Aleksandra Klich - "Cały ten Kutz"

Ostatnia aktualizacja: 12.02.2009 16:22
Bujny bohater to marzenie, ale i niebezpieczeństwo dla biografa, który musi nadać formę tej kipieli i ciągle wymacywać grunt. Tu jednak nie ma niebezpieczeństwa. Aleksandra Klich, autorka reportaży, wywiadów i esejów, od dawna pisze o Śląsku.

Małgorzata Szejnert o książce:

Mama Kazimierza Kutza, Anastazja powiedziała kiedyś synowi: ciebie nie zniszczy bomba atomowa tylko jakaś kobieta. I oto - kobieta napisała książkę o Kutzu. Więc?

Aleksandra Klich i Kazimierz Kutz. Z jednej strony reporterka, znana z wrażliwości i rozwagi, z drugiej strony żywioł, bohater, którego rozpiera miłość do życia, zapał twórczy, humor i przekora. Ma w rękawie niewyczerpany zapas opowieści, rzewnych i pikantnych. Sam o sobie mówi, że jest człowiekiem kultury nieszlacheckiej, połączeniem przytomności z naiwnością, oratorem z bożej łaski, kurduplem-korniszonem ze Śląska. Inni dodają, że jest charakteru nieznośnego, ale to geniusz - po jego śląskich filmach każdy Polak chciał być Ślązakiem. 

Bujny bohater to marzenie, ale i niebezpieczeństwo dla biografa, który musi nadać formę tej kipieli i ciągle wymacywać grunt. Tu jednak nie ma niebezpieczeństwa. Aleksandra Klich, autorka świetnych reportaży, wywiadów i esejów, od dawna pisze o śląskich sprawach. Dobrze wiedziała jakie, i jak, zadawać pytania. Cały ten Kutz jest w istocie opowieścią o śląskim rozgoryczeniu, peerelowskich warunkach życia codziennego i artystycznego, o ówczesnych obyczajach, snobizmach i tęsknotach, o poszukiwaniu własnej drogi twórczej i związanych z nim cierpieniach i szczęściu, o trudnościach korzystania ze zdobytej wolności.

 

Towarzyszymy dziecku z czynszówki w Szopienicach, studentowi, który wstydzi się paczek z domu, bo jest w nich łój, smalec i warkocz czosnku, młodemu reżyserowi bawidamkowi, nienawidzącemu Śląska z jego przaśnością i biedą, synowi marnotrawnemu, powracającemu do domowej ojczyzny, którą przecież namiętnie kocha, by przy pracy nad sławnym tryptykiem filmowym „wyrzygać ten śląski drut kolczasty”, wreszcie senatorowi i posłowi Trzeciej Rzeczpospolitej.  Towarzyszymy jego śląskiej rodzinie, jego przyjaciołom, aktorom, reżyserom, pisarzom, politykom, a każda z tych niezliczonych postaci ma coś ciekawego do powiedzenia, albo przeżywa sytuację godną wielkiej sceny filmowej. Cały ten Kutz to bogata, wieloplanowa, wspaniale udokumentowana i dowcipna książka o Kutzu, Śląsku, Polsce.

Tak więc proroctwo Anastazji nie spełniło się do tej pory, także wobec kobiety Aleksandry Klich. Z jej reporterskiej książki wyłania się Kutz niezniszczalny. Można tylko gratulować obojgu – autorce, która wybrała takiego bohatera i bohaterowi, który wybrał taką autorkę.

Fragment książki:      

Filmy od świtu do nocy. A potem flaszka dla kabiniarza, który
obsługuje projektor, i ciąg dalszy.
Chaplin – wstrząs! „Czyli był ktoś w kinie, kto potrafi ł opowiadać
o takich jak te bidoki z Szopienic? O wyalienowanych, samotnych,
z dołów? Takich jak ja?” – myślał Kutz.
Po latach powie, że oglądając Gorączkę złota czy Brzdąca, nauczył
się łączyć „wielką tragedię z wielką komedią”. Że utożsamił się
z Chaplinem i bezczelnie postanowił mu dorównać. I że Zbigniew
Zamachowski z Zawróconego to bohater wprost z Chaplin a. Łączenie
groteski ze wzniosłością i tragizmem – też z niego.
Chłonie obrazy Eisensteina : Iwana Groźnego, Pancernika Potiomkina.
Imponujące rozmachem epickie wizje Rosjanina przełoży
kilkanaście lat później na swoje śląskie filmy.
Wiele się też nauczy od Roberta Bresson a, który „na centymetrze
kwadratowym stołu potrafi ł odtańczyć cały spektakl”. Przede
wszystkim precyzji i rygoryzmu. Wierności sobie na przekór wszystkim
i wszystkiemu.
Chaplin to behawiorysta, Eisenstein – pracuje w makroskali,
Bresson – w mikroskali. Od tych trzech reżyserów nauczył się najwięcej,
później będzie się uczył przypadkowo, dziś już nie chodzi
do kina. – Po co? – pyta.
W 1996 roku powie: „Jak się jest piekarzem, to się piecze własny
chleb. Trudno mi się już czymś zachwycać. Mam dzieci. Kiedy
dostaję zaproszenie, zastanawiam się zawsze, czy to, co zobaczę
na ekranie, będzie ciekawsze od tego, co mnie spotka w domu”.
Na zachowanych zdjęciach z tamtego czasu jest poważny, zamyślony,
trochę smutny. Dobrze ubrany – kapelusz, płaszcz. Jakby
dojrzalszy od rówieśników w żółtych szalikach.
Janusz Morgenstern pamięta, że Kutz w każdy niedzielny ranek
walczył z kolegami z pokoju, którzy próbowali zmusić go do pójścia
na mszę. I że te walki budziły go rano. Kutz potwierdza: – Najbardziej
walczyłem z Tadeuszem Chmielewski m. On mnie zmuszał
do modlitw, a ja krzyczałem: „Spieprzaj z tym swoim papieżem”.
Nawet pluł na moje łóżko!
Chmielewski łagodnieje, gdy Kazik przenosi się do sąsiedniego
pokoju, do Morgensterna . Wreszcie mogli się wysypiać, niedręczeni,
do południa.
Do domu w Szopienicach przyjeżdża zaledwie dwa razy w roku.
Szlifuje polski, bo chce się pozbyć śląskiego akcentu.
Ale trudniej pozbyć się kompleksów. Ci z Warszawy dostają
z domu paczki z wędlinami i słodyczami. Jemu matka przysyła kilo
łoju, smalec i warkocz czosnku.
Stać ją na te paczki, bo dwóch pozostałych synów – Henryk
(ślusarz) i Konrad (z ambicjami, by zostać inżynierem) – pracuje
i oddaje matce całe pensje.
– Wiedzieliśmy, że Kazikowi trzeba pomagać. To było normalne
na Śląsku, że jak ktoś się kształci, to potrzebuje pomocy – mówi
Konrad . – Ale matce tak to weszło w krew, że nawet po latach, gdy
Kazik był już dobrze sytuowany, wysyłała mu swoją rentę. On
potem jej przywoził te pieniądze z powrotem. A gdy miał zostać
senatorem, to się martwiła, z czego będzie żył. Nawet jak jej pokazaliśmy
z żoną w gazecie, ile zarabiają senatorowie, to nie wierzyła.
W latach pięćdziesiątych Kucom jest bardzo ciężko. W 1953 roku
rząd wprowadza drastyczną podwyżkę cen, na przykład cena kiełbasy
skacze z dwudziestu sześciu złotych na trzydzieści sześć. Jednak
terror w Polsce jest tak wielki, że nikt nie protestuje. Za chwilę
Stazia będzie musiała pójść do pracy. Będzie sprzedawać w kiosku
gazety i co rano szukać choć słowa o synu. Najpierw krótkich notatek,
potem wywiadów, recenzji.
Kazik ukrywa przed kolegami paczki z domu. Wstydzi się smalcu
i czosnku. Obżera się za to wędlinami, które dostaje z domu Staszek
Bareja . – Och, to były fantastyczne kiełbasy! – wspomina Kutz.
Musi być najlepszy i jest… prawie. Po roku prymusem zostaje
Janusz Morgenstern zwany Kubą. Kilka lat starszy od Kazika ma za
sobą wojnę, w trakcie której przebywał w getcie, a potem ukrywał
się przed Niemcami. Kutz, wspominając czasy w filmówce, przyzna,
że byli najlepszymi przyjaciółmi.
Kazik jest drugi.
– Udało się, bo miałem przydatny w zawodzie instynkt wodzowski,
no i mnóstwo przeczytanych książek w sobie – mówi.
Bardzo dobre wyniki w nauce oznaczają natychmiastowy awans:
Kazik i Kuba zostają asystentami. Pensja wynosi sześćset złotych,
kilka razy więcej niż stypendium. Kończy się epoka końskich konserw
z Unry i darmowych koszul ze Związku Młodzieży Polskiej.
Morgenstern asystuje na reżyserii u Bohdziewicza, Kutz u profesor
Dreyer owej na dramaturgii filmowej oraz w katedrze literatury
u Jackiewicza .
(Gdy kilka lat po skończeniu szkoły Kutz nakręci awangardowy
film Nikt nie woła, Jackiewicz go ostro skrytykuje. Reżyser to bardzo
przeżyje. – On, mój profesor, jak mógł mi zrobić takie straszne
świństwo – powie).
Z Morgensternem mieszka w niewielkim, ale wygodnym pokoiku.
To najwyższy standard, zastrzeżony dla asystentów. Jedyny
kłopot – przeciekający dach. Dziurę zasłaniają obrazem Andrzeja
Wajdy – nieco starszego od nich żonatego malarza (akademii nie
skończył). Koledzy mówią o nim z podziwem: chłopak z AK, ma
twarz Baczyński ego. Na obrazie są topole (jak twierdzą jedni) albo
pusty basen kąpielowy (jak upierają się drudzy).