Jerzy Kos: do dziś czuję się obserwowany

Ostatnia aktualizacja: 10.03.2012 20:09
- Z jednym z Włochów, który wraz ze mną był przetrzymywany przez terrorystów w Iraku, do dziś przesyłamy sobie życzenia w rocznicę naszego wyzwolenia - głosem wciąż pełnym emocji o porwaniu z 2004 roku opowiadał w Trójce Jerzy Kos.
Audio
Jerzy Kos
Jerzy Kos Foto: Fot.: PR/W. Dorosz

W 2004 roku Polską wstrząsnęła informacja o porwaniu wrocławskiego inżyniera Jerzego Kosa przez terrorystów.

- Byłem odpowiedzialny za realizację podpisanego wcześniej kontaktu na budowę osiedla mieszkaniowego w Bagdadzie. Już po wyjściu z lotniska zobaczyliśmy, że sytuacja jest zła, nie mogliśmy się otwarcie poruszać. Gdy w pobliżu nas wybuchł samochód pułapka, po raz pierwszy pomyślałem "po co ja tu w ogóle przyjechałem" - wyznał w rozmowie z Michałem Olszańskim

Po kilku dniach, strzeżona willa, w której mieszkał i pracował wraz z drugim Polakiem, została zaatakowana. - Tego popołudnia nie było prądu, więc po kolejnym spotkaniu 
biznesowym usiedliśmy w fotelach, żeby odpocząć. Z drzemki wyrwały mnie krzyki, szarpanina i ciosy. Zobaczyłem 8 czy 9 terrorystów. Byłem przerażony i zdziwiony, że stało się to, czego - mimo ostrzeżeń rodziny i przyjaciół - nie przyjmowałem do wiadomości - wspomina wydarzenia z 1 czerwca 2004 roku.

Związany, wywieziony z miasta, przetrzymywany w szopie, był przez terrorystów podejrzewany o współpracę z CIA. - Kiedy pokazałem im mój kontrakt, który udowadniał, że jestem polskim inżynierem stwiedzili, że to tylko podkładka i krzyczeli, że w Iraku nie potrzebują międzynarodowej pomocy chcą tylko, by nasze wojska opuściły ich kraj - opowiada i dodaje, że z perspektywy czasu ten właśnie argument polityczny wydaje się najbardziej prawdopodobnym motywem porwania.

Po pierwszej dobie przeniesiono go do pomieszczenia, w którym przebywali porwani wcześniej trzej Włosi. Zakładników wielokrotnie przewożono z miejsca na miejsce co uniemożliwiało im jakiekolwiek próby ucieczki. - Mogliśmy tylko leżeć związani na podłodze, każdą zmanę pozycji trzeba było wcześniej sygnalizować, gdyż reagowali agresywnie na nasze ruchy, dopiero na wielokrotne prośby zgadzali się w nocy wyprowadzić nas dla załatwienia potrzeb fizjologicznych, wody i jedzenia było niewiele.

Polak wspomina, że w każdej chwili spodziewali się, iż mogą być rozstrzalni. - Miałem świadomość, że tych Włoch świat bezskutecznie szuka od miesiąca, nie ma więc co liczyć na ratunek. Beznadziejność sytuacji potwierdził jeden z pilnujących nas Arabów, który powiedział, że jego zadaniem jest sfilmowanie naszej śmierci, ale chwilowo ma zepsutą kamerę - podaje wstrząsające szczegóły.

Pewnej nocy ten właśnie strażnik poprosił o drobiazi, które pozwolą zidentyfikować porwanych oraz zrobił sobie z każdym z nich zdjęcie. - Jak mówił, miały posłużyć do porównania jak wyglądaliśmy przed śmiercią i po śmierci - opowiada Jerzy Kos.



Jak wyglądały ostatnie godziny w niewoli oraz akcja oddziału Delta Force, kto pomógł w uwolnieniu zakładników? Czego Jerzy Kos bał się po powrocie do Polski i czy jeszcze kiedykolwiek wróci do Iraku? Wysłuchaj całej audycji "Jerzy Kos w Godzinie prawdy - 9 marca 2012". 

Śledztwo nadal jest prowadzone, ale nie udało się ustalić motywów porwania.

Jerzy Kos urodził się 27 kwietnia 1950 roku. Skończył Politechnikę Poznańską, gdzie zdobył tytuł inżyniera mechanika. Jednak jego kariera zawodowa związana była z budownictwem. W 1980 roku, po raz pierwszy wyjechał do Iraku, gdzie pracował w firmie budującej kanały nawadniające. Spędził tam pięć lat. W 2004 roku jako pracownik wrocławskiej firmy Jedynka, wyjechał do Iraku po raz drugi.

 

Na "Godzinę prawdy" zapraszamy w piątek o godz. 12.05.

(asz)