Maj Iris Pagano

Ostatnia aktualizacja: 22.06.2017 15:45
Zaczęła czytać, po prostu czytać. Pozwalała uwodzić się napisanym obrazom Marqueza, smakowała je, obwąchiwała, przykładała do skóry, czekała na ukłucie łagodne, ciepłe. I wydarzyła się strona 15...
Gabriel Garca Marquez
Gabriel García MarquezFoto: Wolf Gang/Flickr/CC BY-SA 2.0

Właściwie aż do odkrycia galeonu w środku puszczy nie byłem tak naprawdę przekonany, że ta książka dokądś mnie doprowadzi. Ale począwszy od tego momentu, wpadłem w trans, co było nawet dosyć zabawne.

Gabriel Garcia Marquez "Zapach owocu guawy", rok 1982.

Mija 50 lat od chwili, kiedy Iris Pagano poczuła, że czasu, jaki jej ofiarowano, za mało jest, aby mogła go zmarnować na lodowate myślenie. "Ratuj! Rysuj! Masz dzień! Co mówię! Masz pół dnia!" Być może to usłyszała Iris Pagano, szara projektantka, od Paco Porrúi, naczelnego dyrektora wielkiej oficyny Editorial Sudamericana w Buenos Aires. Trwał maj roku 1967. Gigantyczne słowa Carlosa Fuentesa, Julio Cortazara i wielu, wielu innych – już zapowiadały rychły początek nieśmiertelności 352 stronicowej księgi. W hali Compañía Impresora Argentina przy ulicy Alsina 2049 już strojono maszyny do drukowania 8000 egzemplarzy pierwszego wydania "Stu lat samotności" Gabriela Garcii Marqueza. Buenos Aires, miasto tysiąca księgarń, już szykowało się na poranek debiutu nieśmiertelności. Tak. Lecz Paco Porrúa wiedział też już niestety, że przyjaciel Marqueza, malarz Vicente Rojo, który na prośbę Marqueza podjął się stworzenia okładki – nie zdąży na czas.

Poszukując motywów zasadniczych, próbując znaleźć punkt zaczepienia dla ołówka, Vicente Rojo długo wędrował labiryntem 352 stron maszynopisu. Co krok gubił się w lesie wielu twarzy, na manowce zwodziły go setki migoczących motywów, wobec ogromu sunącego nad Macondo czasu – tracił poczucie czasu własnego. Z każdym akapitem był bardziej przygnębiony, bardziej bezradny. W końcu zrezygnował z poetyki banalnego ilustrowania zdań. Na podobieństwo planszy starej gry zwanej "Macondo", popularnej w Kolumbii w pierwszej dekadzie wieku – stworzył portret gry znieruchomiałej. Na białym tle umieścił sieć niebieskawych ram, a w nich czarne i czerwono-pomarańczowe znaki, pozwalające myśleć o kabale, alchemii, bądź zaklęciach chroniących przed nieszczęściem zapomnienia. Krwawiące serca, figlujące kupidyny, pląsające diabełki, księżyce w równych szeregach, zdumione anioły, bardzo zasmucone gwiazdy, słońca roześmiane, ryby niczym ptaki, frygijskie czapki, lśniące dzwonki, falujące arabeski i symbole śmierci. Nad tym wszystkim umieścił nazwisko autora i tytuł – wielkie litery, kreślone jakby niewprawną łapką dziecka, litery nieporadne niby te, co zdobią biedne opakowania lub szyldy trzeciorzędnych sklepików na prowincji. I coś jeszcze uczynił. Gestem spoza świadomości, gestem wyprowadzonym z dna nie wiedzieć jak niepojętego kawałka mózgu, czucia lub dawno temu umarłej pamięci, gdzie snuło się widmo Alicji, o której zapomniał – w ostatnim słowie tytułu, słowie "samotność" (po hiszpańsku "soledad"), Vicente Rojo odwrócił literę „E”, ukazał ją w lustrzanym odbiciu. I tyle. Odłożył ołówek.

Ta okładka objawi się później światu w ponad milionie egzemplarzy i przestanie być okładką, stanie się widokiem legendarnym, częścią iberoamerykańskiej kultury, twarzą nieśmiertelności. Ale to później, począwszy od drugiego wydania „Stu lat samotności”. Póki co trwał maj roku 1967. Nie zdążył z projektem Vicente Roja, zbliżał się poranek premiery księgi, Paco Porrúa musiał się ratować, Iris Pagano czuła, że czasu jest zbyt mało, by strawić go na lodowatym myśleniu. Zrezygnowała z mózgu, z analiz, intelektualnej kombinatoryki, laboratoryjnego dociekania sensów i przesłań, uniwersyteckiej zadumy nad pytaniem "O czym to jest?". Zrezygnowała albo zwyczajnie nie posiadała żadnej skłonności do bycia dociekliwym krytykiem literackim. Zaufała sile dziecięcego zdumienia, całego ulepionego z cudownej naiwności. Zaczęła czytać, po prostu czytać. Pozwalała uwodzić się napisanym obrazom Marqueza, smakowała je, obwąchiwała, przykładała do skóry, czekała na ukłucie łagodne, ciepłe. I wydarzyła się strona 15...

Wiele lat później, w roku 1981, na łamach kolumbijskiego dziennika "El Espectador", w felietonie "Poezja na miarę dzieci", Marquez uśmiecha się nad bombastycznymi fikołkami, które na kanwie "Stu lat samotności" oraz innych jego dzieł wykonali opętańczo dociekliwi krytycy. Choćby słynna litera „E”, jej lustrzane odbicie. Krytycy z pełną powagą pytali o metafizyczną głębię tego odwrócenia, która to powaga była w istocie odwrotnością powagi pełnego wzburzenia listu księgarza z miejscowości Guayaquil, w którym żądał on od Editorial Sudamericana, by więcej nie przysyłano mu wadliwie wydrukowanych egzemplarzy, gdyż ma już serdecznie dość własnoręcznego poprawiania odwróconego "E", które wśród jego klientów budzi niepotrzebny popłoch. Był krytyk, który twierdził, iż wniebowstąpienie Pięknej Remedios, otulonej białymi prześcieradłami – to poetycka transpozycja wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Kolejny wymyślił, iż Herbert, rozdający pieniądze bohater jednego z opowiadań, jest cudowną metaforą Boga. Dwóch dociekliwców z Barcelony oznajmiło, że „Jesień patriarchy” ma taką samą strukturę jak „III Koncert fortepianowy” Beli Bartoka. Babcia, która zmusza niewinną Erendirę do nierządu, okazała się być w istocie symbolem żarłocznego kapitalizmu. Gonzalo, syn Marqueza, na egzaminie z literatury zapytany, czego symbolem jest kogut w powieści „Nie ma kto pisać do pułkownika”, nie wytrzymał i z marsową miną rzekł: „To kogut ze złotymi jajami!”. Później okazało się, że najwyższą ocenę otrzymał uczeń - zapewne przyszły wybitny krytyk literacki, albo nawet teatralny w Polsce - który odpowiedział: „Kogut pułkownika jest symbolem siły uciskanego ludu”. A sam Marquez? Nie sądzi, by fakt, że Samsa zmienia się u Franza Kafki w robaka, symbolizował cokolwiek. Uważa, że kiedyś dywany rzeczywiście latały, zaś w butlach tkwiły dżiny; że oślica Balaama naprawdę mówiła po ludzku; że brzmienie trąb Jezuego rzeczywiście zwaliło mury Jerycha; że licencjat Vidriera z "Nowel przykładnych" Cervantesa naprawdę był ze szkła, jak mu się wydawało; w końcu wierzy też w radosną prawdę, iż Gargantua zupełnie bez metaforycznego podtekstu obsikiwał strumieniem moczu paryskie katedry. I powiada jeszcze: „Podobne cuda nadal się zdarzają, a nie widzimy ich w dużej mierze dlatego, że przeszkadza nam ciemny racjonalizm, zaszczepiony przez fatalnych nauczycieli literatury”. I dorzuca: „Jestem bardzo naiwnym czytelnikiem, nigdy bowiem nie zastanawiałem się, co autor chce powiedzieć prócz tego, co rzeczywiście mówi”.

I wydarzyła się strona 15 "Stu lat samotności"... Tak. Na stronie tej Jose Arcadio Buendia skrzykuje mężczyzn i wyrusza, by odnaleźć przejście łączące Macondo z oceanem. Idą. Las, drzewka dzikich pomarańcz, polowanie na jelenia a później troska o zdobycz, by nie musieć zjadać niebieskiego, smakującego jak piżmo, mięsa papug. Dalej – gęstniejąca dżungla, dymiąca oleista maź ziemi, brak słońca, cisza potworna, słaby blask fosforyzujących owadów, lunatyczny rytm wędrówki. Noc po nocy - sen prawie trupi. W końcu sen ostatni, a o brzasku – „zaniemówili z zachwytu”. W środku dżungli, 12 kilometrów od brzegu morza, zobaczyli olbrzymi galeon hiszpański w otoczeniu paproci i palm. Liny obrosłe orchideami. Kadłub otulony miękkim mchem. "Cała struktura zdawała się zajmować swój własny zastrzeżony teren, przestrzeń samotności i zapomnienia, niedostępną niszczycielskiemu działaniu czasu i obyczajom ptaków. We wnętrzu, które podróżnicy przeszukali w milczącym napięciu, znaleźli tylko gęsty las kwiatów”... Iris Pagano czuje piękne ukłucie. O nic nie pyta napisanego obrazu, bo nie pragnie odpowiedzi. Ukłucie jest odpowiedzią. Rozkłada na stole biały karton, ostrzy ołówek i kolorowe kredki. 30 maja ruszą drukarskie maszyny. A 5 czerwca o poranku, w witrynach księgarń pojawi się las 8000 niebieskoszarych okładek pierwszego wydania, które rozejdzie się w mieście nad La Platą w zaledwie 2 tygodnie, po 650 pesos za sztukę.

Marquez przylatuje do Buenos Aires 20 czerwca. Kilka dni później, jedząc śniadanie w kawiarni Santa Fe y Suichapa, spojrzał przez okno i w pękatej torbie kobiety, wracającej z targu, dostrzegł egzemplarz „Stu lat samotności”. Zobaczył ukłucie, którego doznała Iris Pagano. Spomiędzy pomidorów i główek sałaty wystawała niebieskoszara okładka - portret niebieskawego okrętu, nad trzema otwartymi kwiatami pomarańczy żeglującego przez atramentową dżunglę. Prawdziwe pomidory, wyśniony galeon, realne głowy sałaty. Spodobał mu się taki los jego opowieści? Dasso Saldívar, biograf Marqueza, sugeruje, że tak. Posmakowało Marquezowi, że jego książka o samotności została przyjęta nie jak powieść, lecz jak życie. I jak ono - jak pomidor lub sałata – nic więcej nie chce powiedzieć prócz tego, co rzeczywiście mówi.

Pawel Głowacki


Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Kilka małych samotności

Ostatnia aktualizacja: 02.06.2017 15:35
Kredowe sypkie widma trwały tak sobie na płaskim próchnie dzień cały. A o zmierzchu przyszedł uporczywy deszcz i wiatr potężny. Lało do świtu, zacinając.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Tu kiedyś była Wenecja

Ostatnia aktualizacja: 09.06.2017 14:49
Idzie na scenę, by pokazać swą aktorską maestrię. I gra, w istocie nie grając, gra poniekąd, bo trzeba mu czekać.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Sypka biała nitka

Ostatnia aktualizacja: 16.06.2017 16:01
I bawią się tak słowa Miłosza przez godzinę, może trochę dłużej. Tak jak mówi się o czymś – tak one bawią się o miłości, o wielu jej, w ostatecznym rachunku nigdy jedynie pastelowych, ciepluchnych wcieleniach.
rozwiń zwiń