Muzyka

Jazzujący Frycek

W tym tygodniu improwizowany Chopin, Pasja w sosie free i bałkańskie tango.
26.07.2010 11:27
W tym tygodniu improwizowany Chopin, Pasja w sosie free i bałkańskie tango.

Filip Wojciechowski Trio – "Chopin", Polskie Radio 2010

Muzyka Chopina i jazz – to połączenie już wielokrotnie przećwiczone. Lista polskich pianistów jazzowych, którzy wzięli na warsztat naszego najlepszego kompozytora, jest długa. W zasadzie ciężko byłoby znaleźć krajowego pianistę z rewirów muzyki improwizowanej, który nie odwoływał by się do jego twórczości. Nie ma się więc co dziwić, że okrągła rocznica jego urodzin jest dobrą okazją, by uwiecznić swoje spojrzenie na jego twórczość wydaniem albumu. Tak zrobił i Filip Wojciechowski, wykształcony klasycznie muzyk, zdobywca wielu cennych nagród i wyróżnień, posiadacz nagrody specjalnej na XIII Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Warszawie. Jego "Chopin" to zbiór dziewięciu utworów od etiud, poprzez mazurki do ballady g –moll. Muzyka to zwiewna, grana z polotem, nie epatująca skomplikowanymi improwizacjami, ale nie grana też pod publiczkę. Zaproszenie basisty Pawła Panty i perkusisty Cezarego Konrada – stanowiło świetny ruch, gra tria jest świeża, odpowiednio zróżnicowana pod względem tempa i atmosfery, nie ma przestojów, czuć, że granie muzyki Chopina stanowi dla nich wielką przyjemność. Dla słuchających, zapewniam, jeszcze większą.

Olga Spasojewska

 

McPheeMagic
McPhee, Duval, Rosen, Trzaska "Magic" , Not Two 2010

Już cztery lata minęły od pierwszego muzycznego spotkania Trio X z Mikołajem Trzaską. Nasz najlepszy i najbardziej znany freejazzman na tyle dobrze zapamiętał ten okres współpracy, którego owocem był krążek "Intimate Conversations", że postanowił pójść za ciosem. Dzięki temu otrzymujemy dwupłytowe nagranie live "Magic". Powstałe w latach 90. trio z Joe McPhee grającym na saksofonie altowym i trąbce, gitarzystą basowym Dominicem Duvalem i perkusistą Jay Rosen, prezentuje we współpracy z naszym altowcem wszystkie odcienie swojej muzyki. Totalnie improwizowane utwory bardzo różnią się od siebie dramaturgią i przebiegiem rywalizacji i kooperacji dęciaków, która spaja grę kwartetu. Miłośnicy ostrego grania na pewno będą zadowoleni, pojedynki obu altowych saksofonistów stanowią ozdobę tego projektu. Czasem idą wspólnym torem, czasem ze sobą rywalizuję, innym razem ich myśli idą zupełnie w inne rejony i pozostają obojętni na poczynania partnerów. Ciekawe solowe improwizacje zarówno basisty jak i perkusisty nie są przydługie, a przez to monotonne ("I Remember Max" kończący część pierwszą "Magic" jest jednym z najciekawszych miejsc). Obok walki i "przekrzykiwania się", w szczególności drugi krążek jest o wiele spokojniejszy i nastrojowy, pełen minimalistycznych momentów. Wychodzą wtedy na światło dzienne urywane melodyjki, ukrywane emocje – świetnie się to uzupełnia z mocą i energią, którą atakowali nas muzycy w początkowej fazie koncertu.

Mieczysław Burski

 

Undivided - The Passion

Undivided [Zimpel / Few / Tokar / Kugel] "Passion", Multikulti 2010

Z dzisiejszej perspektywy patrząc, wielkie hymny ku Najwyższemu, za jakie można uważać "Ascension", "A Love Suprime" i "Meditation" Johna Coltrane’a, stanową wzór dla kontynuatorów free jazzowych kompozycji nacechowanych duchowością i poszukiwaniom sfery sacrum. Chociaż Wacław Zimpel nie mówi o tym wprost, to, moim zdaniem, jego "The Passion" należy oceniać z perspektywy tych właśnie krążków Trane’a. Nasz najlepszy awangardowy klarnecista założył zespół Undivided, multietniczą grupę, na którą składa się niemiecki perkusista Klaus Kugel, ukraiński kontrabasista Mark Tokar i amerykański pianista Bobby Few i przy ich udziale powołał swoją czwartą, zdecydowanie najdojrzalszą płytę "The Passion". Jak przełożyć średniowieczną tradycję pisania pasji, czerpiąc przy tym z dorobku mistrzów poprzednich epok w tworzeniu muzyki sakralnej, na język współczesnej muzyki improwizowanej? Takie pytanie postawiło sobie tych czterech muzyków, a odpowiedzią jest muzyczna opowieść rozpoczynająca się od "Nocy" poprzedzającej ujęcie Chrystusa do jego "Zmartwychwstania". "Moją intencją było stworzenie muzyki, która skłaniając do refleksji nad wątkiem cierpienia, niosłaby ze sobą nadzieję". Muzyka ilustracyjna, głęboka, powstająca z wielkiego zaangażowania kwartetu, by stworzyć klimat mistycyzmu, oczekiwania, by wpłynąć na emocje słuchacza – i na tę jedną godzinę wyłączyć go z dobowego cyklu.

Mieczysław Burski

 

dwootho - space pressures

Dwootho "Space Pressures", Polskie Radio 2010

Ile to razy można było usłyszeć na koncercie młody, ciekawy zespół jazzowy, którego nagrań nigdy później nie udało się znaleźć na sklepowej półce. Dlatego bardzo cieszę się, że Dwootho, lubelski zespół istniejący od trzech lat, może świętować wydaniem pierwszej płyty. Fascynacja kwartetu muzyką bałkańską to pierwsze spoiwo "Space Pressures", a akordeon, na którym gra Marek Tarnowski, stanowi sposób na realizację tej koncepcji. Obok tego elementu odnajdziemy tutaj fascynacje muzyką klezmerską, folkiem środkowoeuropejskim, ale także elementy muzyki elektronicznej, samby, tango i disco. W pewnym momencie funkowe rytmy otrzymują spory ładunek podkładu perkusisty w stylu "umca, umca" i z ciekawie zapowiadającego się utworu robi nam się misz maszowy przebój na lato. Eklektyczne podejście zespołu przejawia się w większości utworów, co sprawia, że po krążek chętnie sięgną miłośnicy world music, którzy bardziej skłaniają się do uniwersalnego popu niż do etno. Saksofonowe partie Tomasza Piątka nie wychodzą poza utarte schematy i nie są zbyt urozmaicone, chociaż ładnie komponują się z akordeonowymi popisami Tarnowskiego.

Olga Spasojewska
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Jazz na zimowe wieczory

40 urodziny wytwórni ECM obfitowały w niezwykłe wydawnictwa.

Jan Garbarek "Dresden", ECM 2009
Rzut oka na skład "Dresden" – pierwszej koncertówki Jana Garbarka - mógł się okazać dla jego fanów sporym rozczarowaniem, zabrakło bowiem dwóch muzyków, którzy od wielu lat stanowią trzon jego kwartetu. W miejsce Triloka Gurtu i Eberharda Webera usłyszymy francuskiego perkusistę Manu Katche i grającego na gitarze basowej Brazylijczyka Yuriego Daniela. Jednak już pierwsze przesłuchanie albumu nie pozostawia żadnych złudzeń – mamy do czynienia z wyjątkową pozycją! Na podwójnym albumie usłyszymy 18 utworów, w większości kompozycji lidera, co sprawia, że "Dresden" można uznać za formę pewnego podsumowania kariery Norwega. Znajdziemy tu więc inspiracje skandynawskim folkiem, Bliskim Wschodem, kulturą Indii i europejską klasyką. Garbarek w większości utworów gra bardzo dynamicznie (jak choćby w "The Reluctant Saxophonist"), twórczo rozwija proste, acz wyjątkowo chwytliwe melodie. Niezrównane są jego sola, w szczególności gdy koledzy z zespołu pozostawiają go sam na sam z publicznością, jak choćby pod koniec "Twelve Moon". Są na płycie także momenty bardzo delikatne, odsłaniające romantyczną twarz muzyka, jak choćby kołysankowe "Rondo Amoroso". Obok samego lidera najwięcej na swoje barki bierze grający na pianinie Rainer Brüninghaus, warto zwrócić też uwagę na znakomity, solowy Tao Daniela.

Petar Petrović



''
Keith Jarrett "Paris / London Testament", ECM 2009
Już sam tytuł trzypłytowego albumu Keitha Jarretta wpływa na intymny odbiór muzyki na nim zawartej. Gdy zaczniemy odsłuchiwanie krążków od lektury dołączonej do "Testamentu" książeczki, znajdujące się w niej bardzo osobiste zwierzenia artysty mogą ten stan jeszcze pogłębić. Artysta umieścił w niej bowiem nie tylko swoje refleksje dotyczące muzyki improwizowanej, ale także zwierzył się z kolejnych stadiów swojej choroby, zmęczenia, jak i tragedii życiowej – rozstania z żoną. Zapis dwóch solowych koncertów to czas podsumowań jarrettowych recitali, którymi ten raczył publikę na całym świecie przez ponad trzydzieści lat. Można sobie też zadać pytanie, czy nie jest to przypadkiem pożegnanie z tą ekspresyjną formą, która, jak czytamy, po 93. minutowym koncercie w Paryżu, kosztowała artystę terapię termiczną ramion. O improwizowanych spektaklach Jarretta napisano już niezliczoną ilość artykułów, jednak fenomen tworzenia muzyki na żywo, wciąż wywołuje zarówno fascynację i podziw, jak i podejrzenia, że tak naprawdę mamy do czynienia z wcześniej przygotowanym materiałem. Podobnie jest i w przypadku "Testamentu" będącego zapisem koncertu w Paryżu z 26 listopada 2009 roku (dwie płyty) i 1 grudnia w Londynie. Francuskie impresje oscylują bliżej współczesnej muzyki klasycznej, są pełne niepokoju, gwałtowności, londyńskie są zaś bardziej uporządkowane, harmonijne, czerpią z jazzowych źródeł i silnie odwołują się do bluesa, gospel i country. O tej muzyce można pisać godzinami! Jedno jest pewne – mamy do czynienia z „muzycznym testamentem” – zapisem  pozostawionym kolejnym pokoleniom improwizowanych pianistów.

Olga Spasojewska



''
John Abercrombie  "Wait Till You See Her", ECM 2009
Bardzo romantyczna i wyważona płyta. Takich krążków Abercrombie, gitarzysta – legenda, nagrał już wiele. Właściwie nie spodziewałbym się po nim w tym momencie czegoś gwałtownie odmiennego. Przewidywalność nie oznacza jednak w tym przypadku miałkości. "Wait Till You See Her" to nie tylko przemyślana i spójna propozycja, ale także popis gry Marka Feldmana. Mimo, że do dialogów skrzypiec i gitary tego duetu zdążyliśmy się już przyzwyczaić, to jednak zaryzykuję stwierdzenie, że od czasu Django Reinharda i Stephena Grapellego nikt nie zasłużył na tyle komplementów. W ogóle sam Feldman jest niezwykle intrygującym muzykiem, łączącym mainstream, z klasyką, i awangardą spod znaku Johna Zorna. Bardzo ciekawie prezentuje się też Joey Baron na perkusji, szkoda, że Thomas Morgan na kontrabasie nie wychodzi poza drugie tło. Mimo że większość utworów ma refleksyjny charakter, to w każdym doszukamy się pewnych napięć, pasjonujących przerw, delikatnej, czasami ledwo zauważalnej zmiany. "Wait Till You See Her" po prostu ciężko się znudzić.

Mieczysław Burski



''
Tomasz Stańko "Dark Eyes", ECM 2009
W przypadku twórczości Tomasza Stańki ciężko nie skorzystać z utartego określenia: 'każda kolejna płyta artysty jest wydarzeniem'. Rozstanie z zespołem Simple Acoustic Trio, z którym nagrał tyle znaczących dla światowego jazzu płyt, stawia pytanie o drogę, którą podąży artysta. "Dark Eyes" to udany przykład nierewolucyjnego przejścia na kolejny etap twórczości. Mistrz trąbki plus czworo skandynawskich muzyków, to z jednej strony otwarcie się na nowe koncepcje, z drugiej zaś ponowne spojrzenie na swój dotychczasowy dorobek. Stąd też na płycie obok nowych kompozycji usłyszymy "Last Song" z "Balladyny" i dwa utwory Komedy: "Dirge for Europe" i "Etiudę baletową Nr 3". "Dark Eyes" to album utrzymany w spokojnych, stonowanych i chłodnych skandynawskich klimatach. Momenty przyspieszenia i wejścia trębacza w górne rejestry należą do wyjątków. Melodyjne tematy, wyrafinowane, długie frazy lidera łączą się ze spokojną, zdystansowaną grą Alexa Tuomarilla na pianinie. Obok niego, na szczególne wyróżnienie zasługuje oszczędna, acz bardzo charakterystyczna gra gitarzysty Jakoba Bro, przypominająca mistrzowskie brzmienie Ralpha Townera. Pan Tomasz, niczym Miles Davis, ma znakomitego nosa do doboru młodych współpracowników. Dziś trio dowodzone przez Marcina Wasilewskiego pewnie zaznacza swoją obecność w Europie, zaś nowy zespół Stańki prezentuje się na tyle ciekawie, że możemy być spokojni o kolejne wydawnictwa sygnowane jego nazwiskiem. Szkoda tylko, że lider nie zdecydował się zaprosić do studia Maćka Obary, ich wspólne odegranie "Litanii", choćby na otwarcie Skweru Hoovera, dawało nadzieję, że kolejny Polak dostanie szansę zaistnienia w dużym wydawnictwie. Żywiołowość i coltranowskie brzmienie tego saksofonisty na pewno dodałoby "Dark Eyes" kolejnej barwy.

Petar Petrović

Czytaj także

Funkowy jazz

Zaczynamy od Bliskiego Wschodu, skręcamy w funkową uliczkę, a kończymy tam gdzie zaczynali Miles i Trane.

Funky de nite - "Funky Roads", Amadeus Records 2009
Trzecia płyta jednego z nielicznych w Polsce zespołów jazz – funkowych to wybuchowa mieszanka stylów i oparta o taneczne brzmienie propozycja. Inspirowani sposobem patrzenia Marcusa Millera na to czym jest nowoczesny jazz, Funky de nite bez skrępowania korzystają z rytmów r&b i hip hopu. Założyciel i mózg zespołu saksofonista Ryszard Krawczuk, do swojego kolektywu złożonego z Artura Malika na perkusji, Piotra Grząślewicza na gitarze elektrycznej, Piotra 'Quentina' Wojtanowskiego obsługującego gitarę basową, postanowił dodać brytyjskiego trębacza Bryana Corbett’a i pochodzącego z Gujany rapera Stewlocksa. Zaowocowało to udynamicznieniem muzyki, przez co zarówno krążek, jak i koncerty zespołu nie pozwalają słuchaczowi na chwilę odpoczynku. "Funky Roads" to muzyka imprezowa, oparta na prostych pociągających melodiach. Miłośnicy gitarowego brzmienia docenią grę obu gitarzystów, których swobodniejsze partie wprost odwołują się do propozycji firmowanych przez funkowego Herbiego, Maceo Parkera, jazz-rockowego Scofielda czy McLaughlina. Mimo kilku ciekawych improwizacji lidera i jego wspólnych partiach z trębaczem, jazz schodzi tutaj na drugi plan, a gra, dla bardziej wyrobionego ucha, staje się nazbyt prosta.

Olga Spasojewska

''
Anouar Brahem - "The Astounding Eyes Of Rita", ECM 2009
Marokański wirtuoz arabskiej lutni rozstał się już chyba definitywnie ze swoją dotychczasową dwójką współpracowników Francoisem Couturierem i Jeanem-Louisem Matinierem. Najnowszym krążkiem "The Astounding Eyes Of Rita" Anour Braunem przedstawia nam ich następców: grającego na instrumentach perkusyjnych Libańczyk Khaleda Yassine’a, niemieckiego klarnecistę Klausa Gesinga i szwedzkiego kontrabasistę Björna Meyera. Efektem jest płyta finezyjna, pozostająca w jednej, spokojnej, melancholijnej tonacji. Wielką umiejętnością lidera jest komponowanie utworów tak plastycznych, że wystarczy tylko lekko zmrużyć oczy, by wyobraźnia przeniosła nas nad piaszczyste pustynie i do niewielkich oaz. Ta muzyka zmusza do refleksji, cieszy, wprowadza w stan lekkiego uśpienia. Genialne połączenie dźwięków oudu z roztańczonym, improwizowanym klarnetem barytonowym to czysta magia. Solowe momenty lidera połączone z jego cichym podśpiewywaniem należą do najlepszym na płycie. Źródła poetyczność utworów odnajdujemy w literaturze, gdyż inspiracją dla płyty stał się zmarły w 2008 roku palestyński poeta Mahmoud Darwish, a tytuł albumu został zaczerpnięty z jednego z jego wierszy. Z miłą chęcią znalazłabym się na wieczorku poetyckim jego twórczości, okraszonym muzyką lutnisty. Może ktoś podchwyci tę ideę? Mogło by to być bardzo intrygujące spotkanie muzyki ze słowem, gdyż Brahem zamiast węży zaklina słuchacza.

Olga Spasojewska



''
New Bone - "It’s not easy", Gigi 2009
Co prawda w przyszłym roku zespół będzie obchodził swoje piętnaste urodziny, ale z początkowego składu świeczki z tortu zdmuchiwać będzie tylko dwóch ojców – założycieli. Mowa oczywiście o trębaczu Tomaszu Kudyku i saksofoniście Macieju Ślusarczyku, którzy wraz z nową pianistyczną gwiazdą Pawłem Kaczmarczykiem, kontrabasistą Maciejem Adamczykiem i perkusistą Arkiem Skolikiem mogą cieszyć się wydaniem drugiej płyty. Dopiero drugiej, jeśli spojrzeć zarówno na doświadczenie muzyków, ich umiejętności, jak i pozytywne głosy krytyki. New Bone reprezentujący na krajowej scenie coś co kilka osób nazwało stylem retro, ponownie odkrywają na "It’s not easy" mistrzowskie wzorce lat 60. gdy wszyscy zasłuchani byli nie tylko w Davisie i Coltranie, ale i w Silverze, Taynerze i Hubbardzie. Ten etap jazzowej epopei, choć wydawało by się zamknięty już na cztery kłódki, nie tylko pozostaje dla wielu fanów tego gatunku kwintesencją jazzu, ale jest ciągle i z wielkimi sukcesami rozwijany i odczytywany na nowo. Przecież dzisiejsza twórczość takich mistrzów jak Shorter, Blanchard i przede wszystkim braci Marsalisów opiera się właśnie na tym! "Nie jest łatwo" mówią członkowie New Bone. I mają rację, w dobie gdy wszystko musi być nowoczesne, hip i hop w jednym, podrasowane przez najnowszą technikę i otwarte na wszystkie możliwe muzyczne gatunki i kultury, ich twórczość może mieć problemy z przebiciem się do szerszego grona słuchaczy. Szkoda, grają bowiem jazz jak mało kto w kraju!

Mieczysław Burski


''
Krzysztof Urbański - "Urbański", Allegro 2010
Życzę każdemu takiego debiutu jaki stał się udziałem Krzysztofa Urbańskiego. Chociaż jeszcze długo jego imiennik, dyrygent, będzie bardziej od niego rozpoznawalny, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za kilka lat nazwisko to bardziej kojarzyło nam się z jazzem. A warto je zapamiętać, gdyż mało muzyków w tak krótkim okresie czasu kolekcjonuje tak wiele wyróżnień jak on. Jego pierwsza płyta nagrana z Tomaszem Toressem na perkusji, Michałem Barańskim na bassie i Pawłem Tomaszewskim na pianinie staje się ukoronowaniem pracy włożonej przez zespół i zapewne zamyka pewien etap młodzieńczej eskapady. Cieszy fakt, że młody lider przedstawia na krążku pięć własnych kompozycji, w których prezentuje się jako pewny siebie i swoich umiejętności saksofonista. Moce uderzenie otwierającego krążek „Szarmanckiego lawiranta” i rezonująca gra w ostatnim numerze "B.H Blues" ładnie spajają album, w którym znajdziemy i „śmiech i płacz”. Stylowe, rollinsowskie ballady, ciekawa, oparta na dialogach saksofonu z dynamiczną perkusją interpretacja coltranowskiego „Giant steps”, duży szacunek do tradycji, przemyślane kompozycje, bardzo dużo popisówek, które wynikają zapewne z ochoty przedstawienia całego arsenału swoich umiejętności (wielkie brawa należą się pod tym względem także Tomaszewskiemu). Nie zmienia to jednak faktu, że niekwestionowany lider jest tylko jeden – Urbański.

Mieczysław Burski

Czytaj także

Dęciaki rządzą!

Saksofony i trąbki od lat są motorem napędowym jazzowych projektów.

Zbigniew Namysłowski "Nice & Easy", Gigi 2010

Muzykę Zbigniewa Namysłowskiego śmiało można określić jako ponadczasową. Grając już od ponad pięćdziesięciu lat, obok określenia "nestor", na które zasłużył sobie ze względu na swoje dokonania, wpływ i wiek, pozwolę go sobie także określić mianem nowatora, gdyż ciągle najbardziej pociąga go – "gonienie króliczka". Nasz saksofonista nie zastygł niczym posąg, zapatrzony we wzorce lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych i choć dziś jego jazz to czysty mainstream, muzyka środka, to na pewno nie można powiedzieć, że pan Zbigniew odrywa kupony od swojej sławy. Jest ciągle na topie, zarówno jego płyty, jak i zespoły należą do czołówki naszej jazzowej ligi, a dźwięk jego saksofonu altowego jest łatwy do rozpoznania. Na "Nice & Easy" odnajdujemy lidera dyrygującego świetnym zespołem, złożonym z "dzieciaków": Jacka Namysłowskiego na puzonie, Sławomira Jaskułke na fortepianie,  Andrzej Święsa na kontrabasie, a także doświadczonego Grzegorza Grzyba obsługującego perkusję. Długie, rozbudowane utwory, dramatyczne przyspieszenia i okresy spokojnego, opanowanego grania. Na szczególne wyróżnienie zasługują interesujące dialogi ojca z synem i przede wszystkim fantastyczna gra na pianinie Sławomira Jaskułke. To ona nadaje grze zespołu oblicza romantycznego rozmarzenia, jak chodźmy w utworze "Gapa w ogonku" i prześlicznej balladzie "LeBig Song". Tytuły utworów, jak zwykle u Namysłowskiego odznaczające się oryginalnym poczuciem humoru, korespondują z nastrojem kolejnych kawałków, pełnych optymizmu, czasami wprost porywających do tańca.

Olga Spasojewska


''
Terence Blanchard "Choices", Universal Music Polska 2010

Nie ma się co dziwić, że najnowszy, trzydziesty już bodaj album Terenca Blancharda nasiąknięty jest nowoorleańskością, skoro jego nagranie miało miejsce w tymże mieście. Co więcej, dokonane zostało ono w The Ogden Museum Of Southern Art, w przestrzeni, którą trębacz, rodowity nowoorleańczyk, uważa za szczególną i wręcz magiczną. Także przez to, że ocalało z ostatniego kataklizmu. Wraz z grupą swoich długoletnich przyjaciół z Thelonious Monk Institute of Jazz, Blanchard, nagrał krążek, w którym każdy element ustawiony jest według pewnej koncepcji. Jej głównymi spoiwami jest połączenie licznych rozważań filozoficzno – estetyczno - światopoglądowych czarnego moralisty i filozofa Dr. Cornela Westa, ze śpiewem Billala, neo soulowego, jazzowego wokalisty i ponownego wsłuchania się w tradycję Nowego Orleanu przez jazzmanów XXI wieku. W efekcie otrzymujemy album kompletny, choć w dużych swoich partiach przegadany. I to nie tylko jeśli chodzi o "mądrości" wypowiadane przez dr. Westa, które po kolejnym przesłuchaniu mogą więcej niż irytować, ale także poprzez brak spontaniczności. Mimo świetnego zespołu, wielkiej pasji lidera, płyta nie porywa. Pozostaje ciekawym projektem, ale na pewno nie najlepszym, pod którym przyszło się podpisać Terencowi.

Olga Spasojewska

''
Jerzy Małek "Bop Beat", Grami 2009

W jazzie muzyk, który ma trzydzieści lat na karku wciąż zaliczany bywa do kategorii "młodzieży". Tak jest też z Jerzym Małkiem, mimo tego, że wydał już siódmą płytę. Trębacz, który poruszał się do tej pory raczej w szeroko pojętym mainstreami, wybrał się na "Bop Beat" w trochę odmienne klimaty. Dzięki zaproszeniu do współpracy szerokiej grupy młodych muzyków z różnych środowisk, lider uzyskał nie tylko mocno odmienne brzmienie w każdym praktycznie utworze, ale też wirtuozerskie popisy na licznych instrumentach. Miłośnicy muzycznej zabawy nie powinni się więc nudzić, gdyż recepta Małka na ten album to przede wszystkim groovowe brzmienie. Taneczne melodie, erupcja energii, bardzo dużo funku, wzmacnianego przez grę Jana Smoczyńskiego na organach Hammonda, wpływ r&b i soulowe popisy wokalne Miki Urbaniak w "Get Up". Ciekawym i dobrze przeprowadzonym zabiegiem było także umieszczenie utworu Red Neons, w trzech, bardzo odmiennych od siebie wersjach, co ładnie spaja cały album w jedną opowieść. Mimo, że w sumie na krążku pojawia się trzynastu muzyków, to na pierwszy plan wybija się gra Małka, która raz brzmi jak młodzieńcze popisy Lee Morgana, innym razem jak funkowe ekspresje Donalda Byrda.

Mieczysław Burski



''

Fred Anderson "A Night at the Velvet Lounge. Made In Chicago 2007", Estrada Poznańska 2009

Życzę wszystkim takiego zdrowia, energii i pomysłów, jakimi cieszy się urodzony 22 marca 1929 roku Fred Anderson. Życzę wszystkim fanom jazzu w Polsce, by więcej wydawnictw szło przykładem tych nielicznych i dokumentowało nagrania gwiazd, wykonywane w naszym kraju. Do życzeń dołączam słowa zadumy nad karierą saksofonisty, który swoją twórczością, spoił szkołę gry na saksofonie Charliego Parkera z tą spod znaku Ornetta Colemana, współczesną improwizację free jazzową i tą wywodzącą się AACM-u. "A Night at the Velvet Lounge. Made In Chicago 2007" to rejestracja koncertu, który miał miejsce podczas festiwalu w Poznaniu. Obok lidera wystąpił Harrison Bankhead na basie i Dushun Mosley na perkusji. Zaryzykuję stwierdzenie, że w takiej konfiguracji Anderson nie tylko czuje się najlepiej, ale i prezentuje pełnię swoich umiejętności. Nie gra "na wariata", dlatego mniej obeznanym z jego twórczością słuchaczy jazzu zapewnię: nie ma obawy, po jego eskapad nie popękają Państwu bębenki. Melodyjne utwory, wielobarwna gra sekcji rytmicznej i często "frywolne" frazy saksofonu tenorowego udowadniają, że muzyka improwizowana może nie być zarezerwowana wyłącznie dla miłośników "mocnego grania". "Przede wszystkim pomysłowość" – takim logiem powinna być opatrzona płyta wydana przez "Estradę Poznańską". Prawie osiemdziesiąt minut atmosfery przeniesionej wprost z chicagowskiego klubu Andersona "Velvet Lounge".

Mieczysław Burski

Czytaj także

Jazzowe wyciszenie

W tym tygodniu Sendecki i Majewski kontrastują z free - elektrycznym "Panem Jabu", a Olo Walicki wspomina swoją wizytę w teatrze.

Olo Walicki "Trauma Theater - Theater der Liebe", OWA Production 2010
Miłośnicy twórczości teatralnej Ingmara Villqista mają okazję, dzięki zakupowi tej płyty, przypomnieć sobie atmosferę z jego przedstawień. A to wszystko dzięki Olowi Walickiemu, który stworzył muzykę do jego czterech spektakli: "Sprawy Miasta Ellmit", "Helmucik", "Oskar i Ruth" oraz "Kompozycja w Słońcu". Trzydzieści utworów nie łączy jeden idiom muzyczny, nie można ich też przyporządkować danemu gatunkowi, chociaż Walicki nieodłącznie kojarzy się z polską sceną yassową. Autor nie prezentuje wybranych fragmentów przedstawień, ale wycina z nich niczym chirurg pojedyncze części, tworząc tym samym „nowe ciało”. Dzięki temu zabiegowi krążek nie jest jednostajny i skierowany wyłącznie do miłośników twórczości dramatopisarza. Recytacje aktorów (dla tych, którzy nie znają dramatów mogą się one jednak okazać niezbyt wciągające) łączą się czasami w bardzo zaskakujący sposób z grą muzyków. Stąd dramatyczne przemówienia mocno kontrastują ze spokojnymi, malowniczymi dźwiękami i na odwrót. Walicki jest niesamowicie pomysłowy. A jak na multiinstrumentalistę przystało gra na kontrabasie, gitarze basowej, cymbałkach, skrzypcach, pianinie, indyjskich dzwonkach i triangelu. Osobne brawa należą się Cezarowi Paciorkowi, dodającemu do tego konglomeratu dźwięków swoją harmonię i gitarzyście Piotrowi Pawlakowi. Twórca "Kaszëbë" po raz kolejny udowadnia, że ramy muzyczne dają się świetnie naginać. Co więcej, muzykę zawartą na "Traumie" rozpisał niedawno na free jazzowy quartet (Mikołaj Trzaska, Kalle Kalima i Christian Lillinger), który zdążył już zebrać entuzjastyczne recenzje.

Olga Spasojewska


''
Wojtek Jachna i Jacek Buhl "Pana Jabu", Monotype 2009
Dwóch muzyków zamknęło się we wsi Suchary i postanowiło nie wyjść ze studia z pustymi rękami. W efekcie otrzymaliśmy "Pana Jabu", którym to Wojtek Jachna i Jacek Buhl rozpoczynają nową muzyczną przygodę. Ich współpraca opiera się na połączeniu elektronicznych brzmień z akustyczną improwizacją z pogranicza free jazzu. Atmosfera na płycie odsyła nas momentami w okolice skandynawskich osiągnięć Arilda Andersona, trąbka Jachny nasuwa nam zaś skojarzenia z Nilsem Petterem Molvaerem. Te muzyczne pejzaże, nieraz nazbyt nużące, przerywane są o wiele ciekawszymi momentami nieskrępowanej improwizacji. Wyłączenie sprzętu i zdanie się na swoje instrumenty okazuje się ostatecznym sprawdzianem umiejętności muzyków. Przyznam, że te momenty należą do najlepszych na krążku. Sam pomysł na mocne wymieszanie stylów, może się dla wielu słuchaczy okazać niezbyt łatwym kąskiem do przełknięcia. Jednak miłośnicy Contemporary Noise Quartet, Sing Sing Penelope czy Pink Freudów powinni poczuć się ukontentowani. Autorzy, jak sami wskazują, swojego projektu nie zamykają na innych muzyków, co może oznaczać, że na kolejnej płycie przez nich formowanej, jeszcze kilka osób doda swoje „małe co nieco”.

Mieczysław Burski


''
Władysław Sendecki "Solo Piano At Schloss Elmau", ACT 2010
To naprawdę zaskakujące, że nazwisko muzyka pokroju Władysława 'Adzika' Sendeckiego nie mówi zapewne zbyt wiele młodszym miłośnikom jazzu w Polsce. Głównym tego powodem jest emigracja tego pianisty z PRL, w okresie, gdy cieszył się największą sławą i uznaniem. Grający kiedyś w Extra Ballu czy Sun Shipie - Sendecki zamienił polskie topowe zespoły na hamburską orkiestrę radiową NDR Big Band, w której z efektami promował polski jazz. Adzik ma na koncie współpracę z liczną grupą utytułowanych artystów, usłyszeć go można na ponad 100 płytach, jego klasę docenił  New York Village Voice uznając go za jednego z pięciu najlepszych pianistów na świecie. "Solo Piano At Schloss Elmau" to dziesięć nagrań, w większości autorstwa pianisty, które zachwycą zarówno miłośników jazzowego jak i klasycznego pianina. Zagłębiając się w te dźwięki, przebijające się przez gęstą ciszę  wypełniającą miejsce Schloss Elamu, tak ważne dla świata artystów, każdy ze słuchaczy odnajduje własne skojarzenia ze świata klasyki i jazzu. Znajdzie się w nich reminiscencje Schumanna i Liszta, Chopina i Schuberta, jak i Billa Evansa, Keitha Jarretta czy Brada Mehldaua. Muzyka przypomina spokojne rozbijanie się fal o wybrzeże, artysta nie epatuje potężnymi emocjami, jest tu dużo spokoju, poszukiwania piękna, harmonii. Po zeszłorocznych solo płytach Sławka Jaskule i Włodka Pawlika otrzymaliśmy kolejne muzyczne wyznanie, stanowiące kwintesencje talentu pianisty.

Mieczysław Burski


''
Wojciech Majewski "Opowieści", Warner Music Poland 2009
Człowiek, który do tej pory znany był ze swoich fascynacji Grechutą, przenosząc go na język jazzu i poświęcając mu biografię, tym razem przedstawia nam sentymentalno – liryczną suitę jazzową, której korzenie znajdujemy w jego, wydanym w 2003 roku, "Zamyśleniu". Wojciech Majewski kontynuuje znakomite tradycje rodzinne i swoją trzecią autorską płytą prezentuje się jako twórczy i konsekwentny lider, który odważnie prowadzi okręt swojego zespołu. Piękny, intrygujący wstęp – solowy popis Majewskiego, wprowadza nas w większości poważną atmosferę panującą na krążku. Przypomina to wyważoną grę Włodka Pawlika, który swoim "Tykocinem" wyznaczył nowe standardy budowania jazzowych suit. Majewski lubuje się w harmonii, uporządkowaniu, w ascetycznych budowlach swoich utworów. Jego muzyka czerpie z niewyczerpanego źródła polskiego romantyzmu, naznaczonego w klasyce przez Chopina, w jazzie przez Komedę. I choć przez większość czasu dominuje wyciszone trio, to zaproszenie dwóch znakomitych dęciaków poszerzyło wymiar płyty o swing i hard bop przywodzący na myśl złote lata 60. Wielka w tym zasługa gry Roberta Majewskiego przypominającej akustyczną twórczość Enrico Ravy. Brzmienie jego trąbki świetnie komponuje się w duecie z krzyżującymi się dźwiękami pianina i uzupełniającymi go improwizacjami Tomasza Szukalskiego. Wielkie brawa należą się Jackowi Niedzieli za solo w "Opowieści IV", a Krzysztofowi Dziedzicowi za to, że spełnia swoją rolę w zespole na poziomie Jacka DeJohnette’a w trio Jarretta. Wspaniały hołd złożony zmarłemu w 2005 roku Henrykowi Majewskiemu.

Olga Spasojewska

Czytaj także

Słowacy kochają Komedę

W tym tygodniu Tryfonidis spaceruje po Warszawie a Marylin Crispell improwizuje w duecie.

Trifonidis "Downtown Project", Slowdown 2010

Jeśli ktoś spodziewał się po Macieju Bielawskim, że znowu pokaże jak się gra free jazz na duży zespół, to na pewno będzie zaskoczony jego Downtown Project. To jest zupełnie inna bajka, muzyka, o której pozyskanie już powinni zacząć starać się polscy filmowi producenci. Inspiracją dla Tryfonidisa stało się bowiem samo miasto – Warszawa, stąd partie ostrego bezkompromisowego grania to raczej przerywniki, do tzw. muzyki miasta, połączenia partii instrumentalnych z różnymi odgłosami, którymi atakuje nasze uszy, raz głośna ulica, raz zgiełk i wrzawa centrum miasta, a innym razem cichsze przedmieścia, z wybijającym się szczekaniem psa. Muzyka kameralna, miejscami ascetyczna, z bardzo interesującymi partiami smyczkowymi. Lider postawił na melodyjność, tajemniczość, powolne operowanie obrazami. Ten jego spacery po Warszawie stają się intrygującą opowieścią o mieście, które tętni życiem i jest o wiele bardziej gorące i urozmaicone niż się to nam czasem wydaje, gdy patrzymy na szare betonowe bloki. "To historia o miłości, przyjaźni, czekaniu, pragnieniach, leżeniu na trawie, upływającym czasie, zabawie i o piłce nożnej ...". Miejski folk, w jazzowych oprawach.

Mieczysław Burski

nbs trio plyta
NBS Trio "Plays Komeda", BCD Records 2010

Krzysztof Komeda zaraża swoją muzyką kolejne pokolenia. Tym razem nie polskie, tylko naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Powiem szczerze, byłem całkiem zdziwiony, gdy NBS Trio okazało się nie być nowym, krajowym zespołem, tylko reprezentować trójkę jazzmanów z Bańskiej Bystrzycy. Nothing But Swing – tak brzmi rozszerzenie enigmatycznej nazwy, po wielkim sukcesie odniesionym w kraju i udanej trasie koncertowej ze Scottem Hamiltonem, wzięli na warsztat utwory Komedy. I to w naprawdę pięknym stylu! Klasyczne kompozycje zostały potraktowane z poszanowaniem ich romantyzmu i rzewności, pianista Klaudius Kovac, basista Robert Ragan i perkusista Peter Solarik nie mają awanturniczych ambicji rozbijania dzieł na części, nadawania im nowych kształtów, które z oryginałem nie mają zbyt wiele wspólnego. Czerpią z tradycji lat 40. i 50., patrząc w kierunku, który wskazali Lester Young, Bud Powell czy Charlie Parker. "Kołysanka", "Ballad For Bernt", "Rosemary's Baby" i rozpoczynająca krążek "Kattorna" – prosto, z uczuciem, urokliwie.

Mieczysław Burski


Marilyn Crispell, David Rothenberg One Dark Night I Left My Silent House
Marilyn Crispell, David Rothenberg “One Dark Night I Left My Silent House", ECM 2010


Powiedzmy sobie szczerze, po "One Dark Night…", ciężko będzie komukolwiek mówić, że Marylin Crisspell jest "tylko" kontynuatorką muzyki Cecila Taylora. Nigdy nie słyszałam na jego płytach tyle liryzmu, poetyckości i delikatności co staje się stałą częścią repertuaru tej wybitnej pianistki. Jej umysł, oświecony przez koncepcje Anthony'ego Braxtona, świetne klasyczne wykształcenie i wielką pomysłowość, tworzy w duecie z grającym na klarnecie basowym Davidem Rottenbergiem – dziwny acz poruszający projekt. Nie jest to pierwsza jej współpraca w takim układzie, pamiętamy jej koncerty z m.in. z Josephem Jarmanem, Gerrym Hemingwayem czy Irene Schweitzer. "One Dark Night…" to całkowicie improwizowane spotkanie, otwarcie się na drugiego muzyka i jego propozycje, wsparcie się na swoim doświadczeniu i ukrytych emocjach, które uwidaczniają się za pomocą instrumentów. Elementy perkusyjne i przetwarzanie dźwięków stosowane co jakiś czas przez Marylin, wprowadzają słuchaczy w mistyczną przestrzeń. Krążek spokojny, na którym muzycy w delikatny sposób rozwijają swoje koncepcje i czasami wydaje się, że pochłania ich monotonne powtarzanie, kręcenie się wokół jednego szczegółu, który nagle porzucają i przeskakują na zupełnie inną płaszczyznę. Tylko czy my za tym nadążymy?

Olga Spasojewska

soundcheck
Soundcheck III "Druglum", BCD Records, 2010

Nie tak dawno prenumeratorzy Jazz Forum mieli możliwość zapoznania się z dorobkiem Soundcheck, młodego quartetu, grającego ze sobą już od pięciu lat. Na krążku "Reperkusje" mogli także zapoznać się z trzema utworami, które znalazły się na omawianym tutaj trzeci albumie zespołu. Ten marketingowy chwyt na pewno popłacił, sama byłam zachwycona muzyką zaprezentowaną przez saksofonistę Macieja "Kocina" Kocińskiego, pianistę Krzysztofa Dysa, basistę Andrzeja Święsa i perkusistę Krzysztofa Szmańda. A "Druglum" jest płytą wymagającą skupienia, ochoty by poprzebywać z muzyką wymagającą, pełną emocji, żaru i... przede wszystkim bardzo wciągającą. Lekkie, melodyjne sola Kocina, po kilku przesłuchaniach nadają się do zanucenia. Sporo jest tu nawiązań do pianistyki z lat 50., jak "Seven O'clock", skandynawskich klimatów "Żuraw", modern jazzu lat 60. "What’s up", elementów etnicznych "Cajun" i "Frikada". Większość płyty to jednak jazz nowoczesny, wolna improwizacja, uwolnienie wszystkich instrumentów, brak sztywnych struktur, co przypomina mi twórczość RGG. Romantyczny "Szykuj się" – w zasadzie jedyna ballada na krążku – to solowy popis Kocina, w dalszej części nabiera rozmachu i przemienia się w rytmiczny, żywiołowy, groovowy kawałek. Zdecydowanie, Soundcheck, tworzy nową jakość.

Olga Spasojewska