X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Zapalona zapałka

Ostatnia aktualizacja: 12.04.2019 17:31
Od jak dawna dobrze znają tę nieusuwalną ironię, że nawet jakby doszło do premiery i kurtyna poszłaby w górę – widzowie obejrzeliby nie prawdę przeszłości, a tylko i aż iluzję przeszłości?
Anna Polony i Paulina Puślednik
Anna Polony i Paulina PuślednikFoto: Andrzej Głuc

To ciekawe... tych rzeczy jestem pewna... pewna ciemności nocy. Deszczu. Wołań. Wschodu słońca nazajutrz. Tego koloru morza. Dźwięku głosów. Ciszy między głosami.

Marguerite Duras "Savannah Bay"


„A niby kto to weźmie?”, odpowiedziała krucho, patrząc w bok. Na scenie w piwnicach aktorskiego klubu „Loża” w Krakowie skończyła się opowieść „Savannah Bay”, przez Marguerite Duras ułożona godzinna gra słów i pamięci, tocząca się w pustce. Ktoś rzekł gromko z widowni: „Koniecznie trzeba to zrobić w teatrze!”, i wtedy Madeleine, która na powrót była Anną Polony, nikomu nie patrząc w oczy, bardziej do siebie niż do świata rzekła głosem słabym jak babka z piasku: „A niby kto to weźmie?... Co?... Który teatr chciałby wystawić dziś opowieść tak niedzisiejszą?... No, który?...”

Rzeczywiście. Na przykład – pustka. Kto zechciałby dać odpocząć scenografom, co ciągle nawiedzani są wizjami? Na ten przykład, pierwszy z brzegu i jeden z miliona – przecież dziś sterczy na scenie, pół widoku zasłaniając, monstrualne drzewo, z którego gałęzi nie liście, a ludzkie dłonie wyrastają, dlatego od dwóch tygodni pół miasta zachodzi w głowę namiętnie, o co właściwie chodzi, oraz dlaczego dla równowagi nie wyrastają, przynajmniej z niższych konarów, także nogi ludzkie, niechby i w skarpetkach. Któż zechciałby zrezygnować z takich drzew oraz innych, podobnie inspirujących miasto znaków scenicznych? Kto zdobyłby się na samą tylko pustkę?

Nie jest ona doskonała. W didaskaliach Duras, przeznaczonych dla sceny wielkiej, jest kilka kształtów, owszem - lecz z tyłu, gdzieś daleko. „Tak więc dekoracja do Savannah Bay jest oddzielona od Savannah Bay, którego nie zamieszkują już kobiety z Savannah Bay, lecz pozostawiły samemu sobie”, maluje Duras krajobraz sceniczny. Kształty które są, nie niwelują gigantycznej pustki, one ją uwyraźniają. Dwie istoty na jej dnie – Madeleine i Młoda Kobieta – są dzięki temu jeszcze mniejsze, bardziej zgubione, samotne dotkliwiej. I w pustce wyostrzonej kilkoma kształtami - jeszcze potężniej, a może raczej bezwzględniej niż w pustce doskonałej, brzmi dobiegający z ciemności song Edith Piaf „Les mots d’amour”, a zwłaszcza legendarne adagio Franciszka Schuberta, ten jego dźwiękowy kondukt. Na scenie w „Loży” – tylko stolik, dwie szklanki z wodą i na kanapie za stolikiem dwie istoty. Anna Polony jako Madeleine, pani o białych włosach, w bordowej sukni, z kremowym, jedwabnym szalem na ramieniu. I Paulina Puślednik – Młoda Kobieta w sukni koloru rozcieńczonego atramentu. Skąd przyszły? Dokąd zmierzają? Z jaką do załatwienia sprawą przybyły? Polkami są? Niemkami? Może to Australijki? A gdzie konkretnie tkwi kanapa? W Polsce dzisiejszej, otoczona palącymi nadwiślańskimi aktualnościami, problemami do rozwikłania?... I tak dalej, i dalej, i jeszcze hen daleko. Ambitne pytania można mnożyć, lecz Józef Opalski, co tę w „Loży” godzinę wyreżyserował i sam czytał didaskalia, najwyraźniej zaufał Denisowi Diderotowi, który w prologu „Kubusia Fatalisty i jego pana” bezlitośnie pyta czytelników: A po cóż wam to wiedzieć, skąd idą, dokąd i po co? Da się to inaczej wyrazić. Czy nie wystarczy wam, że są tutaj, przed wami: Kubuś i jego pan? Bądź też, co w ostatecznym rachunku jest obojętne: Madaleine i Młoda Kobieta?

Wystawiając „Savannah Bay” dziś, w epoce maniakalnie ambitnych pytań o aktualną tożsamość wszelkiej iluzji - który z teatrów zechciałby zrezygnować z histerycznego szukania odpowiedzi na maniakalnie ambitne pytania? Który reżyser zaufałby staremu Diderotowi? A jeśli nie jemu, to przynajmniej wyznaniu Duras: „Historia mojego życia nie istnieje. Nie ma środka. Nie ma drogi ani linii. Są rozległe przestrzenie, na których wszyscy domyślali się czyjejś obecności, ale to nieprawda, nikogo tam nie było”? No, który?

U Opalskiego, jak u Duras, Madeleine i Młoda nie są zszyte z żadnym strzępem żadnej z licznych teraźniejszości świata. Nikogo w nich nie ma – nikogo z dziś. Pustka sceny nie reprezentuje żadnej pustki spoza sceny, jest jedynie sobą - pustką sceny, i tylko tu i teraz trwa, przez godzinę zupełnie niepodobną do innych godzin, kiedy dwie aktorki jako dwie istoty gubią się fantastycznie w labiryntowych dialogach „Savannah Bay”. U Duras, więc i u Opalskiego, Madeleine i Młoda mają tylko przeszłość i pamięć bezradną. Mają przeszłość i jeszcze tylko słowa, zdania, którymi – całkiem jak ociężałym pociągiem – chcą wrócić do czasu przeszłego, dokonanego, choć przecież wiedzą, że powrót jest niemożliwy, gdyż słów nie stać na prawdę, a jedynie na kolejny seans iluzji. Grają więc. Grają, mówiąc z sobą o... O czym właściwie? Grubą niedelikatnością byłoby streszczanie „Savannah Bay”. Poza tym – tego nie da się zrobić. Jakaś biała skała w odległym kiedyś... Tamto morze... Jakaś ciemna miłość... Jakaś nagła śmierć... Tamten ból... Tamten nie do zdławienia smak utraty... Tamta daleka bezradność... To i mrowie innych starych kłaczków w głowie, mrowie rozsypanych w nieuchronnie dziurawej pamięci strzępów niegdysiejszego krajobrazu. Z tego nieważkiego rumowiska nie da się już ulepić żadnej całości, można tylko grać, że się lepi. Grają więc, Madeleine i Młoda, albo Polony i Puślednik, to obojętne. Z niepowtarzalną delikatnością powtarzają stary koncept Hamleta – pułapkę na myszy, teatr w teatrze. Z przemilczeń, niedopowiedzeń, zdań urwanych, słów Piaf i dźwięków Schuberta – tkają coś na podobieństwo generalnej próby spektaklu, który nigdy nie będzie miał premiery, więc nigdy nikt nie zobaczy, jak było naprawdę. Który już raz tkają pułapkę? Od jak dawna dobrze znają tę nieusuwalną ironię, że nawet jakby doszło do premiery i kurtyna poszłaby w górę – widzowie obejrzeliby nie prawdę przeszłości, a tylko i aż iluzję przeszłości? Dla Madeleine i Młodej jest to iluzja słów, zdań, z których niekiedy, jak się ma szczęście, sunie dziwne światło. I to jest sedno „Savannah Bay”. W godzinie Opalskiego, co ją Polony i Puślenik tak doskonale, delikatnie wypełniły spojrzeniami, gestami i wszystkimi odcieniami dwóch głosów - Madeleine i Młoda miały chwile właśnie takiego szczęścia. Więc i my też. Który teatr zachciałby dziś poprzestać na świetle słów, odsuwając za kulisy, albo jeszcze dalej, koturnowe idee, analizy bombastyczne i inne takie spiże mentalne?

W „Burzy” Szekspira Prospero, opowiadając Mirandzie dawne zdarzenia, nazywa przeszłość „czarnymi plecami czasu”. Swą pułapkę ma myszy Madeleine i Młoda odgrywają na dnie tej właśnie czerni. Szukając reguły opowieści naprawdę dotkliwych, Javier Marias mówi o czymś na podobieństwo przebłysków, dziwnych ukłuć, czynionych przez dyskretny blask niektórych akapitów, stronic, rozdziałów. Po czym dodaje te zdania pamiętne.

„Używam tu słów wiążących się ze światłem, ponieważ czasami, to chyba powiedział Faulkner, zapalenie zapałki w środku nocy na środku pola nie pozwala wcale zobaczyć czegokolwiek wyraźnie, ale wyraźniej widać ciemność, która cię otacza. Literatura robi to częściej niż cokolwiek innego. Nie do końca oświetla rzeczy, ale podobnie jak zapałka, pozwala ci zobaczyć, jak bardzo jest ciemno”.

Kogo dziś w teatrze interesuje teatr pozwalający dostrzec, jak bardzo jest ciemno? Anna Polony zna odpowiedź. Dlatego po godzinie, kiedy pierwszy i ostatni raz była zagubioną w swej pamięci Madeleine - długo patrzyła gdzieś w bok.   

 

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak