X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Noga ćmy

Ostatnia aktualizacja: 23.11.2018 15:23
To i reszta małości - wszystko, z czego Gustav Möller tka detaliczną pajęczynę „Winnych”, jest niepokojące niczym zwykły owad, lecz zobaczony nagle z bliska, z bardzo bliska. 
zdjęcie ilustracyjne
zdjęcie ilustracyjneFoto: shutterstock/pitaksin

Człowiek dotarł do księżyca, ale przeszło dwadzieścia wieków temu pewien poeta wiedział o czarach zdolnych ściągnąć księżyc na ziemię. W gruncie rzeczy – jaka to różnica?

Julio Cortazar „Ażeby dojść do Lezamy Limy”

Z dwudziestu czterech pergaminowych fiszek, ponad czterysta lat temu po obu stronach zaczernionych kruchym jak noga ćmy pismem mnicha Piotra, opata klasztoru benedyktynów, zostało jeno parę strzępów w kupce prochu. I co teraz czynić? Czy stara opowieść zamilkła na amen? Nic już nie da się odczytać z prochu?

Odstawmy na bok treść opowieści Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Srebrna szkatułka”. Teraz nie jest istotne, że Cesare, późniejszy mnich Piotr, był synem barona Federico Demagno, kolosalnego arystokraty w Królestwie Neapolu połowy XVI stulecia, jak i nieważne są smętne losy barona. Mniejsza też z tym, co stało się z jego zamkami, a także mniejsza z tym, jak tytułowa szkatułka – perła w rodzinie Demagno – po prawie pięciuset latach podróżowania z rąk do rąk trafiła na biurko Herlinga-Grudzińskiego. I nie ma potrzeby odpowiadać na pytania: dlaczego Cesare zamordował troje ludzi, w tym własną siostrę Teresę, i po co po wielu latach, już jako mnich, ukrył w ściance szkatułki pergaminowe fiszki, na których wyznał prawdę swojej zbrodni. Teraz istotne jest jedynie to, że prawie pół tysiąclecia później, wieczorem, Herling-Grudziński otworzył skrytkę, wyjął pergaminy, ułożył równo i przykrył jedwabną chustką. Chciał odczytać je o świcie. Lecz o świcie krzyknął niemo do siebie: „Co, na miłość Boską, co mnie skłoniło do zaniechania lektury rękopisu opata Piotra tego dnia wieczorem, jaki zły duch podszepnął mi odłożenie jej do następnego dnia rano?”. Bo kiedy o świcie uniósł jedwabną chustkę, zobaczył tylko kupkę prochu i parę strzępów pergaminu, a na nich - resztki słów, kawałki zdań, połamane litery. Dzisiejsze noce – jak dzisiejszy teatr – często bywają mordercze dla starych opowieści. I co miał Herling-Grudziński począć tamtego poranka? Sięgnął po szczypce. Ostrożnie wyciągał z prochu ocalałe strzępy i długo patrzył na kikuty zdań, słów, liter. Wyznał, że ocalałe odpadki „pobudzały wyobraźnię, stanowiły urwane przęsła zniszczonych mostów nad otchłanią milczenia”. Szukał więc powiązań, chciał przeczytać proch. I przeczytał. Lecz teraz nie jest ważna tajemnica zbrodni Piotra. Teraz ważny jest ten obraz.

Suche trupki słów i pochylony nad nimi człowiek, próbujący ukłutą trupkami słów wyobraźnią ułożyć na nowo w ciemności całą na amen spopieloną opowieść. Obraz ten jest istotny, bo tkwi w nim sedno hipnotycznego filmu Gustava Möllera „Winni”.

Dziś, w epoce kina raczej bombastycznego wszechstronnie, i takiegoż teatru, w epoce filmów i spektakli niepoczytalnie papuzich, operowo dekoracyjnych, ociekających cudami świetlnymi i dźwiękowymi, ciskających w widownię publicystyką topornie jasną, w epoce dzieł bez krzty tajemnicy, bez przemilczeń, niedomówień, dyskrecji, w epoce opowieści pełnych kosmicznych rakiet, lecących na Księżyc lub na Marsa, w epoce fabuł pełnych gangsterskich pościgów, detektywów dzielnie lejących po mordzie, grzmotów, pożarów i stu innych frenetycznych atrakcji – nagle zjawia się film fenomenalnie skulony, opowiastka, którą można sobie położyć na dłoni, ulepiona z jednej twarzy, garści słów połamanych i urwanych zdań, kilkunastu oddechów, paru skowytów i pasm ciszy parzącej. 85 minut czystości. 85 minut człowieka z słuchawką przy uchu, próbującego z dobiegających ze świata na zewnątrz dźwiękowych strzępów strasznej historii ułożyć w ciemności swej głowy cały, być może niemożliwy do namalowania obraz. I na domiar szczęścia – pustki na widowni! W sumie - nie dziwota.

Jeśli bowiem w polskim kinie nie widać dziś na ekranie polskich księży, malowniczo pijących wódkę na zapleczu kościoła – możesz mieć graniczącą z pewnością nadzieję na ulgę, którą przyniosą ci puste wokół ciebie fotele. Na moim sensie „Winnych”, seansie zupełnego arcydzieła, było nas pięcioro. Nie biadolę, skądże! Odwrotnie – ja rodakom ze szczerego serca dziękuję. Było nas tedy pięcioro, lecz po kwadransie, kiedy okazało się, że w filmie występuje tylko twarz głównego bohatera (twarz doskonałego Jakoba Cedergrena), a na domiar rozczarowania Polaka bohater – detektyw - wcale nie zamierza wsiąść do rakiety i na Księżyc lecieć, aby stoczyć zwycięski bój z wrogą Ziemi cywilizacją, za to zamierza do końca tkwić w pokoju i dzwonić do kogoś lub słuchać, co mu ktoś przez telefon ględzi, słowem, kiedy się okazało, że nie ma po co siedzieć – po kwadransie dwie Polki wyszły, znacząco trzaskając drzwiami.

Detektyw zatem, co ma swoją ciemną historię, jego twarz w pokoju nocą, naprzeciwko komputera z mapą Kopenhagi na ekranie, twarz ze słuchawką przy uchu, w której brzmią liche ślady kryminalnej historii, dziejącej się w mieście. Ktoś porwał kobietę... Kobieta dzwoni... Prosi o ocalenie... Kto porwał?... Gdzie są teraz?... A kto zabił jej dziecko?... Kikuty słów, strzępy zdań, skowyty, pasma ciszy – jak z resztek tych wsłuchany w nie detektyw ulepić ma ocalenie porwanej?... Uda mu się?... Nie?...

To, jak fabuła „Srebrnej szkatułki”, też nie jest teraz ważne. Porwanie, trup, detektyw, pościg... Jak wiele podobnych historii opowiedzieli sobie ludzie choćby tylko w ostatnim dziesięcioleciu? Tysiąc? Trzy tysiące? Po cóż więc kolejny raz snuć to samo? Otóż, by spraną staroć opowiedzieć - inaczej, zupełnie inaczej. Bo wtedy z historii-sztancy powstaje historia jedyna, niepowtarzalna, liczy się bowiem, jak zawsze, jedynie sposób opowiadania. Owszem, dla „Winnych” znalazłoby się paru filmowych lub teatralnych antenatów, tak. Rzecz jednak w tym, iż w powoli wymierającej dziś w kinie i teatrze trudnej sztuce skulenia, sztuce rezygnacji z odpustowych fajerwerków, sztuce lepienia tajemnicy z kilkudziesięciu pozornie trywialnych detali – Gustav Möller osiągnął poziom zupełnie osobny. Poziom, na którym detal byle jaki traci naraz swą bylejakość i dziać się zaczynają rzeczy dziwne. Umyka spokój.

Twarz detektywa, małe ruchy jego oczu, rzęsy, zmieniający się cień na wardze, jego słowa drżące lub spokojne, dobiegające ze świata do jego ucha przez słuchawkę kikuty zdań, szeptów, skowytów, zamarła na ekranie siatka ulic Kopenhagi, pasma potwornej ciszy, dzwonek telefonu, oddechy, plaster na palcu detektywa i prawie niesłyszalny szmer, który zawisa nad milczącym telefonem, kiedy detektyw pociera paznokciem kciuka wskazujący palec, czekając na dzwonek, na sygnał od świata, na pół słowa stamtąd. To i reszta małości - wszystko, z czego Gustav Möller tka detaliczną pajęczynę „Winnych”, jest niepokojące niczym zwykły owad, lecz zobaczony nagle z bliska, z bardzo bliska. Oko mrówki, noga ćmy, szczęki modliszki bądź skrzydło ważki. Pod mikroskopem - zwyczajne te kształty stają się konstrukcjami jakby nie z tego świata, chłodnym sekretem.

Zapisana na pergaminowych fiszkach spowiedź opata Piotra także jest już nie z tego świata, od bardzo dawna nie z tego świata, w którym Herling-Grudziński próbuje ją odtworzyć z resztek wyjętych szczypcami z kupki prochu. A kiedy kończy rozwiązywanie łamigłówki, powiada to, co każdy widz „Winnych”, każdy widz naprawdę poważnego filmu lub przedstawienia teatralnego, może sobie powiedzieć, kiedy następuje ostateczna dezintegracja filmu lub przedstawienia - kiedy ekran jest na powrót czarny lub kiedy kurtyna opadła ostatni raz. Wyznaje Herling-Grudziński niepewność, gdyż nie wie, ile w opowieści, nad którą spędził wiele czasu, jest z niego, a ile z człowieka, co kiedyś, całą wieczność temu, opowieść wysnuł.

„Wytworzyłem sobie w końcu pewien obraz, pełen luk i pytajników, który tutaj pobieżnie przedstawię, prosząc jednak historyków epoki o pamiętanie, że trudno w nim (również mnie samemu) odróżnić przekaz i rekonstrukcję strzępów dokumentu od imaginacji odkrywcy, który starał się coś z niego wydobyć przed ostateczną dezintegracją”.

Paweł Głowacki 

Zobacz więcej na temat: Gustaw Herling-Grudziński
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak