Od "Boskiego Juliusza" do literatury antycznej
Michał Komar podzielił się wspomnieniem dnia, w którym poznał Jacka Bocheńskiego. - W maju 1962 roku miałem szesnaście lat i poszedłem na Kiermasz Książki w Alejach Ujazdowskich. Największym powodzeniem cieszyły się wtedy trzy tytuły: "Boski Juliusz" Jacka Bocheńskiego, "Szkice piórkiem" Jana Kotta i "Barbarzyńca w ogrodzie" Zbigniewa Herberta. Książki Herberta nie udało mi się kupić, choć wcześniej czytałem o niej chyba w "Nowej Kulturze". Zdobyłem natomiast dwie pozostałe. Jan Kott podpisał mi swój egzemplarz, a potem podszedłem do stolika, przy którym autografy rozdawał Jacek Bocheński. Wróciłem do domu i od razu zacząłem czytać - mówił.
- W tamtym czasie czytałem przede wszystkim Faulknera. Jego proza jest niezwykle gęsta, chwilami wręcz przytłaczająca. Tymczasem u Jacka odkryłem zupełnie inny świat – mówię przede wszystkim o języku. Był niezwykle przejrzysty, miał niemal muzyczną kadencję i pozostawiał miejsce na niedopowiedzenia. Kojarzył mi się z epoką, o której opowiadała książka, z klasyczną łaciną. W szkole nie uczyłem się łaciny, miałem tylko angielski, ale właśnie pod wpływem "Boskiego Juliusza" postanowiłem sięgnąć do literatury antycznej i zacząłem czytać Tacyta - dodał.
POSŁUCHAJ:
Szef, który słuchał wszystkich
O Jacku Bocheńskim wypowiedziała się Teresa Bogucka – publicystka, działaczka opozycji demokratycznej i wieloletnia sekretarz redakcji "Zapisu". Wspominała, że "był szefem stanowczym, ale jednocześnie uważnie słuchał wszystkich".
- Kiedy pojawiały się spory o to, czy drukować jakiś tekst, czy nie, każdy mógł przedstawić swoje argumenty. Z czasem "Zapis" stał się miejscem, do którego trafiali pisarze z odrzuconymi przez cenzurę książkami. Zdarzało się, że straszyli oficjalnych wydawców, iż jeśli nie zdecydują się na publikację, oddadzą tekst do podziemia. Jeśli książka była naprawdę dobra, nie było żadnego problemu. Gorzej, gdy była przeciętna – wtedy dyskusje bywały długie. Mimo to wspominam te zebrania jako niezwykle spokojne. Do dziś pamiętam ich atmosferę jako coś wyjątkowego, bo współczesne spotkania bardzo rzadko mają taki klimat - mówiła.
- Jacek należy do bardzo nielicznych pisarzy, którzy przeszli przez zmianę ustroju, nie zmieniając siebie. Był wybitnym pisarzem w czasach PRL-u i pozostał wybitnym pisarzem również po 1989 roku. W jego twórczości nieustannie powracają opowieści o zmianach i o niepokoju o przyszłość. Jest w nich serdeczna troska o świat i o ludzi. Rozmowy z Jackiem zawsze są dobrym przeżyciem. Jest człowiekiem mądrym i wyrozumiałym. Kiedy rozmawiamy o różnych sprawach, nigdy nie dzieli ludzi na tych po właściwej i niewłaściwej stronie. Nie moralizuje. Raczej z ciekawością przygląda się sytuacjom, próbuje je zrozumieć i opowiedzieć. Bardzo to cenię, bo coraz rzadziej spotykam ludzi, z którymi można w ten sposób rozmawiać - dodała.
Magiczne wędrówki po Tatrach
Iwona Smolka podzieliła się wspomnieniami z wędrówek po Tatrach, które odbywała razem z Jackiem Bocheńskim. - Pewnego dnia Jacek powiedział do mnie: "Chodźmy wieczorem na jakiś większy spacer". Po kolacji ruszyliśmy do Doliny Olczyskiej. Kiedy doszliśmy do źródeł potoku, zapadał już zmierzch i okazało się, że niemal pełny księżyc oświetla całą dolinę. Powiedziałam wtedy Jackowi, że nigdy nie potrafię rozpoznać, czy księżyc przybywa, czy ubywa. On w odpowiedzi przytoczył łacińską regułę, której nauczył się jeszcze w dzieciństwie, i w prosty sposób wyjaśnił mi, jak to zapamiętać. To był drobiazg, ale niezwykle ciepły moment - powiedziała pisarka.
- Wracaliśmy już po ciemku. Słychać było tylko szum potoku, a większość drogi przeszliśmy w milczeniu. Niedawno, kiedy zadzwoniłam do Jacka, zapytał mnie: "Pamiętasz nasz spacer do Doliny Olczyskiej?". Odpowiedziałam, że oczywiście pamiętam. To był naprawdę magiczny spacer - dodała.
***
Tytuł audycji: Zapiski ze współczesności
Przygotowanie: Anna Lisiecka
Data emisji: 27-31.07.2026
Godz. emisji: 12.45
Opracowanie: Oskar Łapeta