Dom z czerwonej cegły

Ostatnia aktualizacja: 31.07.2021 13:52
W dniu śmierci twórcy „Burzy” pamięć opuszcza go i rozpoczyna nieskończoną wędrówkę przez zmienny czas, zmienny świat i zmieniające się głowy tych, którzy zapytani o zgodę, mają odwagę odpowiedzieć: Przyjmuję ją. Niezmienna jest tylko pamięć Szekspira.
Zdj. ilustracyjne
Zdj. ilustracyjneFoto: Shutterstock/DimaSid

Terrier odnosił wrażenie, że dzieciak widzi go nozdrzami, że patrzy nań ostro i badawczo, wnikliwiej niż można to czynić oczyma, jak gdyby chłonął coś, co on, Terrier, z siebie wydziela i czego nie może powstrzymać.

Patrick Süskind „Pachnidło”


Przywieziony z jednego krańca Europy „Otello”, „Burza” – z drugiego, jeszcze z innego miejsca – „Antoniusz i Kleopatra”, i zupełnie skądinąd brawurowy spektakl na motywach 13 tragedii, tak właśnie, naraz 13 tragedii nieogarnionego Stratfordczyka. Gdyby Bruce Chatwin żył, psy nadal markotniałyby przy nim, zawstydzone przeciętnością swych nosów, a on spokojnie kończyłby lat 81. To wcale nie za wiele, aby wciąż żyć, jak żył. W entej swojej wędrówce mógłby spokojnym krokiem przybyć do Gdańska na 25. Festiwal Szekspirowski, aby zobaczyć te i garść innych seansów, i, kto wie, być może wspomnieć dalekie początki, wrócić do źródła. Ciekawe - ile razy na widowni potwornie żal by mu się zrobiło własnego nosa?

     William Szekspir. Tak, od tego się zaczęło. W czasach II wojny błąkał się Chatwin z matką po Anglii całej. W 1944 miał lat prawie pięć i mieszkał u ciotecznych babek, Janie i Gracie, w Stratfordzie. Za trzy pensy prowadził gapiów pod pomnik Szekspira i do jego grobu w kościele. O tym, wieki temu zmarłym panu, wiedział tylko tyle, że miał wiele wspólnego z domem z czerwonej cegły, zwanym teatrem, z którego drewnianego balkonu on, chłopczyk, w godzinach nudy rzucał łabędziom kawałki suchego chleba. Jeszcze nie umiał czytać, lecz babka Gracie wbiła mu w pamięć słowa wyryte na grobie pana Szekspira. Błogosławiony ten, kto zostawi te kamienie w spokoju, a przeklęty, kto ruszy moje kości. Gracie, mimo głuchoty, pięknie czytała mu na głos nad brzegiem Avonu, w chwilach przerwy wskazując palcem na łąkę po drugiej stronie i zaklinając się, iż pan Szekspir sportretował tę łąkę, zarosłą tymiankiem, w „Śnie nocy letniej”. Ale wszystko to była jedynie uwertura kluczowego dnia, kiedy Janie i Gracie zadecydowały o poranku: Nie stanie się nic złego, jak mały obejrzy komedię „Miarka za miarkę”!

Wiele lat później wyzna Chatwin: I od tamtego porannego przedstawienia - przepadłem! Został po stronie nieomylnie pachnących słów. Wciąż na nowo wędrował do domu z czerwonej cegły, aby kolejny raz przepaść zupełnie. Zobaczył większość kolosalnych szekspirowskich produkcji tamtych lat. Widział i słyszał najpotężniejsze zjawy sceniczne: Oliviera, Gielguda, Peggy Ashcroft, Paula Robertsona w roli Maura. Ze strzępów, śladów, ocalałych resztek można próbować odtworzyć tamte sceniczne olśnienia, ale naprawdę istotne jest coś innego. Wtedy wiedziano - a z pewnością wiedzieli o tym wspomniani wirtuozi - że sensownie powtórzyć bajkę Szekspira w teatrze, to jest nie zgubić głębokiego sedna bajki: falowania słów, intonacji tańczącej tuż pod fabułą, tańca rymów. Mały Chatwin uczył się węszyć za sednem, łowić woń brzmień na podszewce bajki. I oddzielać dźwięki pachnące nieomylnie od podróbek mniej lub bardziej nieudolnych, od falsyfikatów sedna, od pustki.

     Od tego się zaczęło, a dalej nie zmieniło się już nic. Tropił Chatwin sedna rzeczy, ludzi, krajobrazów. Łowił sedna okiem bądź uchem, także dotykiem, owszem, lecz zostańmy przy metaforze wąchania. Gdyby legendarny Sauer, doberman, do dziś niepobity rekordzista, który w roku 1925 tropił złodzieja przez ponad 160 kilometrów, z pyskiem tuż przy suchej ziemi przemierzając pustynny płaskowyż Karra w Republice Południowej Afryki, gdyby Sauer urodził się trochę później – nawet on chowałby nos pod pachą, w Londynie mijając Chatwina idącego do słynnego Domu Aukcyjnego Sotheby’s, gdzie – nim na dobre oddał się słowom i krokom - robił fantastyczną karierę wirtuoza w sztuce oddzielania życia wiecznego od urodzonych trupów, nieśmiertelności od wieczności iluzorycznej. Już pierwszego dnia dyrektor Peter Wilson wiedział, że prowadzi oto do swego gabinetu psa nad psami. Mijali portret arlekina, pędzla Picassa, a Chatwinowi starczyło jedno płytkie wciągnięcie powietrza, by ciepło oznajmić: Nie jest oryginalny. Istotnie – nie był. A później - tak ze wszystkim. Obrazy, rzeźby, rysunki, meble, wazy i milion innych cudeniek z wszystkich epok i punktów globu. I nos Chatwina nad nimi, całkiem jak w „Pachnidle” Paricka Süskinda bezlitosne dla zapachowej doczesności nozdrza Jana Baptysty Grenouille’a - tego psa nad psami w XVIII-wiecznej Francji, który po wessaniu najcieńszej nitki smrodu potrafił określić, co za robaki żrą od środka gnijące na straganach Paryża warzywa – jak te nozdrza tuż nad nagimi ciałami zamordowanych przez Grenouille’a dziewic, niespiesznie wchłaniające nieśmiertelną woń czystości. Tam, w Stratfordzie, na widowni, wąchając ostrożnie słowa Oliviera lub Gielguda, mały Chatwin posiadł umiejętność łowienia zapachu sedna naprawdę wiecznych dzieł sztuki i łowienia trupiej woni falsyfikatów, smrodu dzieł pozbawionych sedna. Jak wiele takich wydrążonych Szekspirów widział później, po epoce dzieciństwa w Stratfordzie, epoce Szekspirów najprawdopodobniej pełnych? Idąc do teatru na Czechowa, Moliera, Sofoklesa, Brechta – jak często trafiał na poniekąd Czechowa, mniej więcej Moliera, tak jakby Sofoklesa i bliźniaczo podobny do oryginału falsyfikat Brechta? Ile razy zamiast Czegoś było na scenie tylko Coś według Czegoś? I jak mocno żal mu było wtedy swego nosa?

     Na takie lub podobne pytania sam sobie odpowiedział spokojnie, nie wprost, tak kończąc wspomnienie dalekich wizyt w domu z czerwonej cegły. Dla mnie jest to Szekspir wszech czasów. Przeżywszy te sztuki jako chłopiec, teraz nie mogę obejrzeć spektaklu szekspirowskiego bez poczucia utraty. Miał poczucie, że marnieje zapach sedna bajki. Wyczuwał, że za każdym kolejnym razem wącha coraz większe nic i że lepiej chyba znów pojechać do Patagonii, Afryki, Azji, albo z Wernerem Herzogiem przejść ładny kawałek świata, później zaś wszystkie napotkane, obwąchane, dostrzeżone, usłyszane i dotknięte rzeczy i obrazy zmienić w kawałki zawrotnej prozy, w labiryntowe tomy. Najsłuszniej byłoby uznać je – powiada W.G. Sebald - za późne formy wczesnych, sięgających Marca Polo relacji z podróży, w których rzeczywistość stale gęstnieje w metafizykę i cudowność, a wędrówkę po świecie podejmuje się przez wzgląd na własny koniec. A może najmądrzej byłoby znów poczytać wieczne opowieści Jorge Luisa Borgesa?

     „Alefa” bądź „Fikcje” mógł Chatwin otworzyć zawsze, bo tomiki Borgesa zabierał na każde swoje wędrowanie. Kroki wiodące na najfantastyczniejsze krańce świata zapętlały się ze zdaniami, które niczym podróże Marca Polo kończą się poza jawą. Chatwin zmarł w roku 1989. Miał lat 49, lecz prawda jak zwykle kłamie. Był młodszy, wiele młodszy, młodziutki. Czy zdążył przeczytać „Pamięć Szekspira”, jedną z czterech pożegnalnych bajek Borgesa, ukończonych w roku 1983?

     W dniu śmierci twórcy „Burzy” pamięć opuszcza go i rozpoczyna nieskończoną wędrówkę przez zmienny czas, zmienny świat i zmieniające się głowy tych, którzy zapytani o zgodę, mają odwagę odpowiedzieć: Przyjmuję ją. Niezmienna jest tylko pamięć Szekspira. Nie wydarzenia historyczne ją wypełniają, nie bitwy, nie struktura władzy, nie natura przemian społecznych ani odwieczna mechanika nienawiści, zazdrości i zdrady. Pamięć Szekspira jest pamięcią o tym, co naprawdę ważne. Pamięcią sedna. Brzmienia, zapachy, kilka kształtów, parę gładkich powierzchni, dwa, trzy szorstkie pasma. Tyle. Nic więcej. Wszystko. Bohater wyznaje: Było to tak, jakby podarowano mi morze. A kilka akapitów dalej układa frazę, w której skrapla się cała „Pamięć Szekspira” i dalekie godziny, kiedy w domu z czerwonej cegły chłopczyk wąchał dziwne stwory, zwane intonacjami. Wiem, że księżyc dla Szekspira był nie tyle księżycem, ile Dianą, i nie tyle Dianą, ile owym mrocznym, zwlekającym słowem – moon.

     Myślę, że Chatwin zdążył przeczytać ostatnią opowieść Borgesa. Albo ktoś taki jak Olivier lub Gielgud przeczytał mu ją powoli, głosem spokojnym, szarym. Tyle wystarcza. Nie musi iść do Gdańska.

Paweł Głowacki