Twarze

Ostatnia aktualizacja: 18.02.2014 18:04
Nie byłoby źle, gdyby telewizja częściej pokazywała stare seanse polskich Marsjan. Po prostu - przyjemnie jest od czasu do czasu zobaczyć w teatrze zwykłą twarz.
Portret Jerzego Fryderyka Hndla pędzla Thomasa Hudsona. Mistrz dojrzałego baroku stworzył blisko 50 uwielbianych przez śpiewaków oper.  Jan Tomasz Adamus, szef Capelli Cracoviensis nazywa je sanatoriami dla głosu.
Portret Jerzego Fryderyka Händla pędzla Thomasa Hudsona. Mistrz dojrzałego baroku stworzył blisko 50 uwielbianych przez śpiewaków oper. Jan Tomasz Adamus, szef Capelli Cracoviensis nazywa je "sanatoriami dla głosu".Foto: Wikimedia / CC

Jan Kott wspomina dzień, kiedy wnuczka poprosiła go, by bawili się w złego wilka i małą dziewczynkę. Nie mógł odmówić. Nie, las nie był konieczny, więc lasu Kott nie zrobił. Zrezygnował też z księżyca, gwiazd, trawy i krzewów. I nie sięgnął po kożuch, co by wilczą sierść udawał. Wnuczce wystarczyło, że wył i robił groźne miny. Tragedia w tym, że przesadził – wył okrutnie i potwornie wykrzywiał wargi. Wnuczka się przeraziła, rozpłakała i cichuteńko poprosiła: Dziadku, bądź wilkiem, ale mniejszym... I był. I łagodnie wrócili do świata iluzji. Kott zapisze później zdanie fundamentalne. „Odkryła istotę teatru”. Tak. Teatr to jest brak napastliwej przesady. To jest subtelność brzmień i delikatna gra detali twarzy. Tak niewiele wystarcza.
W ten poniedziałek, późnym wieczorem, między 21.25 a 23.00, Jerzy Fryderyk Händel miał twarz, której nie miał w żaden poniedziałek swojego realnego życia. W żaden poniedziałek ani w żaden inny dzień, żaden inny zmierzch, żadną inną noc. I w miejscu, w którym być może nigdy nie był, do człowieka, którego z pewnością nigdy nie spotkał - mówił słowa, których nigdy nie powiedział do nikogo. To wszystko. Rzeczywiście, niewiele patrzącemu potrzeba, by się przez półtorej godziny zdumiewał.

Twarz, której nie miał, była prawie jak oblicze późnego Audena lub Becketta w latach ostatnich. Luźno rozłożona na kościach owalna płachta starej skóry, przez którą przeszła gęsto tkana pajęczyna strun grubych i cienkich. Zwłaszcza czoło miał takie – bruzdy w nieustającym ruchu, wolno pląsające sito, pantomima klinów, snujących opowieść. Jaką? Niżej – nie inaczej. Rysy filigranowe, karby, rowy, głębokie, długie cięcia wokół kątów warg wyjątkowo bombastycznych. Na ciemnych oczach – zwiotczałe strzępy z rzęsami. Brwi jak oczy i skóra jak oczy, wszystko jak one – ciemne, śniade, cieniste, z południa, z Sycylii lub innego Cypru. I jeszcze trochę wilgoci na skórze. Resztki potu – resztki życia. Wystarczy.

Twarz Jerzego Fryderyka Händla, której nie miał za życia, w poniedziałek była twarzą Romana Wilhelmiego. Telewizja emitowała stare teatralne przedstawienie, seans z roku 1990 – wyreżyserowaną przez Kazimierza Kutza „Kolację na cztery ręce” niemieckiego muzykologa Paula Barza, rzecz o spotkaniu Händla z Janem Sebastianem Bachem w wytwornym apartamencie Hotelu Turyńskiego w Lipsku pewnego wieczoru roku 1747, spotkaniu, którego nie było. Ale niby jakie znaczenie ma w iluzji prawda? Spotkania Hamleta z duchem jego ojca też nie było – a jest teatr, jest opowieść. Kiedy twarz Händla, której nie miał, wypełnia cały ekran – niewiele można się pomylić, dostrzegając w rysach, karbach i rowach pomieszanie kruszejącego kabotyństwa z pęczniejącym bólem, rozczarowaniem już nie do usunięcia, nieuchronną samotnością wreszcie. A po drugiej stronie blatu pełnego małży, ślimaków, win najprzeróżniejszej maści oraz reszty cymesów owocowych i mięsnych – inne oblicze, zupełnie inne. Twarz, której nie miał Bach. Coś niby blade strusie jajo, wyjątkowo wielkie i niespotykanie miękkie. Tak, na krótkiej szyi na sztorc ustawione, prawie doskonale gładkie strusie jajo o ludzkich, niebieskawych ślepiach, i w siwej, całej w falach peruce na czubku. Twarz Janusza Gajosa. Twarz również snująca opowieść, lecz odmienną – opowieść o innym gatunku bólu, o innych rozczarowaniach i samotności, której smaku kabotyński Händel nie był w stanie pojąć. Ale nie brnijmy w to. Zostawmy też w spokoju opowieść twarzy trzeciej, twarzy Jerzego Treli, który był Janem Krzysztofem Schmidtem, wiernym sługą kabotyna. Tu chodzi o inne detale.

Andrzej Wajda wyznał wieki temu, że wystarczy, gdy reżyser ma natchnienie tylko w dwóch momentach. Kiedy szuka tematu oraz gdy wybiera obsadę. A reszta? Cała reszta tak zwanego tworzenia – jako żywo przypomina piłowanie laubzegą. Kutz poszedł dalej. Wystarczyło mu być genialnym w chwili wybierania twarzy. A temat? On tkwi w opowieściach twarzy, i jeszcze w subtelnej grze intonacji gardeł, w grze rytmów zdań i przemilczeń. Nie trzeba go skandować, nadmuchiwać, napastliwie celebrować koturnowym gestem, muzycznym grzmotem, kuriozalnym konceptem scenograficznym, przytupem. Inaczej niż pewien poeta, co głosił, że budowę domu należy zaczynać od dymu z komina – Kutz gardzi dymami idei i tez, kłębami wstrząsającego przesłania, mgłami pouczeń, przestróg oraz humanitarnych manifestów. Kutz nie od szlachetnej dymnej góry zaczyna, zaczyna od dna - od detali twarzy. Tu zaczyna, tu snuje baśń o niemożliwym spotkaniu dwóch gigantycznych samotności, tutaj kończy. Inaczej mówiąc – nie opuszcza aktora, ani na sekundę, bo wie, co wiedziała wnuczka Kotta - że aktor i tylko aktor jest istotą teatru. Dlatego w poniedziałek jego już 24-letnia „Kolacja na cztery ręce” wyglądała i brzmiała jak seans gości z Marsa.

Ilu dziś artystów sceny nie zaczyna od międlenia napowietrznych ideowych mętności i na tym nie kończy? Ośmiu? Sześciu? Czy tylko trzech? Ile przybytków Melpomeny nie przepoczwarzyło się w pakamery laubzegi, tępawej i przyrdzewiałej, którą się wieczorami, ku uciesze kontestującej młodzieży, na wiwat rżnie ciemny dym?
Nie byłoby źle, gdyby telewizja częściej pokazywała stare seanse polskich Marsjan. Po prostu - przyjemnie jest od czasu do czasu zobaczyć w teatrze zwykłą twarz.

Paweł Głowacki

Zobacz więcej na temat: TEATR

Czytaj także

Chwilowy idiota w Hamburgu

Ostatnia aktualizacja: 04.02.2014 18:32
Owszem, aktualna potworna rozpacz imigrantów na brzegach Lampedusy - to nie byle co. Ale też jest to za mało, by polska reżyserka mogła robić z Szekspira chwilowego idiotę w Hamburgu. A proszę – robi!
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wielki papier

Ostatnia aktualizacja: 11.02.2014 18:00
To, co w nadmiarze podane, dewaluuje się nieuchronnie i bardzo prędko. Od której minuty pusta tajemniczość "Woyzecka” Grzegorzka ani ziębi, ani grzeje? Od siódmej. A dalej już tylko wielki papier.
rozwiń zwiń