Dwie dekady po śmierci Jamesa Yanceya, znanego całemu światu jako J Dilla, jego muzyka wciąż żyje i redefiniuje współczesny hip-hop. Najlepszym tego dowodem jest najnowszy album Busta Rhymesa "The Legends 2", w całości oparty na niepublikowanych podkładach producenta z Detroit. O fenomenie jego archiwów, specyfice pracy w studiu oraz etyce wydań pośmiertnych opowiedział w Czwórce dziennikarz muzyczny i pasjonat kultury hip-hopowej Filip Kalinowski.
Posłuchaj audycji "Chłopaki z sąsiedztwa" z Filipem Kalinowskim
300 bitów z archiwum i unikatowy Busta Rhymes
Busta Rhymes to postać osobna na rapowej scenie, ze względu na swoją ekspresję, nawijkę i przyspieszenia niemal nikt w historii nie próbował go kopiować. Na bitach Dilli brzmi jednak zupełnie inaczej niż w swoich mainstreamowych hitach.
- Busta to raper z porządku komiksowych superbohaterów, posiadający niesamowite moce liryczne. Jednak na bitach Dilli prezentuje zupełnie inne flow. Dilla tłukł w bity z czystej miłości do diggingu i wycinania tych kilku sekund sampla z winyla. Skoro sam Busta, który nie był nawet jego najbliższym współpracownikiem, miał dostęp do 300 podkładów, to ludzie ze Slum Village czy Guilty Simpson muszą mieć w swoich archiwach tysiące takich szkiców - zauważył Filip Kalinowski.
Płyty zza grobu
Wydawanie muzyki nieżyjących twórców rodzi fundamentalne pytania o intencje artystyczne. Rap jako dyscyplina opiera się na ciągłym treningu i nagłości, artyści tworzą masowo, a duża część materiału z założenia miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
- Rap leży na dziwnym przecięciu sportu i sztuki. Wielu twórców po prostu odpracowuje szychtę w studiu, nagrywając po kilka numerów dziennie, z których większość to odpady. Lil Wayne potrafił zapisać całe zeszyty, po czym wykreślał 90 procent wersów i zostawiał tylko pojedyncze linijki. W pośmiertnych wydaniach interesuje mnie przede wszystkim to, co finalnie wychodzi z głośnika. Znacznie lepiej broni się pomysł, gdy raper bierze szczątkowy bit zmarłego producenta i buduje na nim coś nowego, niż gdy producenci na siłę doklejają nową muzykę do słabych, wygrzebanych z szuflady wokali - ocenił dziennikarz.
Zobacz także:
Światowy fenomen J Dilli wyróżnia się na tle całej historii muzyki rozrywkowej. Co roku luty na całym świecie staje się przestrzenią koncertów i wydarzeń w ramach Dilla Day oraz Dilla Month.
- W rapie nie ma drugiego artysty, któremu rok w rok poświęcano by cały dzień lub miesiąc z koncertami i reinterpretacjami na całym świecie. Nawet Tupac, tak szalenie ważny dla polskiego hip-hopu w latach 90., nie doczekał się u nas takich hołdów. W Polsce kult Dilli jest potężny. Od producenta Metro z Brzegu, który dedykuje mu całe albumy, przez pionierskie projekty wrocławskiego EABS, aż po zespół Błoto, który regularnie gra koncerty w ramach cyklu "We Remember Dilla" To piętno odciśnięte na całym środowisku muzycznym - ocenił Filip Kalinowski.
***
Tytuł audycji: "Chłopaki z sąsiedztwa"
Prowadzi: Adam Smolarek
Gość: Filip Kalinowski (dziennikarz muzyczny)
Data emisji: 25.08.2026
Godzina: 19.02
ak