REKLAMA

Egipski pierścionek

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2022 12:40
To wcale nie znaczy – rzekła - iż chłopiec się utopi, ale że nie powinien jeść słodyczy! Miała rację. Landrynka na amen uwięzła w gardle. Zawsze, gdy wracam do tej lekcji niejednoznaczności, wracam też do Treli i myślę, że tak naprawdę Frau Frida jest Melpomeną.
Jerzy Trela
Jerzy TrelaFoto: Grzegorz Śledź/PR2

Sen, autor przedstawień,

W swym wietrznym teatrze

Cienie zwykł odziewać w piękne kontury.

Luis de Góngora

 

Był wieloma. To naturalne. Aktorem jest się przecież także dla radości ciągłych przeistoczeń „Ja” w „On”. Swego głosu, twarzy i gestów przez długie, długie lata naturalnie więc użyczał Jerzy Trela zjawom z tysiąca napisanych snów. Z siebie i cudzych zdań tworzył niepowtarzalne hybrydy sceniczne. Był każdym, którym nie był, a po ostatniej kurtynie wracał. Na krótko, ale wracał. I wciąż jest właśnie tak. Bywa wieloma. Od zawsze bywa wieloma, lecz dopiero w Bobowej niedaleko Gorlic stało się jasne, że na dnie każdego z tysiąca scenicznych wcieleń Treli majaczy zjawa jeszcze jedna i zawsze ta sama. Frau Frida - postać z opowiadania Gabriela Garcii Marqueza. Pytana o profesję, o umiejętności, odpowiadała najzwyczajniej pod słońcem, lecz w istocie też tak, jakby chodziło nie o pracę, a o los, przeznaczenie, wyroki Parek, ostateczność. „Śnię na zamówienie”. Tak mówiła, a Marquez zrobił z tych słów tytuł. Nikt, nawet narrator, nie wiedział, jak nazywała się naprawdę. Wszyscy rozmawiali o niej, używając germańskiego łamańca, ulepionego przez latynoskich studentów w Wiedniu. Frau Frida. Kolumbijska emigrantka o urodzie ponoć kłopotliwej, ale za to ze wspaniałym biustem sopranistki. Śniła, aby ocalić świat od śmierci w morzu prostolinijnych banałów. Śniła i przyszłość przepowiadała ze snów, lecz jedynie ze snów opowiadanych na czczo, przed śniadaniem. Na zamówienie śniła za cierpiących na bezsenność, za tych, którzy nie umieli śnić albo śnić się bali, panicznie lękając się bezdennej samotności snów. Nigdy, przenigdy nie ściągała ze wskazującego palca prawej dłoni złotego pierścionka w kształcie węża o oczach ze szmaragdów. Ta jej dłoń pewnie przywodziła na myśl dłoń aktorki, gotowej oto do wejścia na scenę, aby ucieleśnić widmo egipskiej królowej z epoki wznoszenia piramid. Marquez stworzył ją w roku 1980, a 33 lata później, 17 września roku 2013, punkt 20.00 otworzyły się wrota przycmentarnego kościoła Św. Zofii w Bobowej i z wilgotnego zmierzchu wszedł do wnętrza – Trela. Zatrzymał się w pół drogi do ołtarza, zamroził wzrok na punkcie chyba nie całkiem z tamtej przestrzeni ani z tamtej teraźniejszości, i powiedział wolno, bardzo wolno: Idę z daleka, nie wiem, z raju czyli z piekła./ Błyskawic gradem/ drży ziemia, z której pochodzę,/ we krwi brodzę,/ nazywam się Konradem. Rozpoczął śnienie.

Przez godzinę z okładem znów śnił na głos siedem starych snów. Który to już raz? Który raz wracał do wyreżyserowanych przez Konrada Swinarskiego „Dziadów” Adama Mickiewicza i „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego? A do jednego monologu z „Dziadów” Jerzego Grzegorzewskiego? Który raz? Do tego jeszcze ciemność słów Samuela z „Sędziów” Wyspiańskiego - Grzegorzewskiego, jeszcze wiersz, który jest niczym gigantyczna inscenizacja – „Fortepian Chopina” Cypriana Kamila Norwida. Siedem wielkich monologów na dnie kamiennego kościoła z drugiej połowy XV wieku. Dobre miejsce dla pamięci, wytrwałe, cierpliwe. Konrad więc na początek, a potem: Konrad, Adolf, Samuel, Cyprian, Konrad, Konrad. Nie wchodźmy w szczegóły. Siedem, tyle niech starczy. Siedem widm, siedem istnień tych samych, istnień znów - jak kiedyś, na początku - brzęczących tembrem Treli, znów z jego twarzą, znów z jego niespiesznymi gestami. Który to już raz Trela i one? Które przypomnienie to było? Który Treli powrót do przeszłości? I po ilu latach od premier? Siedem ucieleśnień siedmiu widm, a na dnie każdego majaczyła - Frau Frida, zjawa zrobiona ze słów Marqueza. Frau Frida lub choćby jedynie miękki kształt samego wskazującego palca jej prawej dłoni, błyskającego złotym egipskim pierścionkiem w kształcie węża o oczach ze szmaragdów.

Siedem starych snów śnił Trela na głos – za nas. Za nas powtarzał siedem lekcji soliloquium, sędziwej formy borykania się z ciszą nieludzką, gdyż bez dna. W kamiennym kościele w Bobowej było tamtego wieczoru tak, jak zawsze, gdy Trela gra, mówi, przez godzinę lub dwie jest kimś innym, śni na jawie. Zawsze wtedy oddalamy się niespiesznie, na nie do przebycia odległość oddalamy się czarodziejsko widz od widza. I nikt dla nikogo nie jest już na wyciągnięcie ręki, na rzut okiem. Aby pocieszyć się, poczuć, że nie jest sam - nikt nie może się łudzić, że złowi szmer oddechu obok. Identycznie w Bobowej. Na ławach, ustawionych wzdłuż wąskiej ścieżki od wrót do ołtarza, ciasno było diabelnie - a od wstępnych taktów pierwszego snu Treli każdy z nas odpływał w sobie tylko przeznaczonym kierunku, nie ruszając się z miejsca. Jeszcze pożegnalne spojrzenia na siebie, jeszcze lękliwe uśmiechy, dyskretnie nad kolano uniesiona ręka, małe westchnienie, a później już jedynie bezpowrotnie otwierające się przepaście. Każdy zostawał doskonale sam, wsłuchując się w krążący wokół jego głowy sen, jeden… trzeci… wreszcie siódmy, co był modlitwą Konrada o powrót dźwięków, zapachów, kolorów, ciepła przeszłości.

Teraz, na osiemdziesiąte urodziny Jerzego Treli, na jubileusz sześćdziesięciolecia snucia przezeń snów na głos, przypomina się fenomen tamtej godziny w kościele św. Zofii. I wracają jeszcze nieuchronne myśli Adolfa Rudnickiego o samotności teatralnej, słowa nieuchronne, bo oczywiste. W „Niebieskich kartkach” wyznał: Zdania, które padają ze sceny, kierowane są do wszystkich, ale każdy z widzów wszedł innymi drzwiami. I każdy pozostaje w innym miejscu i widzi co innego. A po chwili dopisał: Nie wiemy nic, co się dokonuje w człowieku, który siedzi obok nas, czy nagle jakaś błaha fraza nie wznosi go na zawrotną wysokość, przeznaczoną dla niego jednego, dostępną tylko dla niego, pod niebo, skąd ogarnia nieznane lądy. Aktorstwo naprawdę wielkie – zatem i teatr wielki – jest tak naprawdę delikatną sztuką zwracania widzowi, każdemu widzowi z osobna, jego samego z całą, wielką bezradnością, której na żadnego innego widza nie da się przenieść. I wtedy mówienie o takim aktorstwie koturnowymi przymiotnikami typu „Wielkie” – nie jest konieczne. Jest niezręczne, krepujące, tandetnie żurnalistyczne. Genialny tragik? Wielki? Jeden z Największych w wieku XX i początku XXI w Polsce? Niepowtarzalny? Wspaniały? Niezapomniany? Aktor-Legenda? Kto dziś wyśpiewa te o sztuce Treli słoniowe epitety zachwytu bezdyskusyjnie słusznego – właściwie co ogłosi? Odpowiem pytaniem. W jakim miejscu przebywa Trela? Gdzie jest naprawdę?

Trwa sobie na wyspie teatralnej, dziś już prawie bezludnej, wyspie aktorów, co posiedli umiejętność zmieniania każdego widza z osobna w bohatera najświetniejszych monologów Samuela Becketta, którym pozostało już tylko milcząco kulić się pośród napierających snów. W Bobowej, przy mówiącym Treli, ktoś był przez godzinę Krappem wsłuchanym w swój głos z przeszłości. Ktoś marniał niczym Willie pod bezlitosnym szczebiotaniem zapadającej się w ziemi Winnie. Ktoś zamknął oczy jak starzec we „Wtedy gdy”, który słuchał krążącej wokół głowy bajki o czasie dawno temu dokonanym. Ktoś pochylał się i odchylał, wsłuchując się w głos Treli, niczym w „Kołysance” kolebiąca się w bujanym fotelu Kobieta w dochodzącą z ciemności własną jej opowieść o dniu przeszłym bądź przyszłym, kiedy trzeba było lub trzeba będzie opuścić wszystko. Ktoś następny siedział niby zamarła w „Impromptu Ohio” postać, łowiąca słowa, przez przybysza takiego samego jak ona odczytywane z księgi opowiadającej los, aż wreszcie usłyszała frazy ostatnie, tak niepokojąco pasujące do modlitwy z „Wyzwolenia”, którą Trela kończył głośne śnienie siedmiu starych snów. Więc gdy smutna opowieść opowiedziana została po raz ostatni, dalej obaj siedzieli jak obróceni w kamień. I później: Nic już nie zostało do opowiedzenia. I jeszcze to samo, aby nie zapomnieć: Nic już nie zostało do opowiedzenia.

A ktoś jeszcze inny - może usłyszał lekcję niejednoznaczności, jakiej udzieliła światu Frau Frida? Wyśniła u Marqueza, że chłopca porwie potok. Nieuleczalnie prostolinijna matka zakazała synowi kąpieli w górskim strumieniu, na co śniącej na zamówienie opadły ręce. To wcale nie znaczy – rzekła - iż chłopiec się utopi, ale że nie powinien jeść słodyczy! Miała rację. Landrynka na amen uwięzła w gardle. Zawsze, gdy wracam do tej lekcji niejednoznaczności, wracam też do Treli i myślę, że tak naprawdę Frau Frida jest Melpomeną.


Paweł Głowacki