REKLAMA

Kto zechce opisać

Ostatnia aktualizacja: 22.08.2020 15:56
Jak na obrazach Arcimbolda stworzone z kwiatów, ryb lub książek istoty człekopodobne – ulepiona ze starych przymiotników i w kapeluszu ze smolistych skrzydeł kobieta tkwi oto nieruchomo w wielu wspomnieniach, leniwie udając Ewę Demarczyk.
Ewa Demarczyk (1964 r.)
Ewa Demarczyk (1964 r.)Foto: PAP/CAF

chciałbym opisać męstwo

nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa

a także niepokój

nie potrząsając szklanką pełną wody

                                                      Zbigniew Herbert


     Gdy szóstego dnia po śmierci Ewy Demarczyk dobrnąłem do 187 Czarnego Anioła – przestałem rachować. Nie było już na czym – liczydło odmówiło współpracy. Wszystkie palce u rąk wykończone, co do jednego - osowiały kikut koloru śliwki. Prosiłem, tłumaczyłem, groziłem – żaden nie drgnął. Do tego lodowata pewność, że 187 to wcale nie koniec, że tym razem rekord padnie niechybnie, w sumie więc - po co liczyć dalej? W telewizyjnych programach, na antenach radiowych, w prasie codziennej i tygodnikach, nad połową krakowskich stolików kawiarnianych, w esejach i notkach, w telefonicznych słuchawkach, w osobistych wspominkach oraz oficjalnych życiorysach, w naprędce lepionych analizach, publicznych westchnieniach, samotnych szeptach, wszędzie, wszędzie i nieuchronnie, od początku, to znaczy od końca, od świtu do nocy, kiedy umarła we śnie – wciąż i wciąż Czarne Anioły. Reakcja na akcję "Ewa Demarczyk", niczym na pstryknięcie zjawiający się podświadomy odruch metaforyczny, zjawiający się nawet wtedy, gdy komuś wzruszenie odbierało mowę. Szlachetne, pokorne milczenie wzruszony wybierał, owszem, lecz nim zamilkł, szeptał jednak: Przepraszam, bardzo przepraszam, lecz teraz nic nie zdołam powiedzieć o Czarnym Aniele… Tak, mniej istotna jest ścisła ich liczba, bardziej – ich nieuchronność.

     Czy dlatego, że śpiewała napisane przez Wiesława Dymnego i przez Zygmunta Koniecznego skomponowane "Czarne anioły"? Czy dlatego, że jej suknie niezmiennie równały się nocy, fortepiany, zawsze dwa, przypominały rzeźby z węgla, a utrzymujące ją w polu widzenia sceniczne światła nigdy nie były papuzim banałem odpustowej jaskrawości, tylko jasnością zmierzchu? A może szło o makijaż jej oczu, o te malowane smołą linie, dawno temu falujące wokół spojrzeń egipskiej księżniczki, której cudem nie pochowano, więc od tysięcy lat widmo jej krąży po świecie, czasem śpiewając żywym o tym, co jest po drugiej stronie, tam, na podszewce rzeczywistości? W sumie – obojętne. Po prostu ktoś kiedyś pierwszy raz nazwał Ewę Demarczyk Czarnym Aniołem – i tak zostało. W jednej, powiedzmy, metaforze zlepił najwyższą górę z najniższym dołem – i przyjął się wytworny zlepek, i został, i trwa mocno, wygodny, poręczny, uspokajający, i wraca, kiedy trzeba, jak wrócił ostatnio.

     Coś złego w tym? Raczej nic. Kiedy coś, co w sensach swoich, znaczeniach, pocieszeniach i naukach, jest niejednoznaczne, wiecznie wymykające się, uporczywie znikliwe, alchemiczne – zawsze wtedy raduje gapiów, słuchaczy, każda jasna szpilka, na amen zatrzymująca ucieczkę. Mieć Ewę Demarczyk na niebiańsko-piekielną metaforę wbitą jak motyle na szpilki w gablocie starego entomologa – to dla zwykłego, a i niezwykłego zjadacza piosenek jest ukojeniem i spokojem świętym. Już wie człek, że okaz znieruchomiały na metaforze nigdy nie umknie, więc rad jest człek, rad jest bardzo, gdyż może bez pośpiechu oglądać okaz z każdej strony, może podziwiać go punkt po punkcie, a zwłaszcza może się pocieszać, że wie, może pięknie się łudzić, iż oto bez reszty zapanował nad alchemią. A kiedy Czarnemu Aniołowi z pomocą przychodzą szpilki zacnych epitetów, zakurzonych jak Czarny Anioł, wyliniałych, spłowiałych i umordowanych byciem na wieloletnich usługach, lecz przecież wciąż użytecznych i niezawodnych – wtedy jest całkowicie cudownie. Genialna Demarczyk! Zjawiskowa! Największa! Niepowtarzalna! Hipnotyczna! Czarodziejska! Nieziemsko piękny głos! Nieskazitelna dykcja! Spojrzenie trafiające wprost w serce! I to jej wielkie aktorstwo!... Powtórzyć trzeba: nic złego nie ma w starych tych, dla każdej piaskownicy dobrych foremkach semantycznych, w językowych koleinach, co się nimi skutecznie i łatwo jeździło tysiące razy. Dzięki tym wiernym narzędziom człek jest bezpieczny. Tak, fakt to nie do przecenienia. Tyle że – przepada gdzieś Demarczyk. Zmienia się w zacny eksponat, zaczyna istnieć sztucznie. Jak na obrazach Arcimbolda stworzone z kwiatów, ryb lub książek istoty człekopodobne – ulepiona ze starych przymiotników i w kapeluszu ze smolistych skrzydeł kobieta tkwi oto nieruchomo w wielu wspomnieniach, leniwie udając Ewę Demarczyk. Może właśnie ta sztuczność istnienia, a nie co innego, skłoniła mnie do przerwania rachunków i przywołania wiersza Zbigniewa Herberta "Chciałbym opisać"?

     Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie/ radość lub smutek/ ale nie tak jak robią to inni/ sięgając po promienie deszczu albo słońca. I podobnie jest ze światłem w środku głowy. Także z męstwem, z niepokojem, z miłością, z tkliwością lub gniewem. Chciałby opisać każdy z tych rzeczowników, każde z tych uczuć, każdą z tych samotnych jakości, lecz bez sięgania po wygodne semantyczne foremki i bezpieczne sztance, bez godzenia się na łatwy ślizg językowymi koleinami, w których nic złego stać nam się nie może. Inaczej mówiąc/ oddam wszystkie przenośnie/ za jeden wyraz/ wyłuskany z piersi jak żebro/ za jedno słowo/ które mieści się/ w granicach mojej skóry. Czy ktoś zechciałby obok śmierci Ewy Demarczyk wysłuchać Herberta i poszukać w sobie dźwięków jedynie własnych, nigdy jeszcze nie wybrzmiałych? Czy zechciałby ktoś opisać Ewę Demarczyk, nie ciągnąc za sobą zakurzonego anioła barwy węgla, a także niepokój jej głosu, nie potrząsając szklanką pełną wody starych przymiotników? Bo czyż ona nie po to śpiewała, aby każdy, kto jej słuchał, w ciszy po śpiewie siebie samego zaczął słuchać naprawdę uważnie? Czy nie po to była na scenie, aby znikać i zostawiać każdego naprzeciwko niepokoju pustej sceny, tajemnicy opuszczonego miejsca, sekretu odchodzenia, zagadki końca?

     Na długo przed tym, jak Ewa Demarczyk zaczęła śpiewać, André Gide często siadał do fortepianu i grywał preludia Fryderyka Chopina. Pewnego wieczoru zapisał pytanie niepokojące i niepokojącą odpowiedź. Preludia - do czego? Co one poprzedzają? Po każdym preludium Bacha następuje fuga, razem tworzą całość. Nie wyobrażam sobie tego wcale, że po preludium Chopina następuje inny utwór w tej samej tonacji. I dalej: Każde z nich jest preludium do medytacji. I w końcu notuje to: Nigdzie Chopin nie okazał się bardziej intymny. Każde z preludiów tworzy szczególną atmosferę i ustawia scenografię uczuć. Nie wszystkie są równie ważne. Niektóre są urocze, inne straszne. Nie ma wśród nich obojętnych.

     Cóż po Ewie Demarczyk, cóż po jej "preludiach" nigdy obojętnych, skoro ktokolwiek, choćby ty, w ustawionej przez Demarczyk w twej głowie scenografii niepokojów - nie masz sobie nic, zupełnie nic nowego o sobie do powiedzenia? Po co śpiewała, jeśli słuchałeś, lecz dalej jesteś taki, jakby nie śpiewała? Po co była, skoro ciebie dalej spokojnie nie ma?

Paweł Głowacki

Zobacz więcej na temat: Paweł Głowacki Ewa Demarczyk