Nazwa grupy pochodzi od historycznej dzielnicy w Port of Spain – miejsca narodzin calypso, muzyki będącej jednocześnie formą rozrywki, komentarza społecznego i kroniki życia codziennego. To właśnie tę tradycję Kobo Town rozwija i przekształca – ich twórczość to współczesna kontynuacja roli calypsoniana – „śpiewającego reportera”, który z ironią, humorem i przenikliwością opisuje rzeczywistość.
<<< WYWIAD Z DREW GONSALVESEM: SŁUCHAJ ŚWIATA>>>
Karaibska dusza w Toronto
Centralnym elementem jest tu calypso – ale w wydaniu dalekim od muzealnej rekonstrukcji. Zespół splata je z rytmami ska, reggae, dubu czy soulu, wzbogacając całość o wyrazistą sekcję dętą, pulsujący bas i gitarowe struktury, które nadają muzyce energię balansującą między tanecznością a refleksją. Teksty Gonsalvesa poruszają tematy historii kolonialnej, migracji, nierówności społecznych czy współczesnych napięć kulturowych, często ukryte w opowieściach o pozornie codziennych sytuacjach.
Kobo Town na Globaltice 2026 / fot. Jerome Cabeen
Calypso, czyli śpiewana gazeta
Lider Kobo Town, Drew Gonsalves, przyznaje, że zespół wcale nie miał ambicji ani potrzeby, żeby grać muzykę z kategorii fusion, ja to się w końcu stało. Wyszedł natomiast z pozycji sentymentalnej: tęsknoty za środowiskiem, w którym dorastał.
- Dorastałem na Trynidadzie, na Karaibach. Mieszkałem tam do okresu dojrzewania, a następnie przeprowadziłem się do Kanady, gdzie żyłem w Ottawie i Toronto. Trynidad to oczywiście kolebka muzyki calypso. Dorastałem więc, nieustannie ją słysząc – choć jako dziecko niekoniecznie się nią interesowałem. Kiedy mieszkałem w Trynidadzie, grałem w zespole heavymetalowym. Dopiero po wyjeździe za granicę na nowo odkryłem piękno i siłę muzyki calypso oraz bogactwo naszej rodzimej tradycji. Myślę więc, że ogromny wpływ miało na mnie miejsce, w którym dorastałem – Karaiby – ale jeszcze większy wpływ wywarły na mnie sama przeprowadzka i późniejsze spojrzenie wstecz z tęsknotą za kulturą i domem, które zostawiłem za sobą.
A najbardziej brakuje mi ludzi, z którymi dorastałem – bliskich przyjaciół i rodziny. Kiedy się dorasta w jakimś miejscu, traktuje się wiele rzeczy jako oczywistość; coś normalnego. Dopiero gdy wyjechałem, wszystko nabrało nowego kontekstu i zrozumiałem, jak wyjątkowe było to środowisko. Jedną z rzeczy, które uwielbiałem w Trynidadzie – i w muzyce calypso – było zamiłowanie do błyskotliwości, gry słów i humoru. Teksty utworów calypso poruszają często bardzo poważne tematy, zachowując przy tym poczucie humoru i nie biorąc wszystkiego tak na poważnie. Myślę, że właśnie to na początku tak bardzo przyciągnęło mnie do tej muzyki - mówił w rozmowie.
Drew Gonsalves współpracował m.in. z diwą gatunku, Calypso Rose, przy jej płycie "Far from home". Jego zdaniem jej można zawdzięczać nie tylko popularność, ale znajomość tej muzyki na świecie. Sam opisuje to tak:
- Calypso określą się czasem jako „śpiewaną gazetę” i ja się z tym zupełnie zgadzam. Choć toczy się wiele dyskusji na ten temat, można powiedzieć, że calypso to miejska muzyka ludowa Trynidadu. Gatunek ten kształtował się przez długi czas – może nawet przez dwieście lat – i podlegał wielu różnym wpływom. Toczą się dyskusje na temat tego, ile w muzyce calypso jest elementów afrykańskich, a ile europejskich; trzeba przyznać, że bywa ona dość prosta w swojej budowie. Istotę stanowi tu raczej synkopa oraz sposób interpretacji tekstu. Warto też dodać, że wiele utworów calypso ma charakter satyryczny. Gatunek ten uwielbia grę słów i dwuznaczności. Moim zdaniem najlepsze utwory calypso przypominają plotki – brzmią tak, jakby ktoś po prostu opowiadał ci coś, co usłyszał od innej osoby. W tej muzyce jest pewna ujmująca, swobodna atmosfera.
Jeśli chodzi o instrumentarium - w początkowym okresie calypso towarzyszyły głównie rozmaite instrumenty perkusyjne własnej roboty. W czasach kolonialnych na Trynidadzie zakazano używania bębnów, więc muzycy musieli improwizować. Wykorzystywano na przykład kawałki bambusa o różnych kształtach i rozmiarach, zwane „tambu-bambu” – czyli dosłownie bambusowe bębny. Wiele wczesnych utworów calypso wykonywano właśnie przy takim akompaniamencie perkusyjnym. Wczesne formy tego gatunku – zwane „calendars” – opierały się na zasadzie zawołania i odpowiedzi: wokalista coś wyśpiewywał, a tłum odpowiadał, tworząc muzyczny dialog. Dopiero później zaczęto sięgać po skrzypce, quattro czy gitarę, tworząc składy przypominające zespoły smyczkowe. W latach 20. zaczęto stosować instrumentarium typowe dla amerykańskich orkiestr typu big-band – rozbudowane sekcje instrumentów dętych i tak dalej. Uważam, że skład instrumentalny w muzyce calypso zawsze odzwierciedlał różnorodne wpływy docierające na Trynidad z zewnątrz. Był okres, gdy w calypso wyraźnie słychać było wpływy jazzu, a w latach 70. – muzyki disco. Wcześniej z kolei silnie zaznaczały się wpływy z francuskich Antyli, co wynikało z migracji ludności z Martyniki i Haiti na Trynidad. Każda epoka wnosiła więc coś do tej muzyki, która nieustannie ewoluuje i się zmienia - opowiadał Drew Gonsalves.
Kobo Town na Globaltice 2026 / fot. Jerome Cabeen
***
Tytuł audycji: Słuchaj świata
Prowadzi: Aleksandra Tykarska
Data emisji: 26.06.2026
Godzina emisji: 18.00