Rozsądna decyzja

Ostatnia aktualizacja: 21.02.2020 20:33
Cóż innego, jeśli nie smak niezły, kazało Cyzowi nie przeciągać zbytnio zabawy w przykrywanie pustki po prędko zmarłych „mięskach” Bukowskiego i jego prawdkach od zarania bladych jak trup?
zdj. il.
zdj. il. Foto: shutterstock.com/Karuka

W kuchni, na piętrze, Adela, ciepła od snu i ze zmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku, przyciskając go do białej piersi, od której ziarna nabierały blasku i gorąca. Kot mył się w słońcu.

Bruno Schulz „Noc wielkiego sezonu”


Kilka lat temu lipiec był niemożliwie skwarny, zmrożone piwo w ogródku „Dymu” smakowało jak nigdy, przy stoliku obok naszego turyści z Finlandii lub innej Norwegii puszczali pod blatem skandynawskie wiatry, a ja nie znałem jeszcze wierszy Charlesa Bukowskiego o kotach.

Czworo ich było, dwie damy i dwóch dżentelmenów, wszyscy blond, młodzi i rześcy. I, co istotne, na wysokich krzesłach siedzieli przy stoliku na wysokiej nodze, czyli nie tak jak my, rozleniwieni na normalnych przy normalnym. Sączyli coś kolorowego, śmiali się gromko, w niepojętym języku rozmawiali, strzelali zdjęcia komórkami, ot, czas wytchnienia po zwiedzaniu. I naraz te dźwięki...

Bum, bum, bum... pod ich blatem... bum, bum... bum... bum, bum... wybuchy szczere, bezkompromisowe, bezpretensjonalne i jak rydz zdrowe... dźwięki krągłe i twarde niczym bilardowe kule wystrzeliwane na wysokości naszych nosów, wprost w krzesła, dokładnie w siedziska, niestety dla nas – w siedziska ażurowe, z deseczek, bezsilne wobec naporu niewidzialnych kul bilardowych... Przypomniały się nam wtedy solówki kotła w filharmonii, kiedy to w kluczowym, strzelistym momencie symfonii, drzemiący magister bębnienia ocyka się znienacka, za pały chwyta i z niebywałą fachowością tłucze nimi w membranę rozpiętą na gigantycznej misce. Po czym – wraca do drzemki. W tamtej sprzed lat kilku solówce, a jako że cała czwórka blond turystów wzięła udział w koncercie, powiedzieć trzeba raczej: w tamtym bilardowym kwartecie skandynawskich jelit - najintensywniej kłopotliwa, a właściwie morderczo kłopotliwa była nieludzka naturalność czworga instrumentalistów. Zagrali, jak zagrali, lecz nie po to, by zadziwić obcy im kraj swą bezkompromisowością, albo dać do towarzyskiego wiwatu, albo zawstydzić dobrze wychowanych konsumentów, lub też w środku kulturalnej stolicy zupełnie obcej sobie cywilizacji popisać się odwagą godną Wikingów. Nie. Oni zagrali, jak zagrali – bo to zgodne jest z prawami natury. Gdy przychodzi chwila – nie wolno się na siłę blokować jakimiś wydumanymi „sawuarwiwrami”, jeno śmiało grać należy w miejscu, w którym człowieka złapała rzeczona chwila, czyli gdziekolwiek, także w kawiarni pełnej ludzi, albowiem zdrowie jest najważniejsze!... Dlaczego nie wyszliśmy?

Tak było w ogródku „Dymu” kilka lat temu, wakacyjną porą, a w tym roku dostałem na urodziny tomik Charlesa Bukowskiego „O kotach”. Odłożyłem bez czytania. Nie zajrzałem, gdyż nieludzka naturalność semantyczna tego poety, co wielbił nie tylko piwo, zawsze była dla mnie kłopotliwa bardzo. Odłożyłem tomik, lecz nie na amen. Wróciłem doń dziś, po premierze drobiazgu „O kotach”, który na kanwie kocich wierszy Bukowskiego Tomasz Cyz w Teatrze Słowackiego na Scenie Miniatura wyreżyserował. Otwieram w ciemno, strona 83. się objawia. Przede mną wiersz „rozsądny facet”, wiersz, choć raczej finezyjne haiku. „kiedy pierdzę/ mojemu kotu to/ zwisa”. Czy da się w sześciu tych słowach znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego lat temu kilka, gdy Wikingowie grać kwartet na wysokich krzesłach zaczęli – nie wyszliśmy z ogródka „Dymu”? Być może. Za to niewątpliwie tkwi w tym haiku finezyjnym odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie z seansu Cyza nie wyszli po minutach 5, góra 7?

Po prostu – nadzwyczajnie prędko nudzi się człowiekowi Bukowskiego nieludzka naturalność semantyczna i wtedy zaczyna człowiekowi nieludzka naturalność semantyczna „zwisać”. Prędko blakną wszystkie te „mięska”, których u Bukowskiego w ogóle, także w wierszykach kocich, jest mrowie, a z których „pierdzenie” to istna niewinność dla pensjonarek. Sławetna Bukowskiego bezpretensjonalność słownikowa - bezpretensjonalność przy pierwszym wejrzeniu gwałtownie pretensjonalna – prędko opada z sił. I oto „mięska” - niesłyszalne się stają, niewidzialne. Nie ma „mięsek”. Co zatem jest? Co po „mięskach”? Po prędkiej śmierci „mięsek” - co takiego żywego w seansie Cyza pozostaje, że człowiek do końca siedzi na widowni?

Dziwne, że Cyz, który przez lata ćwiczył swe podniebienie operami i klasyczną muzyką – naraz, gdy zaczął reżyserować, akurat po lirykę Bukowskiego sięgnął, lirykę, która generalnie jest jak jedno wielkie solo bębniarza, grzmocącego w kocioł, tylko że solo takiego bębniarza, co oszalał i grzmoci bez przerwy, bez opamiętania i bez sensu, do samego krańca utworu, do ciszy. Cóż prócz bilardowych kulek „mięska” jest w tej liryce? Garść bladych bilardowych prawdek o życiu, miłości, okrucieństwie, łagodności oraz innych smuteczkach. I tyle. Znów otwieram tomik „O kotach”... Nie. Jednak nie przywołam ani reprezentantów „mięska”, ani przedstawicieli bladych prawdek. W zamian wyznam, że to, co Cyz kiedyś wypracowywał Mozartem i innymi Schubertami – właśnie to zatrzymuje teraz człowieka na widowni Sceny Miniatura. Po prostu – smak niezły. Aż tyle.

Niezły smak kazał Cyzowi przypilnować gestów pani scenograf Anny Marii Kaczmarskiej – więc gigantyczne maski kocie, ba, całe kocie głowy, co je na ramionach aktorzy taszczą, są aż tak urocze, nienachalnie malownicze, z odrobiną tajemnicy. Niezły smak jego przypilnował nuty Aleksandra Dębicza i dlatego lekko jazzująca muzyka aż tak świetnie, miękko faluje. Niezły smak odpowiada też za wyborny śpiew aktorów, Mateusza Bieryta i Agnieszki Kościelniak, a także za łagodny, dyskretny sposób bycia na scenie całej czwórki aktorów, więc jeszcze Anny Tomaszewskiej oraz Tomasza Wysockiego. W końcu w niezłym smaku Cyza, nie w czym innym, tkwi sedno cudownej cechy seansu Cyza, którą jest - krótkość. Trwa to wszystko zaledwie godzinę i kilka minut. Zanim się więc człowiek obejrzy – już jest wolny jak kot! Cóż innego, jeśli nie smak niezły, kazało Cyzowi nie przeciągać zbytnio zabawy w przykrywanie pustki po prędko zmarłych „mięskach” Bukowskiego i jego prawdkach od zarania bladych jak trup?

Przy okazji, dzięki subtelnemu haiku Bukowskiego „rozsądny facet”, wyjaśniło się, dlaczego mianowicie nie wyszliśmy kilka lat temu z ogródka kawiarni „Dym”, kiedy dochodzący spod stolika obok kwartet skandynawskich jelit stał się krępująco odczuwalny. Otóż, zostaliśmy, gdyż mieliśmy jeszcze piwo w szklankach. Zostaliśmy, bo nikt rozsądny nie śmie wychodzić przed końcem tego, co najważniejsze, czyli tego, co posiada niezły smak. Zostaliśmy, gdyż pić nam się chciało. Wręcz potwornie paliły nas rury, więc zostaliśmy. Charles Bukowski z pewnością by nas zrozumiał.

Paweł Głowacki 


Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Kiedyś. Zawsze

Ostatnia aktualizacja: 31.01.2020 18:45
Już? Nie, jeszcze nie pora. Będzie musiał wrócić na tamta stronę ziemi szczurów, lecz jeszcze nie teraz. Teraz posiedzi sobie trochę. Odpocznie przed drogą.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Przygody adiutanta Perypatetyczka

Ostatnia aktualizacja: 07.02.2020 18:25
A przecież mogło być zupełnie inaczej! Mogło być naprawdę pięknie, krwiście ideologicznie, z dostojnym przesłaniem, złotą nicią wyszytym na chorągwi!
rozwiń zwiń

Czytaj także

Królowa fali

Ostatnia aktualizacja: 14.02.2020 17:42
Co? Koniec? Koniec. Ocalałem! A o chmurnych, durnych latach młodości Daviesa i Słowackiego, przebujanych w Nowym Jorku, opowiem kiedy indziej. Gdy po jakiejś teatralnej premierze kolejny raz trzeba będzie się ratować.
rozwiń zwiń