„Na zdjęciu ojciec trzyma mnie na rękach, a matka moją siostrę – fotografia została zrobiona na samym początku tworzenia się naszej rodziny. Później, po nas, urodziło się jeszcze dwóch synów, a ja wstąpiłem do klasztoru.
To zdjęcie jest dla mnie bardzo cenne: kryje się za nim wiele historii. Najważniejsze jednak, że na tej fotografii miałem półtora roku.
Mój ojciec był sierotą w czasie ludobójstwa Ormian. W tamtym okresie, wstępując do zgromadzenia salezjanów, został wysłany do Włoch, gdzie dorastał, studiował i przygotowywał się do kapłaństwa.
Pewien misjonarz poinformował go, że na pograniczu Turcji i Syrii jest ktoś, kto może być członkiem jego rodziny. Ojciec pojechał tam i odkrył, że to jego rodzony brat. Ten brat nie zgodził się, by kontynuował formację kapłańską i nalegał, by założył rodzinę.
Wtedy ojcu przedstawiono sierotę, która ocalała z ludobójstwa jedynie wraz z matką. Zawarli małżeństwo pod warunkiem, że ich pierwsze dziecko – niezależnie od tego, czy będzie chłopcem czy dziewczynką – zostanie poświęcone służbie Bogu. Ojciec postawił sprawę jasno: „Jeśli to przyjmiesz, pobierzemy się; jeśli nie – każde z nas pójdzie swoją drogą”.
Tak się stało, że w wieku dziewięciu lat wstąpiłem do klasztoru, a osiemnaście lat później zostałem wyświęcony na wardapeta (mnicha-kapłana).
Mój ojciec był blisko związany z kilkoma duchownymi. Dwaj z nich są dziś na drodze do kanonizacji: kardynał Agadżanian i arcybiskup Zohrabian. Zachowałem część korespondencji, którą ojciec do nich wysyłał i od nich otrzymywał. W tych listach wraca jeden temat: jego pragnienie, by syn został świętym kapłanem.
Ja świętym nigdy nie byłem, ale ojciec chciał, żebym przynajmniej szukał tej drogi. Pisał do nich i prosił o modlitwę, abym doszedł do świętego kapłaństwa.
Czasem czytam te listy i próbuję zrozumieć jego emocje: czego ode mnie oczekiwał – i jak wyglądało to w zderzeniu z moją ludzką słabością. I wciąż staram się iść tą drogą, którą on pragnął dla mnie.
ordynariat.ormianie.pl