X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Kubek pełen mżawki

Ostatnia aktualizacja: 09.02.2019 17:32
Niech wystarczy, że się człowiekowi nad przepaścią Eco kręci w głowie, jak rzadko kiedy, ale i nie ma w okolicy takich pieniędzy, za które człowiek, o ile normalny, odszedłby znad przepaści Eco, zanim przepaść Eco umilknie.
Kadr z filmu Imię róży
Kadr z filmu "Imię róży"Foto: mat. promocyjne

Kap, kap, płyną łzy.
W łez kałużach ja i ty.
Wypłakane oczy i przekwitłe bzy.

Andrzej Sikorowski „Bardzo smutna piosenka retro”

Czy da się skroplić „Mojżesza” Michała Anioła? Taki problem techniczny, lecz i twórczy przecież, dopadł mnie w środku „Imienia róży”, seansu, który na motywach gigantycznej powieści Umberta Eco Radosław Rychcik w krakowskim Teatrze Słowackiego wyreżyserował. Nie pierwszy raz dopadł mnie problem ten, i nie tylko w Teatrze Słowackiego. Wraca on bez wytchnienia. Czterdzieści, nawet tylko trzydzieści lat temu, wspomniana techniczna zagwozdka byłaby wzięta, bo ja wiem za co?, może za cudem odnaleziony w starych papierach pomysł Stanisława Lema na tycią nowelę fantastyczną. A dziś? Dziś nie dość, że zagwozdka owa - jako przenośnia, rzecz jasna - jest sednem reżyserskiego myślenia, to jeszcze brzmi inaczej. Otóż, od lat nie chodzi już o to, czy da się, lecz – jak to zrobić? Jak skroplić „Mojżesza” Michała Anioła? Jak zmniejszyć wagę giganta i zaserwować go nowoczesnej publiczności w zupełnie innym, bardziej poręcznym, łatwiejszym w użyciu stanie skupienia, dzięki czemu będzie ogólnie miło i nie nerwowo?

Kurtyna w górę. Oto trwa średniowiecze. Dwóch mnichów, młody i stary, przybywa do słynnego klasztoru, a tu klops. Śmierć. Trup jednego z mnichów znaleziony pod murami. Przeor prosi starego o rozwikłanie zagadki. Stary rozpoczyna śledztwo. Pojawiają się kolejne trupy, u każdego – siny palec u ręki i taki język. I każdy z zabitych miał kontakt z biblioteką. Tam wiedzie śledczego psi jego węch. Słusznie. W bibliotece tkwi centrum zbrodni. Ślepy bibliotekarz zabija każdego, kto sięgnie po zakazany tom – drugą księgę „Poetyki” Arystotelesa, oficjalnie zaginioną księgę „O komedii”, uwznioślającą śmiech. Morduje trucizną, którą wysmarował stronice zakazane. Wścibscy mnisi padają, bo wprowadzają do ust śmierć, przewracając kartki palcem oblizanym. A w finale wszystko trawi pożar, wzniecony przez ślepca. Kurtyna w dół.

Owszem, nie mogę protestować, powyżej skapnęło mi z pióra zaledwie kilka zdań, portretujących fabułę oraz rytm seansu Rychcika - a już jest nudnawo. Cóż zatem rzec mam o seansie samym, który trwa trzy godziny? Czy poboczne sekwencje i obrazki - choćby miłość młodego przybysza do ostro niechlujnej kuchty, zbliżenia aktorskich twarzy na ekranie wiszącym nad sceną, albo wyświetlane na gigantycznych kotarach slajdy z widokami smakowitych iluminacji średniowiecznych ksiąg – dodają zarażającemu sennością motywowi głównemu choć naparstek ikry?

Odpowiem nie wprost. Nie mogło być inaczej. Siedem tomów Prousta, opowiadania Schulza, powieści Tomasza Manna i Marqueza, „Ulisses”, „Boska Komedia”, jeszcze kilka, może kilkanaście kolosalnych planet, językowych planet. Gdy się którąś z nich wybija z jej i tylko jej przeznaczonej orbity intonacyjnej, gdy się którejś z nich zmienia stan skupienia, czyli po prostu zmienia jej istnienie, na teatralne choćby – zawsze wtedy, prawie zawsze, jakaś dziecinada powstaje, jakieś płytkie igrce w piaskownicy dziać się zaczynają i puchnie na widowni przekonanie, że za chwilę jakiś chłoptaś w krótkich gatkach przejedzie przez scenę na hulajnodze, ukazując nam w szerokim uśmiechu przerzedzone mleczaki. O! Już jedzie!... Nie inaczej jest z „Imieniem róży”.

Nie czas, nie miejsce, a i potrzeby też brak, by detalicznie referować cudowną, głęboką na ponad 600 stron przepaść narracyjną, przez Eco stworzoną z intonacji średniowiecznej, intonacji XVII-wiecznej, XIX-wiecznej oraz własnej intonacji Eco. Niech wystarczy, że się człowiekowi nad przepaścią Eco kręci w głowie, jak rzadko kiedy, ale i nie ma w okolicy takich pieniędzy, za które człowiek, o ile normalny, odszedłby znad przepaści Eco, zanim przepaść Eco umilknie. I niech wystarczy, że sprawa zbrodni – kto, jak i dlaczego zabijał – jest w „Imieniu róży” Eco sprawą nie pierwszorzędną. Jest ledwie kręgosłupem fabularnym, wokół którego wije się istota – labirynt nieogarnionych zdań, prowadzący przez odwieczne tematy świata: Bóg, wiara, ciało, miłość, ciemność, śmiech, śmierć, pycha. A co z „Imieniem róży” Rychcika?

Rzekłbym, że jest to „Imię tektury”. Nie jedynie plastykę mam na myśli, ale też monotonne, deklamatorskie aktorstwo, i także gatunek dźwięków, sunących z głośników. Mówię o wrażeniu, jakie sprawia całość, wszystkie składające się na seans ingrediencje. Wrażenie to ma coś z wrażenia, które pozostawia po sobie film „Historia żółtej ciżemki”, film „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, albo słynni „Krzyżacy”. Każde z tych dzieł kinematograficznych - paradoksalnie dziś zwłaszcza, po cyfrowym udoskonaleniu - pachnie tanią sztucznością, tekturą właśnie, brystolem, dziecięcą wycinanką, odpustem. Gdyby Rychcik znał list Fiodora Dostojewskiego do Warwary Oboleńskiej, w którym autor „Idioty” sugeruje, iż jedyną szansą przeniesienia jego wielkich powieści na scenę jest ich nie przenoszenie w całości, jeno wyłuskanie z nich tylko jednej jedynej sceny i stworzenie z niej osobnej, detalicznej całości – gdyby Rychcik znał ten list i zaufał Dostojewskiemu tak, jak kiedyś Andrzej Wajda zaufał w swojej „Nastazji Filipownej”, być może jego „Imię róży” cechowałaby woń inna? A gdyby – jak bracia Quay w „Ulicy Krokodyli” według Schulza, lub jak Henryk Tomaszewski w pantomimicznym „Hamlecie” – w ogóle odrzucił słowa i przemienił średniowieczną planetę Eco w planetę ciszy, zaludnionej drgnieniami rąk, nóg i twarzy? Czy rytm „Imienia róży” w Teatrze Słowackiego byłby wtedy słabiej nużący, usypiający nie aż tak bezlitośnie i metodycznie? Może. Mam za to pewność, że jest: Kap, kap, kap... kap, kap... kap... Jest, jak będzie w Rzymie, kiedy podejmiesz decyzję skroplenia „Mojżesza”.

Ta marmurowa doskonałość Michała Anioła stoi w rzymskiej bazylice św. Piotra w Okowach. Jedziesz więc do wiecznego miasta i czekasz na deszcz. Nie musi być wielki, nie. Mały nawet lepszy. Mżawka najlepsza. Jest? Jest! Ruszasz wtedy z tragarzami do św. Piotra w Okowach. Przybywacie, ostrożnie wynosicie „Mojżesza” i ustawiacie na środku placu przed bazyliką. Patrzysz w niebo. Nie przestanie prędko? Nie. To świetnie. Do wielkiego palca prawej stopy marmurowego kolosa, siedzącego z kamienną tablicą pod pachą, przywiązujesz mały lejek, pod którym ustawiasz plastikowy kubek. I to już wszystko. Pozostaje ci tylko czekać spokojnie. Mżawka i czas cudnie współgrają – gdzieś po trzech minutach z lejka zaczynają monotonnie spadać krople deszczówki. Zaś góra po kwadransie - kubek jest pełny. Niepoliczalna w nim armia dzielnych cząstek H2O wiruje, cząstek, z których każda nosi na sobie nieusuwalne ślady wielkości, po której przed chwilą spłynęła. I dokładnie to – zdanie o wodzie pamiętającej marmur - możesz widzom śmiało napisać w teatralnym programie. Jeśli tylko przyjdzie ci ochota kubek pełen mżawki na scenie wystawić pod tytułem „Mojżesz” oraz z dopiskiem „Seans według rzeźby Michała Anioła”.

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak