Człowiek z kartką w dłoni

Ostatnia aktualizacja: 21.01.2016 14:06
Prostokąt jasnego piasku – prostokąt białej kartki. „Przesłanie...” – trzydzieści sześć wersów w czternastu grupach: dwa, dwa, dwa, dwa, dwa, cztery, dwa, trzy, pięć, dwa, cztery, dwa, trzy, jeden. Nic więcej. Po co więcej?
Człowiek z kartką w dłoni
Foto: ((brian))/flickr/cc by 2.0

Macondo było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną, zbudowanych na brzegu rzeki, której przezroczyste wody bystro toczyły się po gładkich, białych kamieniach koryta, wielkich jak jaja przedhistorycznych ptaków. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem - Gabriel García Márquez.

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru, wystarczyła odrobina koniecznej pokory, lecz w gruncie rzeczy była to sprawa zaufania do starych słów. Nie uniósł więc głowy. W ciemnym garniturze, białej koszuli, znieruchomiały przy mikrofonie na proscenium - nie odlepił wzroku od zdań na kartce, trzymanej w lewej dłoni. Ani raz. Aż do końca. W żadnej z kilkunastu małych chwil, kiedy milkł między słowami – ani raz nie spojrzał na tysiąc głów w rzędach parteru, w bocznych przejściach i lożach wiszących jedna nad drugą, po sufit. Jakby tam nikogo nie było. Nie spojrzał, by sprawdzić wrażenie, jakie sprawił swą sztuką czytania na głos, by wielkodusznie przyjąć ciszę uwielbienia, by smakować siebie jako pępek świata. Ani raz nie opuścił słów, nie odkleił wzroku od liter, choć mógł, bo przecież zna, musi znać ten wiersz na pamięć. Nie znalazł powodów, by nie ufać. Ufał, więc czytał, co stoi napisane. Nie więcej, nie mniej. „Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu/ po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę”. Czytał to, a później resztę, do finalnego „Bądź wierny Idź”. Powiada się czasem, że ktoś grał jak z nut. On „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta na głos czytał tak, jakby czytał z chłodu ciemnych kamyków.


Może pamiętał opowieść Jana Kotta o ogrodach Piasku i Kamieni w Kioto? Niewielki prostokąt jasnego piachu, zagłębiony niczym sadzawka, otoczony murkiem. Na piasku piętnaście kamyków w pięciu grupach: pięć, dwa, trzy, dwa, trzy. To wszystko. Nic więcej. Jeszcze tylko szara zieleń klonów w oddali, lecz mogłoby jej nie być. W tym krystalicznym układzie form Kott zobaczył doskonałą czystość znaków Teatru Nõ, starego jak Japonia, jego hipnotyczny chłód. Prostokąt jasnego piasku – prostokąt białej kartki. „Przesłanie...” – trzydzieści sześć wersów w czternastu grupach: dwa, dwa, dwa, dwa, dwa, cztery, dwa, trzy, pięć, dwa, cztery, dwa, trzy, jeden. Nic więcej. Po co więcej? A może do tego, który 17 stycznia, w finale jubileuszowego, 500 Krakowskiego Salonu Poezji, na dużej scenie Teatru Słowackiego czytał „Przesłanie...”, wrócił inny wiersz Herberta, ta lekcja pokory, ta rada, by ufać? „kamyk jest stworzeniem/ doskonałym// równy samemu sobie/ pilnujący swych granic// wypełniony dokładnie/ kamiennym sensem// o zapachu który niczego nie przypomina/ niczego nie płoszy nie budzi pożądania// jego zapach i chłód/ są słuszne i pełne godności// czuję ciężki wyrzut/ kiedy go trzymam w dłoni/ i ciało jego szlachetne/ przenika fałszywe ciepło// - Kamyki nie dają się oswoić/ do końca będą na nas patrzeć/ okiem spokojnym bardzo jasnym”.


Jedno jest pewne. Nie dodawał swego fałszywego ciepła do czytanych słów. Nie przestawiał kamyków, nie układał ich w figury patosu, w znaki pocieszenia, w umoralniające malownicze płaskorzeźby szlachetności, w piramidki czczące dzielność desperacką. Ani raz nie podniósł głosu, nie zaszlochał, nie załkał, nie westchnął. Ani raz nie opuścił słów. Czytał tak, jakby tylko powtarzał szarą, doskonale chłodną twardość fraz. Czytał tak, jakby nie czytał, lecz wskazywał palcem słowa, co są niby rzeczy, które jeszcze nie mają nazwy. Zwłaszcza te słowa, w których błąka się ciemna ironia. Bo owszem, brzmi w prologu wezwanie „Idź”, lecz później mruczą litery, które nie pocieszają, które przestrzegają, że najpewniej nic z tego nie będzie, jak zawsze. „Runo nicości”, „ocalałeś nie po to aby żyć”, „Gniew twój bezsilny”, „oni wygrają, pójdą na twój pogrzeb”, „bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz”, „ginęli w piasku”, „chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku”, „tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek”, „miasta popiołów”. Przez trzy i pół minuty odmawiał starym słowom swego fałszywego ciepła, lecz w finale kruszeje twarda powłoka wiersza, trzeszczy kwarc ostatniego, trzydziestego szóstego wersu. Jakby nóż przez sekundę ciął kamyk. Tak powiedział finalne „Idź”. Dopiero wtedy uniósł głowę, opuścił rękę z kartką. Andrzej Seweryn. A później cisza. „Jakby ziemia była nie zamieszkana”, rzekł Samuel Beckett w epilogu „Ostatniej taśmy”. Koniec. Koniec trzy i pół minutowego teatru Seweryna.


W istocie jednak – nie koniec. Będą kolejne Salony Poezji. Kolejne niedziele będą, jak były przez lat czternaście, bo tyle trwa Anny Dymnej Salon Poezji. Dziś, po czternastu latach, istnieje już ponad czterdzieści Salonów takich jak krakowski, w Polsce całej i poza nią, o ile dobrze pamiętam – od Kanady, przez Londyn, po Kijów. Setki, grube setki aktorów, aktorek i muzyków. Grube tysiące wierszy z wszystkich czasów i stron globu. I co? Od czternastu lat na wszystkich salonowych scenach powtarza się w istocie to, co zrobił Seweryn ostatniej, jubileuszowej niedzieli, on, Anna Polony, Dymna, Krzysztof Orzechowski, Jerzy Trela, Skaldowie, Andrzej Sikorowski, Grzegorz Turnau i cała zacna reszta. Rzecz jasna, różnie różni czytają, różnie śpiewają, lepiej i gorzej, mądrzej i głupiej, głowę czasem podnosząc lub nie, cudując bądź też cyzelując skromność, tak i owak - jedno wszakże nie zmienia się od lat czternastu. Nie opuszczają słów. Wystarcza im powtarzanie starych słów, co bywają dla nich jak rzeczy jeszcze bez nazwy. I to samo wystarcza tym, którzy słuchają. Jak ostatniej niedzieli przez ponad dwie godziny. I jak na końcu, kiedy zazgrzytało finalne „Idź” krótkiego seansu Seweryna. Koniec. „Krapp nieruchomo patrzy przed siebie”, powiada Beckett. I jeszcze: „Szpule dalej obracają się w ciszy”.


W ciszy po zgrzycie pomyślałem, że czas wrócić do „Ostatniej taśmy”, czas powtórzyć w teatrze ten portret starca, stygnącego Krappa, który słucha swoich na taśmie magnetofonowej nagranych niegdyś słów i uwiecznia kolejne, by kiedyś móc ich wysłuchać - odsłuchuje i nagrywa, bo nie ma niczego innego niż zdania. Kto mógłby dziś zagrać aż taką ufność wobec słów? Seweryn lub Trela, Trela lub Seweryn. Tak. I Janusz Gajos jeszcze. To wszystko. Dziś nie widać już nikogo więcej. Nikogo więcej nie słychać.

Paweł Głowacki

Zobacz więcej na temat: Paweł Głowacki TEATR

Czytaj także

Odległy zimowy poranek

Ostatnia aktualizacja: 07.01.2016 16:05
Wystarczyło wysłuchać pieśni o miłości do pomidorów, by choć przez chwil kilka nie było tak dogłębnie szaro. Nie mówię o tanim procederze pocieszania poezją, o pokrzepianiu serc teatrem heroicznym. Mówię o świetnej Jeremiego Przybory lekcji obojętności dla tandety.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Najszybszy sedes świata

Ostatnia aktualizacja: 13.01.2016 16:33
W 2004 roku Ilker Yilmaz, nadzwyczajnie twórczy Turek, wlał sobie do nosa mleko, a następnie przez oko trysnął nim na odległość 279,5 metra. Do dziś nikt go nie pokonał.
rozwiń zwiń