Muzyka

Klezmerska epopeja trwa w najlepsze

Ostatnia aktualizacja: 02.03.2015 15:10
Zespół Kroke ma już 22 lata i wydaje właśnie dziesiąty album – „Ten”. Jest on nieuchronnym podsumowaniem nie jednego, ale wielu etapów, które od swojego debiutu przeszedł ten najlepszy klezmerski zespół w Polsce i jeden z najlepszych na świecie.
Zespół Kroke
Zespół KrokeFoto: kroke.krakow.pl


/

Tomasz Kukurba (altówka, wokal, instrumenty perkusyjne), Jerzy Bawoł (akordeon) i Tomasz Lato (kontrabas) – czyli Kroke, to dumni reprezentanci kultury żydowskiej, środkowoeuropejskiej i polskiego folkloru, wymieszanego z niebagatelna improwizację – połączywszy te idiomy otrzymujemy wciąż świeże danie. Nieustanna mutacja zespołu, wyciąganie wniosków z kolejnych muzycznych impulsów, wyjazdów i przede wszystkim występowania na licznych zagranicznych scenach i udziału z różnymi, czasami muzycznie odległymi partnerami, sprawiło, że zespół jest nie tylko bardzo doświadczony, ale wciąż potrafi urzekać. Wyjątkowo różnorodny stylistycznie „Ten” – to wyśmienity prezent dla wiernych fanów i wabik na nowych, którzy nabywając go mogą nie tylko usłyszeć Kroke w ich najwyższej formie, ale też... zacząć zapoznawanie się z ich poprzednimi albumami. Na koniec dodam, że na krążku usłyszymy też Annę Marię Jopek, która przyszła do „klezmerów” nie tylko z własnym głosem, ale też tekstem.

/

Max Kowalski – kontrabas, Michael Jones - skrzypce, altówka, Aleksander Papierz - saksofon altowy & sopranowy, Stefan Orins – fortepian, Jakub Rutkowski – perkusja – to cały Max Klezmer Band, do tego w utworze „Ajde Jano” śpiewa Agata Siemaszko. Co znalazło się na ich najnowszym krążku „MKB Live” – który powstał na trasie koncertowej na przełomie lipca i sierpnia zeszłego roku? Usłyszymy tu dużo muzyki bałkańskiej, mnóstwo improwizacji, gorących klimatów i rozmiłowania w folklorze środkowoeuropejskim z jego nieodłącznym żydowskim składnikiem. Najnowszy album Max Klezmer Band to ponad 70 minut wspaniałej, mocno jazzującej muzyki, często tradycyjnych utworów, które, pod wpływem przepełnionych niekonwencjonalnymi pomysłami i obdarzonych bogatą wyobraźnią artystów, ukazują nam się w nowym świetle. Przyznam, że imponuje mi odwaga zespołu w podejmowaniu często ryzykownych decyzji. Potrafią oni przekonać do tak podanego folku słuchaczy, którzy na co dzień uznali by zapewne te tradycje za nieatrakcyjne i „staromodne”. Max Klezmer Band, obok Bester Quartet i Kroke to nasze dobro narodowe.

 

„Pewne jest również to, że kontrabas będzie wykorzystany niezgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem” – czytamy o projekcie Jacka Mazurkieiwcza, który wita nas ze zdjęć jadąc jakby nigdy nic na rowerze (bynajmniej nie wyczynowym), pod rękę trzymając swój kontrabas. "3FoNIA - Chosen Poems" (wyd. Multikulti) to muzyka z pogranicza improwizowanej, ambientu, „Pewne jest również to, że kontrabas będzie wykorzystany niezgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem” – czytamy o projekcie Jacka Mazurkieiwcza, który wita nas ze zdjęć jadąc jakby nigdy nic na rowerze (bynajmniej nie wyczynowym), pod rękę trzymając swój kontrabas. "3FoNIA - Chosen Poems" (wyd. Multikulti) to muzyka z pogranicza improwizowanej, ambientu, współczesnej, kameralistyki, a także eksperymentalnej. I to ostatnie określenie chyba w największym stopniu determinuje sposób na wyrażenie swojego ja, poprzez ten niedoceniany w jazzie instrument. Dobrze, każdy miłośnik tego gatunku na pewno wymieni kilka nazwisk basistów, którzy wybili się na liderów, jak choćby najwybitniejszy z nich Charles Mingus – ale zasadniczo, najczęściej jego użytkownik ma za zadanie trzymać rytm i „pomagać” w popisówkach dęciaków lub pianisty. Jacek Mazurkiewicz mówi na swoim krążku stanowcze „nie” takiemu sposobowi myślenia i z pasją pokazuje, jak wiele można „wyciągnąć” z tego instrumentu. A że zna go doskonale – to i przy jego muzyce ciężko się nudzić. Preparacje, loopy, elektronika - "3FoNIA - Chosen Poems" to ponad 40 minut podróż, zapuszczanie się w nieznane rewiry – każdy kolejny kawałek, to jakby odpowiedź na pytanie autora – chcecie jeszcze? Panie Jacku chcemy! Chcemy już niedługo usłyszeć co przygotuje Pan na następny album solo.

Pod wieloma względami najnowsza płyta Leszka Kułakowskiego może rozczarować. Dlateczego krążek wyszedł w wydawnictwie For Tune, które dumnie zapowiadało, że będzie raczej skupiać się na promowaniu młodych sił polskiego jazzu, przede wszystkim realizujących się w awangardzie, uciekających od konwencji, schematów itd? Tym bardziej, że nikt by nawet nie zauważył, jeśliby „Looking Ahead” wyszedł w stajni ECM – tak klimatycznie przypomina tamtejsze produkcje. Jak to się stało, że Kułakowski – świetny pianista i kompozytor – od dłuższego czasu z sukcesami realizujący się w świecie zawieszonym pomiędzy improwizacją a muzyką poważną wrócił do mainstreamowego jazzu? Budowanie większych symfonicznych struktur zarówno w jego przypadku, jak i Krzysztofa Herdzina okazało się ujmujące i przekonujące. „Looking Ahead” to zaś powrót do korzeni – świetny mainstream – pozostawiający wiele miejsca wszystkim sześciu muzykom, występującym na płycie. Jasne, krążek nie zadowoli wszystkich, ale Kołakowski jeszcze raz potwierdza, że nie ma sensu go zaszufladkować, on rozerwie sztywne ramy, które ograniczałyby jego ekspresyjność. współczesnej, kameralistyki, a także eksperymentalnej.

Jeśli krążek Kułakowskiego może dziwić, to co dopiero mówić o wspólnym dziele Wojciecha Myrczka i Pawła Tomaszewskiego i ich albumie „Love Revisited”, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że „wyłamuje się” ze standardowego ujęcia tematu – wokalista – pianista. Wychodzi jednak na to, że For Tune przestaje się trzymać założeń i stawia po prostu na dobrą muzykę. Należy to docenić, bo z jej promocją w naszym kraju jest rzeczywiście problem. Wokalista Wojciech Myrczek, laureat I miejsca i nagrody publiczności na zeszłorocznym Shure Montreux Jazz Competition oraz pianista Paweł Tomaszewski, realizujący się w różnych jazzowych i rozrywkowych projektach, to para, która postawiła na, wydawało by się, już całkowicie nierozwojowy temat interpretowania znanych standardów o tematyce miłosnej. Stąd na krążku znalazły się ograne i lubiane utwory Billa Evansa, Irvinga Gordona, Hoagy’ego Carmichaela, Freddiego Hubbarda czy Milesa Davisa. Panowie tworzą udany duet, potrafią stworzyć miłą, sympatyczną atmosferę, w sam raz na spotkanie w eleganckiej restauracji lub kolację we dwoje przed kominkiem. Ale pomimo starań, nie wychodzą, jak choćby Grzegorz Karnas czy Kurt Elling, poza dobrą przeciętną.

„Maciejewski Variations” – to ponad 70 minut wariacji na motywach twórczości zapomnianego i niesłusznie niedocenianego XX wiecznego kompozytora Romana Maciejewskiego. Świetny pianista i twórca muzyki poważnej co jakiś czas wraca przy okazji przypomnienia jego najwybitniejszego dzieła – Requiem, czy mazurków. Trębacz Maciej Fortuna i pianista Krzysztof Dys nagrali dla Dux płytę, która powinna zainteresować zarówno miłośników klasyki, jak i jazzfanów. Bogactwo środków zastosowanych zarówno przez kompozytora, jak i przez opracowujących jego dzieła jazzmanów bije po uszach. Przyznam, że bardzo doceniam postawę Fortuny, który jest niezwykle pracowitym muzykiem, starającym się nagrywać dużo, ale dbającym też o wysoki poziom rejestrowanej muzyki. A że rzuca się na różne projekty, od mainstreamu, po opracowywanie Pendereckiego, czy współpracę z An On Bast, nie jestem aż tak zdziwiony, że teraz przyszedł czas na Maciejewskiego. Choć wybór właśnie tego kompozytora świadczy o erudycji młodego trębacza. To cieszy, w szczególności, gdy weźmie się pod uwagę, że w tym wieku artyści starają się raczej budować swój image na kontraście i odrzuceniu przeszłości, a nie na próbie jej zrozumienia i przetwarzania. Fortuna i Dys pokazują, że jazzmani nie są skazani na granie jedynie Chopina. Warto sprawdzić, kto może jeszcze z „klasyków” pobudzić serca miłośników improwizacji do szybszego bicia.

Zespół jazzu tradycyjnego South Silesian Brass Band z Rybnika ma już 40 lat! Tak, 40 lat minęło jak jeden dzień! No może trochę dłużej, ale bez względu na to, należy docenić żywotność idei, która pcha tę ekipę do przodu. „Traditional Jazz Session 2” to przede wszytkim optymizm, radość, taniec i zabawa – czyli to, co od samego początku było esencją jazzu. Dziewięcioosobowy zespół daje dużo możliwości, pozwala na urozmaicanie melodii, zmienianie kombinacji, ustawień. To wszystko wpływa na atrakcyjność rybnickiego zespołu, który w tym co robi jest prawdziwym mistrzem. A że wciąż jest zapotrzebowanie na jazz tradycyjny można się przekonać patrząc na kalendarz zespołu, który zjeżdża Polskę wzdłuż i wszerz.

/

Uwaga. Jeśli ktoś myśli, że akordeon czy bandoneon równa się tango, co najwyżej podrasowane jazzem, to w przypadku najnowszego projektu Roberta Kusiołka„Qui Pro Quo” (wyd. Multikulti) bardzo się myli. Artysta ten, obsługujący oba instrumenty, stawia sobie o wiele wyżej poprzeczkę i kieruje wraz ze swoim zespołem myśli słuchaczy w inne rejony. Jakie? Podobnie jak w przypadku poprzedniego krążka, na którym słyszeliśmy grę Perry’ego Robinsona, Christiana Ramonda, Klausa Kugela, tak i teraz muzyka jest niezwykle ciężka do zakwalifikowania. „The Universe” był bardzo kontemplacyjny, dźwięki sunęły po sobie jak chmury na bezwietrznym niebie – teraz mamy więcej odnośników do jazzu (nie ma się co dziwić, w końcu „zatrudnił” znakomitego saksofonistę Pawła Postaremczaka, a on nie ma w zwyczaju stać z założonymi rękami), muzyki awangardowej, a także etnicznej. Kusiołek jest jednak przede wszystkim kameralistą, tworzącym muzykę współczesną, rozumiejącym tradycje muzyki poważnej i potrafiącym czerpać z niej wzory.

Jest się czym chwalić Panie Krzysztofie, jest się czym chwalić. Przed włączeniem krążka „History Of Tomorrow” Krzysztofa Urbańskiego, zajrzałem na jego stronę, a tu, proszę, nie da się nie zauważyć informacji: „w lutym 2012 roku Krzysztof został wyselekcjonowany spośród setek muzyków z całego świata do przesłuchań w Instytucie Thelonious’a Monk - The Thelonious Monk Institute of Jazz w Los Angeles (Kalifornia USA). Komisja, w skład której wchodziły takie osobistości jak: Wayne Shorter, Herbie Hancock, Jimmy Heath, Kenny Burrell była pod ogromnym wrażeniem jego gry i od tamtej pory Thelonious Monk Institute rekomenduje go jako jednego z najlepszych na świecie saksofonistów jazzowych młodego pokolenia.” Do tego dochodzą jeszcze informacje o jego niedawnych zwycięstwach na festiwalach na Tajwanie i w Chicago. Ktoś może jednak spytać, czy te wyróżnienia nie są bynajmniej trochę na wyrost? Może i tak, ale „History Of Tomorrow” naprawdę się broni. Choć początkowo miał grać na alcie, Urbański jeszcze w czasie trwania swojej edukacji muzycznej przerzucił się na tenor – i tak zostało. Wydany przed pięcioma laty krążek Krzysztof Urbanski Quartet, spotkał się z zainteresowanie środowiska muzycznego, a 15 tys. sprzedanych płyt to liczba oszałamiające jak na polskie realia. Nasz zdolny saksofonista, w otoczeniu amerykańskich muzyków, sprawia wrażenie wyluzowanego, pewnego siebie, opanowanego, grającego bez napinania się i zbędnych popisów, klarownie przedstawiającego swoje pomysły. Gra tak, jakby miał trochę więcej lat na karku, lat doświadczeń, muzycznych spotkań i zrealizowanych wyzwań. Urbański należy do wcale niemałego grona zdolnych jazzmanów, którzy stawiają sobie wysokie cele i stopniowo, krok po kroku, dążą do ich osiągnięcia. Nie wiem czy „History Of Tomorrow” sprzeda się tak dobrze, jak pierwszy jego krążek, jestem jednak przekonany, że ten młody saksofonista zrealizuje telent, który dostrzegli w nim spece z Instytutu Monka.

Krakowianin Kuba Płużak ma na swoim koncie występy z m. in. Januszem Muniakiem, Zbigniewem Namysłowskim, Maciejem Sikałą, Stanisławem Soyką i Piotrem Baronem. Pomimo młodego wieku udało mu się zaliczyć nie jedno europejskie tourne. Może to trochę przesada, by już teraz mówić o nim jako o „wielkiej nadziei polskiego jazzu” – ale na pewno pokazał się z dobrej strony przy okazji pierwszej płyty „First Album”. Została ona nagrana w dwóch składach instrumentalnych: w trio (z Maksem Muchą na kontrabasie i Dawidem Fortuną na perkusji) oraz w kwartecie (z udziałem saksofonisty Marka Pospieszalskiego), a chłopaki grali utwory będące wyłącznie autorskimi kompozycjami Płużka, poruszającego się w stylistyce szeroko rozumianego, jazzowego głównego nurtu. Teraz na „Eleven songs” pianista jest trochę odważniejszy, oddycha swobodniej, wychodzi sam, siada za fortepianem i jest gotowy by pokazać na co go stać. Pierwsze przesłuchanie krążka i srebrna płyta ląduje ponownie w odtwarzaczu, jeszcze raz album dobiega końca i ponownie włączam „play”. Polscy pianiści... coś w tym jednak jest, że to oni stanowią o sile naszego jazzu – będę się przy tym stwierdzeniu upierał. Chociaż wśród jedenastu kawałków są zaledwie dwa autorstwa Płużaka – to jednak wybór wśród dzieł innych kompozytorów, a także dopracowanie w zaprezentowaniu spójnej wykładni muzycznej, budzą zainteresowanie. Muzyka rozdarta gdzieś między mainstreamem a filmową, dużo liryzmu i melodyjności. Płużak nie jest eksperymentatorem, on po prostu lubi, gdy fortepian pod jego palcami wydaje miłe dźwięki.

Perkusista Jakub Kinser, trębacz Radek Nowak, gitarzysta Mikołaj Poncyljusz, który jest także liderem zespołu i kompozytorem wszystkich utworów na płycie „Harmony of the Spheres” i kontrabasista Adam Prokopowicz – czy coś Państwu te nazwiska mówią? Nie? A grupa – HoTS? Też nie? No, to mają Państwo problem, bo istnieje wielkie niebezpieczeństwo przeoczenia smakowitego debiutu stołecznego zespołu. Tym bardziej, że jak na razie brakuje choćby próbek do sprawdzenia tego, co też młodzi muzycy umieścili na płytce. Nagrany dla V Records album „Harmony of the Spheres” to, czytamy w jego zapowiedzi „porządek ciał kosmicznych, wytwarzających muzykę, gdy z różną prędkością poruszają się po swych orbitach.” Taaaa, trochę filozofii nie zaszkodzi, ale na szczęście nie jest im ona za bardzo potrzebna, gdyż muzycznie chłopaki się bronią. Nie znajdziemy na krążku co prawda nic, co by nas jakoś szczególnie zaskoczyło, ot, dobry kawałek mainstreamu, ze szczególnie interesującą grą gitarzysty. Ale to wystarczy, by ukontentować słuchacza.

Mieczysław Burski

Zobacz więcej na temat: Jazz recenzja
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Muzyczny hołd dla Jarka Śmietany

Ostatnia aktualizacja: 15.11.2014 16:15
Przez trzydzieści lat rządził i dzielił na naszej jazzowej scenie i był najbardziej rozpoznawalnym w Polsce gitarzystą jazzowym. Poruszający się zawsze w mainstreamie, niezachwianie nawiązujący do tradycji, do wielkich gigantów lat 50 i 60, Jarek Śmietana pozostawał tym, który uczył, fascynował, motywował do ciągłego odszukiwania idiomu blue note.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Studiowanie oberka wzdłuż i wszerz

Ostatnia aktualizacja: 05.01.2015 14:26
Piotr Orzechowski potrafi namieszać. Zapewne w muzyce poważnej jego ksywka – Pianohooligan – budziłaby raczej uśmiech powątpiewania, ale w jazzie młody pianista może sobie pozwolić na większy luz. I korzysta z tej możliwości ile może.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wyjść z cienia Stańki

Ostatnia aktualizacja: 21.02.2015 15:20
Obawiam się, że na trio Marcina Wasilewskiego już zawsze będziemy patrzeć przez pryzmat Tomasza Stańki. Chłopaki robią jednak wszystko, by pokazać, że znaleźli już własny muzyczny język i nie odcinają kuponów.
rozwiń zwiń