Kilka małych samotności

Ostatnia aktualizacja: 02.06.2017 15:35
Kredowe sypkie widma trwały tak sobie na płaskim próchnie dzień cały. A o zmierzchu przyszedł uporczywy deszcz i wiatr potężny. Lało do świtu, zacinając.
(zdjęcie ilustracyjne)
(zdjęcie ilustracyjne)Foto: Shutterstock

Rozpamiętywanie to przecież w gruncie rzeczy to samo co cytowanie.
W. G. Sebald

Na środku wielkiego, pustego pokoju o szarych, gołych ścianach – kupa śpiących kuglarzy do wynajęcia. Kto wie - może są to podejrzane indywidua, mierne i ciemne kreatury z tej samej manu, a raczej pantomimikofaktury, którą Tadeusz Kantor nazwał ongiś Zakładem Wynajmu Drogich Nieobecnych, a później, w „Wielopolu, Wielopolu” drepcząc na krawędzi między złudzeniem a realnością, przy pomocy wynajętych figur próbował jakoś przypomnieć sobie, jakoś wypełnić puste przestrzenie w głowie? Także jego już nie ma. Ale są kuglarze, nieśmiertelna rasa. Są ci brzuchomówcy, parodyści, fachowcy od podszywania się pod innych, pod cudze słowa, cudze gesty, komedianci po prostu, aktorzy, którzy w prologu granego na dużej scenie Teatru Słowackiego seansu Agnieszki Glińskiej „Z biegiem lat, z biegiem dni [Gdzie jest Pepi]” – budzą się. I jest Glińska. Na krawędzi między sceną a widownią. Czyta bezradne wypracowanie o czasie przeszłym, dokonanym. Dziś już nie pamiętam, na dźwięk którego jej słowa (a może już w ciszy przed słowami?) – nagle noga drgnęła w kupie śpiących kuglarzy, stopa, dłoń lub głowa. Nie pamiętam, lecz lubię sobie wyobrażać, że stało się to za dotknięciem miękko podanego słowa „Pepi”. 

PepiWettstein, prababka Glińskiej, Żydówka w pełnym Żydów Krakowie czasów Młodej Polski. Pepi wtedy i Pepi dalej, aż do dni i nocy getta na krakowskim Podgórzu, kiedy niewiele już jej zostało do wiadomego końca. Szuka jej Glińska. Przez trzy i pół godziny swego seansu próbuje samą Pepi i intonację świata Pepi ulepić z resztek, które ocalały, a ocalało mało, prawie nic. Kilka stuletnich, ledwo żywych fotografii, na których Pepi zdaje się być tylko iluzjonistycznym figlem szarej mgły, i jeszcze słowa. Te, co na nie Pepi być może patrzyła, czytając literaturę młodopolską i późniejszą, choćby słowa komedii nieszczęsnego Michała Bałuckiego lub „Moralności pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej, a także słowa nostalgicznego portretu epoki, słowa opowieści Joanny Olczak-Ronikier „Z biegiem lat, z biegiem dni”, opowieści w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia przemienionej przez Andrzeja Wajdę w sławetne objawienie teatralne. Słowa tedy, te i garść innych, słowa i twarze niespiesznie niknące na kilku stuletnich fotografiach. Tyle miała Glińska. I jeszcze samotność niewielu marnych śladów, co wciąż są na krakowskim Podgórzu, na krakowskim Kazimierzu, dokąd Glińska, lepiąc swą opowieść, jeździła na rowerze. Cudem ocalałe szyby, próchniejące drzwi kamienic, same framugi, ostatnie płaty tynku, cienkie niczym kartka drewniane stopnie schodów. Pamiętliwe rzeczy i pamiętliwe miejsca, jak choćby „Apteka pod Orłem”, tuż przy Placu Bohaterów Getta, gdzie tkwią dziś na amen wciśnięte w ziemię krzesła ciemne, zawsze puste. Niewiele tego, by sobie przypomnieć i choć przez trzy i pół godziny pamiętać, to znaczy wiedzieć, kim się jest.

Lubię sobie wyobrażać, że kuglarzy zbudziło do gry z pamięcią Glińskiej w cierpkiego kucanego berka miękko przez Glińską podane słowo „Pepi” i lubię też wyobrażać sobie, że jadącą na rowerze Glińską lekko wpycham w „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, w rozdział o pladze bezsenności, która nawiedziła Macondo, o pladze bezsenności niespiesznie zmieniającej się w plagę zapomnienia. Zapewne dobrze by się czuła, widząc na żywo jak Jose Arcadio Buendia pędzelkiem umoczonym w farbie maluje na każdej wymykającej się pamięci rzeczy jej nazwę: stół, krzesło, zegar, drzwi, ściana, łóżko, garnek, po czym rusza do zagrody i oznacza wszystkie zwierzęta i rośliny: krowa, koza, świnia, kura, juka, malanga, banany. Może by się uśmiechnęła, czytając umieszczony u wylotu drogi z moczarów napis „Macondo”? Obok widniejącego przy głównej ulicy pocieszenia, o którym nie wolno zapomnieć: „Bóg istnieje” – jasną farbą może domalowałaby drogie jej litery: „Pepi”?

Tak więc żyli w wymykającej się rzeczywistości – powiada Marquez – którą chwilowo mogli schwytać przy pomocy słów, ale która musiała wymknąć się bezpowrotnie wraz z zapomnieniem wartości słowa pisanego. Ta rzeczywistość, co jest pod ręką, wymyka się, kiedy kruszeje pamięć, a cóż dopiero mówić o rzeczywistości sprzed stu lat! Bezradny gest Jose Arcadia Buendia jest w istocie sednem seansu Glińskiej. Zanim przepadnie wartość słów kiedyś napisanych, zwłaszcza tych, na które mogła patrzeć Pepi – Glińska przywołuje je. Cytuje. Cytuje strzępy starych opowieści, cytuje niegdysiejsze gesty, intonacje, cytuje tamte nastroje, lęki, uniesienia, głupstwa i radości. Obudzeni słowem „Pepi” kuglarze – Dominika Bednarczyk, Pola Błasik, Dorota Godzic, Marta Konarska, Anna Tomaszewska, Hanna Bieluszko, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Mateusz Bieryt, Krzysztof Piątkowski, Sławomir Rokita, Łukasz Simlat, Marcin Wojciechowski, ktoś jeszcze – cali zrobieni są z cytatów słownych i cielesnych, i wciąż jakby się przebierają, wyskakują z cytatów, by wskoczyć w cytaty. Nie ma sensu mówić, który z kuglarzy co gra, gdyż chyba żaden z nich nie jest widmem tylko jednym. Zmieniają się, żonglują rolami, więc każda z figur prawdziwych, które Pepi mogła spotykać na ulicach Krakowa, i każda z figur literackich, które Pepi widziała w zapisanych słowach, jest nieuchwytna, umykająca z kształtu w kształt. Julia Chomińska, Juliasiewiczowa, Rachela, Zapolska, Dulska, Mela, Dagny Juel, Przybyszewski, Bałucki, Boy Żeleński, Felicjan, stary wuj – większość tych i innych widm ma twarze dwie, trzy, cztery. Której ufać? Która nie jest żartem pamięci? Która nie jest bolesnym gagiem kuglarzy, grających z pamięcią Glińskiej w cierpkiego kucanego berka? A może należy się pogodzić, że dostępne jest tylko to - uporczywe w pamięci pulsowanie marnej garści cytatów, mętnych resztek (seans Glińskiej jest właśnie takim migotaniem), pulsowanie podobne do znikających i pojawiających się na szarych, gołych ścianach wielkiego pokoju gry płowiejących fotografii Pepi, jej ciemnych oczu? Więc tyle tylko zostaje zawsze? Czy tyle wystarczyło, by Pepi wróciła do Glińskiej na chwilę?

„Pewnego dnia, dawno już temu, wziąłem do ręki fotografię najmłodszego brata Napoleona, Hieronima – wyznał Roland Barthes w księdze o nieusuwalnym niepokoju płowiejących zdjęć - Zdziwiony powiedziałem sobie: Patrzę na oczy, które widziały Cesarza. To zdziwienie nie minęło do dzisiaj. Czasem mówiłem komuś o tym zdziwieniu (...) nikt nie zdawał się go podzielać ani nawet rozumieć. Życie składa się z takich małych samotności”.

Ukłucia jak wielu takich małych samotności poczuła tkwiąca na krawędzi Glińska, kiedy słuchała stareńkich słów i patrzyła na kuglarzy udających przed nią ludzi, które to słowa i których to ludzi sto lat temu widziała Pepi Wettstein? Nie sądzę, by wolno było żądać odpowiedzi. A co ze sztuką samą, z artyzmem lub brakiem artyzmu? Jest coś poważniejszego, istotniejszego niż nadmiar metafizycznych mruczand lub monotonne mielizny, których w tych trzech godzinach z okładem znajdzie się trochę. Jest wybór Glińskiej, w naszej epoce reżyserów, z których większość ucieka w panice od siebie do stadnych spraw plemienia całego – wybór zdumiewający. Wybrała siebie - teatr z siebie. Zdecydowała się na seans ukłuć tylko dla niej przeznaczonych, nie mając żadnej gwarancji, że samotny ten gest choć na sekundę ocali dla niej prababkę. W ostatniej scenie kuglarka o oczach ciemnych niczym oczy na stuletnich fotografiach Pepi siedzi na krześle przy pianinie, nuci pieśń o końcu. Lewą dłonią wykonuje w ciemniejącym powietrzu ruch mały, dziwny. Może on znaczyć: „Nie”. Może znaczyć: „Tak”. Lub: „Już po wszystkim”. Po czym znika. Znika gest i cała reszta. Znika lekko, jak na pstryknięcie. Ciemność. Kurtyna.

Ktoś kiedyś narysował kredą na wielu starych bramach krakowskiego Kazimierza kontury ludzi. Chłopczyk z piłką, para wtulonych w siebie zakochanych, samotny mężczyzna z parasolem nad głową, zgarbiona kobieta w chustce, tańcząca dziewczynka, wędrowiec odpoczywający na ławce, widziany od tyłu człowiek pukający zgiętym palcem w drzwi, na których jest narysowany, wiele innych konturów na wielu innych kruszejących bramach. Kredowe sypkie widma trwały tak sobie na płaskim próchnie dzień cały. A o zmierzchu przyszedł uporczywy deszcz i wiatr potężny. Lało do świtu, zacinając.

Paweł Głowacki

Zobacz więcej na temat: Paweł Głowacki
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Podrygi

Ostatnia aktualizacja: 12.05.2017 17:33
Za chwilę pewnie położą się do łóżek, by spać bez snów, owszem, ale przecież jutro powtórzą to samo. I po jutrze. I dalej, jeszcze dalej, jak długo się da. Do końca. Czas, inny czas, który miał nadejść wkrótce, raczej nie nadejdzie.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Pierwszy elektryczny tramwaj 

Ostatnia aktualizacja: 18.05.2017 20:05
Ile jest rzędów w teatrze? Ile jest rzędów w każdym kolejnym dniu? Wystarczająco wiele, by jako tako dociągnąć do własnego końca, mozolnie powtarzając „Z pani to taki kozaczek...” i bezradnie przyjmując widok pleców jako odpowiedź.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Baba Bach

Ostatnia aktualizacja: 26.05.2017 16:24
Niewykluczone, że kiedy nowa władza w osobie Marka Mikosa pojawi się po wakacjach w Starym Teatrze, trzymająca w dłoniach kolorowe balony reprezentacja rycerzy starej władzy przyjmie Mikosa słowami: "Witaj nam, Bachu złamany!"
rozwiń zwiń