X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Cały kogut

Ostatnia aktualizacja: 05.05.2017 17:33
Leonard Bernstein dyrygował kiedyś Wiedeńskimi Filharmonikami, grali 4 część Symfonii nr 88, G – dur, Josepha Haydna. Możliwe, że Bernstein miał wtedy lat z grubsza tyle, co pułkownik u Marqueza – ponad 70. Z wolna siwiał.
kogut
kogutFoto: Shutterstock/Katie Schlessman

Akrobaci jedzą koty, żeby im się nie łamały kości.

Gabriel Garcia Marquez „Nie ma kto pisać do pułkownika”


W kruszejącej chałupie starego pułkownika, gdzie nawet olbrzymi parasol obrócił się w bezładny druciany wrak swojej niegdysiejszej spójnej świetności – tylko kogut jest cały. „Popatrz, co zostało z naszego parasola, co był dobry dla błazna w cyrku”. Tak Gabriel Garcia Marquez każe rzec pułkownikowi do żony w napisanej 60 lat temu niepokojącej opowieści „Nie ma kto pisać do pułkownika”, jednej z kilku prozatorskich całostek, które w 1967 roku, równo pół wieku temu, skropliły się w obezwładniającą całość „Stu lat samotności”. „Otworzył nad głową dziwaczny splot metalowych prętów. - Teraz nadaje się już tylko do liczenia gwiazd”. Żona nie ma sił do tanich pocieszeń. Mruczy słowa nieuchronne: „Wszystko tak wygląda. I my sami gnijemy za życia”. Chwilę wcześniej pułkownik odwiązał koguta od łóżka żony, przeniósł do kuchni, przywiązał do nogi żeliwnego piecyka, zmienił wodę w słoiku, nasypał obok garść kukurydzy i skarcił chłopców, co przeleźli przez dziurę w płocie jak sito, by z zapartym tchem podziwiać cud ptaka uporczywie całego. „Nie patrzcie już na to stworzenie. Koguty psują się od patrzenia”.
Tak, wszystko wygląda jak trup parasola. Opadający tynk zmienia ściany chałupy pułkownika w sklecone z przypadkowych kawałków, nic nie przedstawiające płaskorzeźby. Dach z liści palmowych, niegdyś doskonale szczelny, teraz jest bezładnym ażurowym splotem obcych sobie pędów. Z kawy ostała się tylko puszka po kawie z brązowym pyłem zmieszanym z rdzą na dnie. Kawałki umeblowania, które ocalały, są niczym figury samotności, niczym biedne znaki niegdyś pełnych, spójnych pomieszczeń. Co marnieje teraz w narastającej pustce? Zegar wahadłowy w drewnianej, rzeźbionej ramie. Wyplatany fotel na biegunach. Stolik okryty nigdy nie zmienianym obrusem, na którym stoi gipsowy kot. Obraz tandetny: kobieta w tiulach, otoczona amorkami, na łodzi pełnej róż. Łóżko i hamak. Kilka innych, żałosnych drobin, resztek, łupin, kawałków. To wszystko. Nie ma tego, co było. Wszystko, co było, co tworzyło całość – na czele z maszyną do szycia ich jedynego syna, Augustyna, zabitego w budynku walk kogutów, kiedy rozdawał tajne ulotki - wyprzedane zostało przez lata, bo przecież trzeba było mieć co do ust włożyć, choćby tylko raz na dni kilka. A nie było skąd brać. Renta wojenna pułkownika nie przychodziła. Od 56 lat, tydzień w tydzień, co piątek pułkownik wypatrywał w porcie barki z pocztowymi workami i od 56 lat nie było koperty dla niego. Życie pułkownika zmieniło się z wolna w długi szereg kawałków rozczarowania, w strzępy piątkowych fiask. Tak jak życie żony było już tylko sekwencją kawałków regularnego umierania na nieusuwalną astmę. Parasol zatem, taki parasol.

Dni jak wrak parasola, nadzieje jak wrak parasola, noce jak wrak parasola, przyszłość jak wrak parasola. I w środku tego kopczyka trupich kawałków niegdysiejszej pełni – kogut doskonale cały, nietknięty, od rogowych ostróg, po karmazynowy grzebień – spójny. Przeznaczony do walk kogucich, ukochany, doskonały ptak Augustyna, zabitego przez nową władzę. Może go sprzedać?... Wzięliby za niego całe 900 pesos! Ogrom pieniędzy! Dobrobyt na kilka pięknych, wreszcie sytych lat płonnego czekania na rentę! A jeśli go zatrzymają, łudząc się, że dożyją do stycznia, miesiąca kogucich walk? Jest październik... Co będą jedli do stycznia, jeśli nie sprzedadzą ptaka i nikt nie kupi ani zegara, ani obrazu? Jak będą umierać z głodu, patrząc na koguta połykającego żebracze garstki kukurydzy i fasoli? Czy zdołają zachować resztki godności? Czy starczy im sił do gotowania kamieni, by nikt w mieście nie zauważył, że nie mają co do garnka włożyć?

Nie wchodźmy w szczegóły. Niech wystarczy, że nie tylko istnienie pułkownika jest jak kilka kawałków, co zostały po niegdyś bezbłędnie całym parasolu. Nowa władza, mściwość świeżych przywódców partyjnych, budząca lęk podejrzliwość, powracające represje, permanentny stan wyjątkowy, dzień po dniu wiszące w powietrzu widmo bezlitosnej godziny policyjnej, macki wszechogarniającej cenzury, szarpiący spokój rytuał kolportowania tajnych biuletynów wolności... Wszystko to poszatkowało mieścinę, dokumentnie zgruchotało jej wewnętrzną pełnię, obróciło spójną społeczność w gromadę porozrzucanych, człekokształtnych kawałków, w stertę samotności, lękających się świata, samotności, co nic wspólnego z sobą wolą nie mieć, w gruzowisko bydlęcych ostrożności wreszcie. A w centrum – ten kogut nie porozcinany. Kogut nie w kawałkach, nie taki, że nogi osobno, pierś osobno, głowa osobno. Nie dający spokoju kogut bezbłędnie cały. I taki on też - w środku kraju całego, który z tych samych przyczyn jest jak mieścina pułkownika, jak istnienie pułkownika, słowem – jak parasol, co kiedyś był parasolem. Kto wie - może w stolicy, w wielkich teatrach, wielcy artyści sceny, pragnąc rodaków obudzić i do czynu duchowego nakłonić podobiznami aktualnej epoki, serwują rodakom niepełnego „Hamleta” Szekspira, niecałego „Świętoszka” Moliera, niespójną „Mewę” Czechowa, a jedynie oderżnięte od całości, martwe kikuty „Hamleta”, „Świętoszka” i „Mewy”, kikuty topornie związane sznurami skręconymi z zakazanych broszur podziemnych?

Drugi raz odstawmy na bok fabularne detale. Jedno pewne. Istnieją granice rozpaczy – pułkownik idzie sprzedać koguta. Idzie, po czym wraca – z nim. Istnieje rozpacz, lecz istnieje też delikatny smak wierności i dziwny gatunek ulgi, którą przynosi bliskość tego, co całe, pełne, domknięte. Pułkownik, zdychający z głodu i z pięćdziesięciosześcioletniej cierpliwości, wraca do martwego domu i żony, którą astma zmienia w pergaminową laleczkę. Wraca z kogutem pod pachą, gdyż: „Wstrząsnęło nim ciepłe, głębokie bicie serca ptaka. Pomyślał, że nigdy dotychczas nie trzymał w rękach czegoś tak bardzo żywego”. Jaką miał twarz, kiedy szedł tak przez parasolowate miasto, do którego właśnie przybył cyrk, a raczej kawałek cyrku, bo cóż to za cyrk, w którym nie ma dzikich zwierząt? Na zakręcie pewien Syryjczyk przestrzegł go, by schował kota, gdyż akrobaci jedzą te stworzenia, aby polepszyć swą giętkość. Pułkownik zapewne uśmiechnął się ciepło. Już znał, już czuł pod pachą moc istnień doskonale spójnych. Może szepnął do siebie: „Zjedzony kot daje giętkość, lecz koniecznie musi to być kot – cały!”... Jaką miał twarz?

Leonard Bernstein dyrygował kiedyś Wiedeńskimi Filharmonikami, grali 4 część Symfonii nr 88, G – dur, Josepha Haydna. Możliwe, że Bernstein miał wtedy lat z grubsza tyle, co pułkownik u Marqueza – ponad 70. Z wolna siwiał. Dyrygenci magicznie machają rękami, czarodziejskie esy floresy kreślą batutą w powietrzu, aby z zapisanej w partyturze całości niczego nie uronić. Ręce Bernsteina były bezrobotne. Splatał je na piersi, za plecami, chował w kieszeniach. Biała igła batuty spała głęboko. Było tak, gdyż Wiedeńscy Filharmonicy mieli dla symfonicznej całości Haydna czułość taką, jaką pułkownik miał dla koguta. Bernsteinowi pozostała pantomima głowy, cały ulepiony z ulgi taniec brwi, oczu i warg. Gdy niosąc pod pachą bryłę doskonale całego życia pułkownik wracał do domu, by umrzeć z głodu - mógł mieć podobną twarz. Znawcy mają rację. Powrót pułkownika jest doskonałością literatury. Ta oto między pół-trupem pułkownika i pół-trupem jego żony wymiana słów, te ostatnie takty opowieści Marqueza, to jeden z najwspanialszych finałów, jakie zostały napisane.
„ - A co będziemy jedli przez ten czas? – zapytała i chwyciła pułkownika za flanelowy kołnierz. Odepchnął ją energicznie.
- Powiedz mi, co będziemy jedli.
Trzeba było siedemdziesięciu pięciu lat – siedemdziesięciu pięciu lat życia, minuty za minutą, żeby pułkownik doczekał tej chwili. Poczuł się czysty, kategoryczny, niepokonany, gdy odpowiedział:
- Gówno.”

Ogłoszono dostojny konkurs na Dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Rozstrzygnięcie za dni kilka. Zgłosiło się siedmiu kandydatów. Nie ma wśród nich pułkownika.

Paweł Głowacki


Zobacz więcej na temat: Paweł Głowacki
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak