Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Życie w loopie „Uroborosa”

Ostatnia aktualizacja: 14.09.2021 06:00
„Uroboros”, drugi solowy album Pawła Szamburskiego, to płyta hipnotyzująca, mroczna, ale i przynosząca niezbyt optymistyczną wizję życia na świecie.
Okładka albumu Uroboros Pawła Szamburskiego
Okładka albumu "Uroboros" Pawła SzamburskiegoFoto: mat. promocyjne

Warszawski klarnecista jest bardzo rozrywkową osobą – stwierdzi to każdy, kto choć chwilę z nim rozmawiał, słuchał jak opowiada na koncertach albo żartuje na imprezach. Jak sam przyznaje, zaczynał od słuchania metalu, ale jego późniejsze dokonania – w takich zespołach jak Tupika, Horny Trees czy Ircha Clarinet Quartet – nawet jeśli naznaczone czasem mistycznym charakterem, cechowała lekkość.

Nie inaczej było z jego debiutanckim albumem: „Ceratitis Capitata”, pomimo sakralnego charakteru, to album dostojny, ale jednocześnie swobodny, ciepły w brzmieniu. Ważny moment przełomowy na ścieżce Szamburskiego. W muzyce jednak coraz bardziej zaznacza on pewien brzmieniowy ciężar. Słychać to w zespole Bastarda, w którym razem z Michałem Górczyńskim i Tomaszem Pokrzywińskim w iście zawrotnym tempie wydaje kolejne albumy: z utworami Piotra z Grudziądza, fado, nigunami czy tematami funeralnymi. Szybko wykrystalizowali swój język: pełen mroku, ciężaru, funeralnego nastroju; tu ciężkie zagrania sączą się z pociągnięć na wiolonczeli i fraz granych na klarnetach.

Żeby nagrać solowy album, Szamburski musi mieć pretekst. „Uroboros” w tytule odnosi się do gnostyckiego symbolu węża zjadającego swój własny ogon, co widać na okładce: to pętla życia, śmierci, odradzania się na nowo. Album podzielony jest na trzy części – etapy, które towarzyszą każdemu: „Narodziny”, „Życie” i „Śmierć”. O inspiracjach można przeczytać w licznych wywiadach albo posłuchać, jak Szamburski mówi o nich na koncertach, rozwijając swoją opowieść. W muzyce czerpie z archiwaliów muzyki ludowej, co słychać zwłaszcza na ich końcu, kiedy przepiękne melodie snują wiejskie śpiewaczki. Nie jest to jednak muzyka folkowa – chyba, że za jej wyznacznik przyjmiemy funkcjonalność towarzyszenia rytuałom – wtedy dostajemy album, który w skondensowanej formie na osi czasu opisuje życie człowieka.

Wydawać się może że najważniejszy jest utwór środkowy, „Życie” – weselna celebracja, kwintesencja radości, soczystość. Zachwyca lekkość z jaką muzyk operuje klarnetem, frywolność, szukanie wytchnienia, chwili szczęścia, tych ludycznych momentów, o których pisałem na początku. Kończy się melodią utworu „Po boru chodziła” zespołu Jarzębina z Kocudzy, który traktuje jako ornament, podkreślenie. Wycinek z życia, chwila trwania, melodia radości.

Ale tym, co najmocniej na „Uroborosie” zapada w pamięć jest kompozycja otwierająca i zamykająca album. „Narodziny” rozwijają się stopniowo: od tykania budzika, oddechów i świstów wewnątrz klarnetu, po pojedyncze frazy aż wreszcie basowe uniesienia, w których jak w powidokach przebija się ludowa kołysanka. Zapętlone frazy na instrumencie dzięki efektowi pogłosu dodają muzyce głębi, przestrzeni, ale i mroku. Jesteśmy w niekończącym się tunelu dźwięku. Niskie częstotliwości i przetwarzany elektronicznie sygnał klarnetu wzmacniają wrażenie nowego współczesnego rytuału.

Słuchałem tej płyty po raz pierwszy w środku nocy jadąc samochodem – czułem, że mogłaby się nie kończyć, muzyka wiodła mnie w ciemność, mrok i nieskończoność. Kiedy do niej wracam, dźwiękowy bezkres i loopy przypominają o śmiertelności, ulotności życia, powtarzalności i nieuchronności pewnych zjawisk. „Śmierć” tylko to podkreśla: utwór zbudowany podobnie jak otwarcie, tym razem od melodii i rytmu zmierza ku rozpadowi; z melodii przez szkic aż po rozwarstwienie. To, co urosło czy udało się zbudować, znika i umiera.

Paweł Szamburski  RCKL - Bastarda i pół Księzyc - koncert adwentowy (30).JPG
Paweł Szamburski opowiada o drugim solowym albumie

„Uroboros” to porywający koncept-album, rzecz spójna, ale i poruszająca. Wymaga czasu, refleksji, ale nie przynosi optymistycznych wizji. Zamiłowanie kompozytora do molowych brzmień słychać tu jeszcze bardziej niż gdy gra z Bastardą; jeśli w życiu bywa wesoły, tu jest poważny, wręcz śmiertelnie. Ten dostojny i pięknie skrojony album przypomina, że życie opisane w środkowym utworze jest tylko chwilą, momentem, z którego umiejętnie należy korzystać, ale który nie jest nam dany na zawsze. Z jednej strony więc klarnecista przypomina o kruchości i nieuchronności przed końca, jak słyszymy w finale: O jak fałszywe wszystko na tym nędznym świecie / nie masz tu nic stałego, wszyscy o tym wiecie / Świat wiele obiecuje, rozkosze cukruje / a na koniec każdemu ciemny grób gotuje.

Z drugiej strony po chwili refleksji pozwala docenić to, co mamy i po prosty z tych ulotnych momentów się cieszyć, skoro i tak za chwilę wszystko przeminie.

Jakub Knera


Paweł Szamburski

"Uroboros"

Ocena: 4,5/5

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Starosłowiańskie szeptuchy na dyskotece

Ostatnia aktualizacja: 12.01.2021 00:01
„Demonologia” przypomina o ludowych obrzędach, łącząc folkowe śpiewy z elektroniką. Może dzięki niej rytuały odganiania złych mocy i nieszczęść czasu pandemii, inicjowane kiedyś nad jeziorem w świetle księżyca lub ciemnym lesie, teraz odprawimy wśród stroboskopów, pod wirującą kulą dyskotekową?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Życie w Brazylii zaczyna się po siedemdziesiątce

Ostatnia aktualizacja: 10.08.2021 08:10
Índio da Cuíca przez pół wieku grał, tańczył i śpiewał u boku wielu brazylijskich muzyków. Ale dopiero w roku swoich siedemdziesiątych urodzin, nagrał pierwszy solowy album – współczesną kwintesencję brazylijskiej muzyki.
rozwiń zwiń