Wypowiedź premier Danii Mette Frederiksen, która ostrzegła, że zajęcie Grenlandii oznaczałoby koniec NATO, wybrzmiała wyjątkowo mocno. W Skandynawii, gdzie politycy znani są z powściągliwości i precyzyjnego doboru słów, takie deklaracje nie padają przypadkiem. Towarzyszyły im wspólne oświadczenia państw nordyckich, a także szerszej grupy europejskich partnerów, pod którymi podpisał się również premier Polski. Przekaz był jednoznaczny: obrona Arktyki i Grenlandii to wspólna odpowiedzialność Europy i Stanów Zjednoczonych.
Jednocześnie był to sygnał solidarności z Danią, ale też próba wyciągnięcia ręki do Waszyngtonu. Groźby i sugestie płynące z otoczenia Donalda Trumpa są bowiem w Kopenhadze traktowane bardzo serio.
Zarówno rząd Danii, jak i władze Grenlandii wystąpiły o spotkanie z sekretarzem stanu USA Marco Rubio. Ma do niego dojść w najbliższych dniach, co sam Rubio potwierdził publicznie. Tematem rozmów ma być przyszłość Grenlandii i bezpieczeństwo regionu arktycznego. Niepokój widać także w pozostałych krajach nordyckich, gdzie byli premierzy i doświadczeni politycy otwarcie mówią o zagrożeniu destabilizacją.
Grenlandia pozostaje terytorium autonomicznym, ale w kwestiach bezpieczeństwa Stany Zjednoczone od dekad odgrywają tam kluczową rolę.
Podstawą tej obecności jest porozumienie obronne z 1951 roku, zawarte między Królestwem Danii, a Stanami Zjednoczonymi. Daje ono USA szeroki mandat do utrzymywania baz wojskowych, ich rozbudowy oraz nadzoru nad bezpieczeństwem wyspy. Obecnie Amerykanie utrzymują bazę w Pituffik, w której stacjonuje około 150 żołnierzy Sił Kosmicznych USA.
„Narracja o rosyjskich i chińskich statkach nie znajduje potwierdzenia w faktach. Duńczycy mają pełną świadomość sytuacji na swoich wodach” – zwraca uwagę Karolina Pawlik, ekspertka Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, odnosząc się do argumentów USA o zagrożeniu militarnym.
Baza ta pełni kluczową funkcję w systemie wczesnego ostrzegania przed atakami rakietowymi oraz w nadzorze satelitarnym. Choć po zakończeniu zimnej wojny Amerykanie z powodów ekonomicznych zamknęli wiele innych instalacji wojskowych i stacji meteorologicznych na Grenlandii, formalnie nic nie stoi na przeszkodzie, by ich obecność ponownie zwiększyć. Co istotne, zarówno Dania, jak i sami Grenlandczycy deklarują gotowość do takiego wzmocnienia.
Rozszerzenie porozumienia z 1951 roku w 2004 roku, gdy Grenlandia była już jego stroną, dodatkowo uregulowało te kwestie.
„Problem polega na tym, że administracja Donalda Trumpa nigdy jasno nie wyjaśniła, po co Stanom Zjednoczonym Grenlandia ponad to, co już dziś gwarantują istniejące porozumienia” – mówi Karolina Pawlik.
Pojawia się jednak pytanie, czy administracja Donalda Trumpa, powołując się na bezpieczeństwo narodowe, nie próbuje iść krok dalej i formułować roszczeń terytorialnych. Jak dotąd nikt w amerykańskiej administracji nie wyjaśnił jednoznacznie, dlaczego Grenlandia miałaby być Stanom Zjednoczonym potrzebna bardziej niż dotychczas.
„Narracja o rosyjskich i chińskich statkach nie znajduje potwierdzenia w faktach. Duńczycy mają pełną świadomość sytuacji na swoich wodach” – podkreśla Karolina Pawlik, ekspertka Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.
Tymczasem w strategii polityki zagranicznej Grenlandii z 2024 roku jasno zapisano zainteresowanie zwiększeniem amerykańskiej obecności, zarówno gospodarczej, jak i wojskowej. Nie oznacza to jednak zgody na zmianę statusu wyspy.
Dla Duńczyków szczególnie bolesne są sugestie, jakoby ich wcześniejsze zaangażowanie u boku USA nie miało dziś znaczenia. Dania była jednym z najbardziej lojalnych sojuszników Waszyngtonu w Afganistanie i Iraku. W przeliczeniu na liczbę żołnierzy poniosła jedne z największych strat osobowych wśród państw koalicji. Zginęło łącznie 53 duńskich żołnierzy.
Gdy w wywiadzie dla Fox News JD Vance stwierdził, że to, co wydarzyło się 25 lat temu, nie ma dziś znaczenia, w Danii odebrano to jako wymazanie realnych poświęceń. Reakcje mediów i polityków pokazują, że był to cios w fundamenty wzajemnego zaufania.
Donald Trump, wypowiadając się na pokładzie Air Force One na początku stycznia, argumentował, że wokół Grenlandii roi się od rosyjskich i chińskich statków. Duńscy eksperci i badacze stanowczo temu zaprzeczają. Obecnie nie ma tam ani chińskich, ani rosyjskich jednostek o znaczeniu militarnym czy gospodarczym.
Nie zmienia to faktu, że Grenlandia leży w strategicznym przesmyku GIUK, obejmującym Grenlandię, Islandię i Wielką Brytanię. To kluczowy obszar dla monitorowania rosyjskich okrętów podwodnych operujących z Półwyspu Kolskiego. Funkcja ta jest już jednak realizowana dzięki amerykańskim radarom i systemom w bazie Pituffik.
„To nie jest spór o jedną wyspę. To pytanie o to, jak dziś wygląda lojalność sojusznicza i czy mniejsi partnerzy mogą czuć się bezpiecznie” – podsumowuje Karolina Pawlik.
Drugim często podnoszonym argumentem są bogate złoża surowców naturalnych: pierwiastków ziem rzadkich, ropy, gazu, uranu, a także złota i srebra. Choć zasoby te rzeczywiście istnieją, ich eksploatacja w warunkach arktycznych jest niezwykle trudna i kosztowna. Dodatkowo grenlandzkie prawo, wprowadzone w 2021 roku, zakazuje wydobycia uranu oraz ropy i gazu ze względów środowiskowych. Przepisy te są konsekwentnie egzekwowane.
Obecnie kluczowe projekty wydobywcze koncentrują się wokół złóż Kvanefjeld i Kringlerne na południowym zachodzie wyspy, ale także one funkcjonują w ramach surowych regulacji.
Choć realne przejęcie Grenlandii przez Stany Zjednoczone wydaje się mało prawdopodobne, sama retoryka ma poważne konsekwencje polityczne. Podważa zaufanie w ramach NATO, niepokoi sojuszników i zmusza Europę do ponownego zdefiniowania odpowiedzialności za Arktykę.
Jak podkreśla Karolina Pawlik z Fundacji imienia Kazimierza Pułaskiego, sytuacja wokół Grenlandii pokazuje, że nawet wśród najbliższych sojuszników napięcia mogą szybko eskalować, gdy bezpieczeństwo miesza się z geopolityką i surowcami.
pż