X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Nieznany front zimnej wojny
Section02
Section03
Section04

Andrzej Mietkowski: Ze wspomnień przemytnika

Polskie Radio
Izabella Mazurek 08.05.2015
Andrzej Mietkowski z zakazaną książką Michaiła Bułhakowa Mistrz i Małgorzata. Fot. PRPaweł Kurek
Andrzej Mietkowski z "zakazaną książką" Michaiła Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata". Fot. PR/Paweł Kurek

Paryż, 1987. Jestem przemytnikiem. Zajmuję się kontrabandą najbardziej wybuchowej, wywrotowej materii na ziemskim globie: wolnego słowa.

Paryż, lata 80. Tajemniczy adres

Do Paryża trafiam w 1981, w okresie pierwszego karnawału Solidarności. Pracuję w miesięczniku "Kultura", kręcę się wśród rosyjskiej emigracji, marzę o rosyjskich książkach. Przyjaciele wyposażają mnie w odpowiedni kontakt. Zdobycie tego numeru jest równoznaczne z przepustką do kręgu wtajemniczonych: 261.05.77.

Sceneria jak z "Trzech dni Kondora" Pollacka. Niepozorna, szykowna kamienica przy rue Saint-Hyacinthe, w prestiżowej dzielnicy Paryża, niedaleko ogrodów Tuileries. Spotkania tylko po uprzednim umówieniu. Dyskrecja. Telefon ma na celu uniknięcie spotkania dwóch petentów o tej samej godzinie.

W postrzępionym notesie odnajduję dziś czterocyfrowy kod: 9145. Wtedy otwierał masywną bramę pod numerem 8BIS, dalej marmurowy hall - i windą na pierwsze piętro. "Centre Internationale Litteraire". Tutaj, za zamkniętymi oknami, z dala od paryskiego zgiełku, znajdowało się El Dorado rosyjskich dysydentów i emigrantów. Dla sowieckich towarzyszy - groźny ośrodek dywersji ideologicznej. W rzeczywistości książkowy skarbiec, który przybyszom zza żelaznej kurtyny przywracał możliwość poznania zachodnich klasyków wolności - Arona, Camusa, Nabokova, Orwella - i zakazanych autorów ze wschodu – Sołżenicyna,  Maksimowa, Mandelsztama, Miłosza, Dżilasa. Wszystko po rosyjsku.

Biurem rządziła Anna Anatolevna Rutchenko. Elegancka i energiczna, żona radykalnego antykomunisty Nikołaja Rutchenko, była wieloletnim koordynatorem paryskiej filii międzynarodowej sieci, koordynowanej przez George Caputineanu Mindena, a znanej wtajemniczonym pod angielskim skrótem ILC - "International Litterary Center". Na rue Saint-Hyacinthe półki z książkami zajmowały całą przestrzeń, aż do sufitu, we wszystkich pokojach i korytarzach przestronnego apartamentu. Na podłogach - nierozpakowane kartony z nadrukami: POSSEV VERLAG, ARDIS, YMCA-PRESS, OPI, LA PRESSE LIBRE. W kątach sterty rozmaitych czasopism – "Time", "IHT", "Lancet". To dla konkretnych odbiorców, na zamówienie.

Szczęśliwiec, który tu dotarł, wypełniał torbę wymarzonymi, wyśnionymi tytułami: "Archipelag GUŁag", poezje Brodskiego, "Mistrz i Małgorzata", "Archiwum Rosyjskiej Rewolucji", pamiętniki dowódców Białej Armii, Achmatowa, Nabokov… Książki na bieżąco spisywał Milan – z pochodzenia Czech, pomocnik Anny Anatolevny. Po skrupulatnym zewidencjonowaniu można było wynosić zdobycz. Detaliczne  sprawozdania pozwalały śledzić, w jakim kierunku zmierzają kolejne transporty "papierowej amunicji".
Na początku zaglądałem tu co kilka tygodni. Z czasem - za każdym pobytem przyjaciół i rodziny z Kraju. A potem już regularnie ładowałem książki do bagażnika, wiozłem do domu, stamtąd część do pracy, do Radia Wolna Europa, gdzie pojawiali się goście z Polski, albo do miejsc, gdzie pomieszkiwali znajomi, wracający wkrótce do Warszawy, Krakowa, Moskwy, Leningradu.

Z czasem krąg zainteresowanych znacznie się poszerzył. Pojawiali się kierowcy TIR-ów, marynarze… Do Paryża szmuglowali najczęściej kawior, a wywozili pudła z książkami. Na handel. Czasem przyprowadzali kolejnych zainteresowanych. Po przełamaniu pierwszych lęków, każdy chciał początek przemytniczej współpracy uczcić tradycyjnie, po rosyjsku. Zacząłem obawiać się o wątrobę.

Rusza polska operacja

W Anglii działało kilka polskich wydawnictw emigracyjnych, wśród nich dwa wyraźnie wybijały się zaangażowaniem w sprawy krajowe: "Puls" i "Polonia". Propozycja, żeby uruchomić w Paryżu duże centrum rozdawnictwa i zorganizować przerzut książek do Polski przyszła od Jana Chodakowskiego, szefa tych oficyn. Trzeba było sprostać nowym potrzebom, bo czasy pojedynczych gości z Polski, odwiedzających polskie księgarnie i wydawnictwa odeszły w przeszłość. Teraz istne tłumy najeżdżały Paryż – stolicę polskiej emigracji spod znaku Solidarności. Oni poznali siłę rażenia wolnego słowa. Ci, którzy znaleźli się w wolnym świecie i zamierzali wracać, szukali przede wszystkim książek. Nie bali się ewentualnych konfiskat. Poza tym uznawaliśmy, że książka w rękach funkcjonariuszy też odegra swoją rolę. Należało systemowo opracować rozdawnictwo w nowej skali. Przygotowaliśmy pierwszy potężny transport – książki Pulsu, Aneksu, Polonii, tysiące egzemplarzy. Omówiliśmy zasady dystrybucji.

Francuski łącznik

Pierwszy kłopot - znaleźć właściwy lokal. Bezpieczny, to znaczy taki, gdzie nawet stała obserwacja peerelowskiej bezpieki miałaby trudność z wyłapywaniem moich "klientów". A jednocześnie pozwalający magazynować tysiące egzemplarzy emigracyjnych wydawnictw… Idealny okazał się kompleks połączonych wieżowców w dzielnicy Belleville, na pograniczu Chinatown. To było zaprzeczenie "Centre Internationale Litteraire", nawet symboliczne. Rosyjska dystrybucja odbywała się pod znakiem Saint-Hyacinthe, Świętego Jacka, polskiemu rozdawnictwu patronowała Louise Labé – szalona poetka i kurtyzana, zwana Piękną Powróźniczką.

A właśnie nadciągały szalone czasy. W najśmielszych snach nie przewidywaliśmy, jaką skalę osiągnie nasza operacja.
Przeprowadziłem się do wieżowca, na 10. piętrze, a w podziemiach, w najciemniejszym kącie rozległego parkingu, wynająłem podwójny garażowy boks z opuszczaną stalową bramą. Wewnątrz, na rozłożonych drewnianych europaletach, stanęły jeden przy drugim słupki rozpakowanych książek. Do transportu z Londynu dołączyły książki od Kazimierza Romanowicza z księgarni Libella na wyspie Saint-Louis oraz z paryskiej "Kultury".

Plan był prosty: najpierw dystrybucja mojego numeru telefonu zaufanymi kanałami pośród zainteresowanych w Polsce.
I czekamy. Nie czekaliśmy długo, informacja o nowym paryskim punkcie rozdawnictwa błyskawicznie sięgnęła od Gdańska do Krakowa. A wtedy - ruszyło! Telefon dzwonił na okrągło. Przy aparacie leżał harmonogram wizyt. Żelazna zasada konspiracji: nie mogą się spotykać. Zdarzało się, że kiedy w mieszkaniu na 10. piętrze podejmowaliśmy jednego gościa, inny gość szperał po magazynie. Do garażu zjeżdżało się z wyposażeniem: torba i potężne latarki. Brak oświetlenia z jednej strony chronił całą sytuację przed wzrokiem niepowołanych, z drugiej strony wybieranie książek w ciemnościach miało w sobie coś kuriozalnego. Każdy wybrany tytuł trafiał na listę, lista trafiała do miesięcznego sprawozdania, a sprawozdanie - do Centrali.

Sprawozdanie, jak na czasy przedkomputerowe, proste i skuteczne. Wielkie płachty kratkowanego papieru, wyrysowane wielkie tabele. Pionowo wpisane tytuły książek na stanie, na górze, poziomo - nazwisko obdarowanego. W kolumnie pod nazwiskiem – cyferkami oznaczana ilość egzemplarzy. W dole każdej kolumny ich suma. Na koniec miesiąca pozostawało tylko podsumowanie łączne rozdanych egzemplarzy i sumy cząstkowe poszczególnych tytułów. Raport gotowy, i to bez Excela.

Przez ten magazyn przewinęły się tłumy, elita polskiej nauki, studenci, profesorowie, hierarchowie Kościoła, czołowi politycy przyszłej wolnej Polski, przyszli ministrowie i premierzy przyszłych rządów wolnej RP… Apogeum, to wizyta chóru kościelnego z Warszawy. Zaprzyjaźniony ksiądz przyjechał po listę dostępnych tytułów, nazajutrz wrócił z zapotrzebowaniem: prawie 1000 pozycji, każdy zażyczył sobie po 15-25 książek! Domyślałem się, że spora część trafi na czarny rynek, ale przecież o to też chodziło: żeby w Warszawie, Poznaniu, Lublinie, Krakowie można było kupić, choćby drogo, te tytuły. Wioząc do nich książki, urwałem zawieszenie. Samochód dawał radę w latach komunizmu, ale nagromadzony ciężar wolnego słowa w przededniu polskiej wolności okazał się ponad jego wytrzymałość.

Był to jeden z ostatnich transportów. Nastał 1989 rok. W Warszawie zlikwidowano cenzurę. Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (!) zwróciło się o zgodę na drukowanie mojego tłumaczenia antysowieckich wspomnień Władimira Bukowskiego "I powraca wiatr…". Świat oszalał! Zapakowałem wszystkie książki, cały magazyn - i razem z książkami sam wróciłem do Polski.

I to był koniec polskiego rozdawnictwa. Rok później zamknięto ILC. Obok powszechnie słuchanego Radia Free Europe, była to najbardziej efektywna inwestycja ze wszystkich tajnych operacji USA w czasie zimnej wojny. Trwała 37 lat, 10 milionów książek przemycono z Zachodu do krajów komunistycznych. Dzisiaj niektóre z nich stoją na mojej półce. Te same tytuły widzę w witrynie warszawskiej księgarni.

I o to w tym wszystkim chodziło.

  • Zobacz więcej na temat: