułożone po trzy, czuwały jak anioły z rozpostartymi skrzydłami i zdawały się symbolem zmartwychwstania tego, którego już nie było”.

Paweł Głowacki