Czas na klasyków! W poszukiwaniu muzyki nowych i młodych wykonawców, w radości odkrywania odświeżających spojrzeń, wizji i interpretowania tego, co wywodzi się z zachwytu szeroko pojętą muzyką tradycyjną, warto nie tracić z pola widzenia (i słyszenia) tego, co proponują wciąż twórczo aktywni, w rozkwicie swych możliwości artystycznych, mistrzowie i mistrzynie gatunku. Dziś o takiej właśnie perspektywie, bowiem nowa płyta Marii Pomianowskiej jest nie tylko znakomitą wypowiedzią artystyczną, ale otwiera też mnóstwo ważnych kontekstów i skojarzeń, które warto mieć na uwadze w kontakcie z jej niebanalnym i szczególnym, z wielu powodów, muzykowaniem.
Najnowszy krążek artystki jest w istocie dziełem solowym, choć w dwóch utworach słyszymy duet, ale o tym za chwilę. To płyta z jednej strony wielce pouczająca, wirtuozerska, a zarazem wzruszająca w swej emocjonalności, także gdy postrzegamy ją w kontekście jedynej w swoim rodzaju historii, jaka za nią stoi. Płynie muzyka niezwykle czuła i w pewnym sensie zmysłowa, bo też stosunek Marii Pomianowskiej do instrumentów, na których gra, wyrasta zdaje się daleko ponad standardowe odniesienia. Wielu wykonawców może wszak powiedzieć, że kochają swoje instrumenty, są z nimi zżyci itp. Tu mamy jednak o tyle szczególną sytuację, że wykonawczyni-instrumentalistka jest jednocześnie główną sprawczynią renesansu, a mówiąc bez metafor – powrotu do życia koncertowego instrumentów, które wydawały się przynależeć już do przeszłości.
Piszę tu o sprawach poniekąd oczywistych, bo chyba dobrze znanych sympatykom szeroko pojętej muzyki folkowej, interpretującej tradycję. Ale w sposób symboliczny powracają one w kontekście tego albumu. Artystka pisze, że nagrywała go na trzydziestolecie swej podróży w przeszłość – i trzydziestolecie rekonstrukcji instrumentów, a zarazem podsumowuje swoje dotychczasowe dokonania. Streszcza przy tym w dołączonej do krążka książeczce losy owych odkryć sprzed trzech dekad. Wspomina więc o kolejach rekonstrukcji owych fideli kolanowych, na których gra się techniką paznokciową: suki biłgorajskiej, fideli płockiej, suki mieleckiej – a płyta jest rodzajem hołdu dla tych instrumentów i dla muzyki samej w sobie. Wspomina ludzi, dzięki którym ta podróż mogła się odbyć – Marię Baliszewską, Macieja Rychłego, Andrzeja Kuczkowskiego, którzy na różnych etapach inspirowali ją, bądź wspierali w rekonstruowaniu instrumentów oraz szukaniu ich brzmienia. Dziś znamy owo brzmienie doskonale z wykonań jej samej oraz licznych uczniów i uczennic (także zdobywczyni tegorocznej grand prix na Nowej Tradycji!), a jednak wolno ten dysk traktować jako dzieło szczególne.
Maria Pomianowska ma na koncie kilkadziesiąt albumów, realizowanych w różnych kontekstach, w rozmaitych układach personalnych, z wieloma instrumentalistami, których zapraszała do współpracy. Skoro mowa tu o jubileuszu, to warto sobie przypomnieć jej piękną drogę usłaną wieloma niebanalnymi, wieloma znakomitymi płytami. Było tak od debiutu w zespole Raga Sangit, przez kilka świetnych krążków z Zespołem Polskim (na czele z pionierskim, sławetnym albumem Muzyka nizin, gdzie bodaj po raz pierwszy rozbrzmiewa suka biłgorajska) po liczne dzieła autorskie lub takie, na których Pomianowska była liderką zapraszająca do współpracy artystów z różnych stron świata (ze Suitą Jedwabnego Szlaku, spektakularnym Chopinem na 5 kontynentach, Amber & Silk project, suka meets zheng) po wspaniały cykl krążków wydanych przez For-Tune (na czele ze Stwórco Łaskawy, The Voice of Suka, Sukotherapy) – by wymienić tylko niektóre. Wspominam pokrótce tę historię, bo po pierwsze: skłania do tego jubileuszowa / rozliczeniowa koncepcja nowej płyty, po drugie: w pośpiechu dnia codziennego gotowi jesteśmy zapominać ważne dokonania z niedawnej nawet przeszłości – a są one (upieram się) istotnym kontekstem dla najnowszych dokonań Pomianowskiej. Podkreślić trzeba jednak, że jej najnowsze, wykonane solo, nagrania mają smak szczególny. Inny jest tu rodzaj skupienia. Dbałość o dźwięk i o wspomniane narracyjne walory spadają tylko na jedną instrumentalistkę. Całość jest więc z jednej strony bardziej krucha i surowa, z drugiej – oto bezpośredni przekaz emocji i energii.
CZYTAJ TEŻ: Maria Pomianowska: muzyka to radość dla wykonawcy i jego publiczności
Mamy tu wielce interesujące kompozycje, śpiewne melodie, pozwalające na zaprezentowanie szerokiego arsenału technik i niewątpliwych sprawności technicznych, ale też umiejętności panowania nad nastrojem, klimatem, nad dramaturgią całości. Artystka unika pokusy grania koncertu mistrzowskiego czy wirtuozowskiego, którego celem byłoby tylko epatowanie niebagatelnymi przecież zdolnościami. Stawia na piękno muzyki, na wdzięk melodii, a przede wszystkim – tak rzecz całą słyszę – na to, żeby całość miała jednak formę opowieści, żeby wychodziła naprzeciw słuchaczowi, by zaprosić go do intymnego świata dźwięków, ale nie po to, by rzucić go na kolana technicznymi patentami. I w tym równie tkwi magnetyczna siła omawianych tu nagrań.
Repertuar stanowią autorskie kompozycje Pomianowskiej. Oczywiście, słychać w nich wyraźnie echa doświadczeń zdobywanych przez artystkę w minionych dekadach. Jest tu więc trochę Orientu, trochę współczesnej kameralistyki, nade wszystko mnóstwo ech albo skojarzeń (niechby tylko skojarzeń słuchacza) z muzyka słowiańską, środkowoeuropejską. Nie jest to, naturalnie, tak radykalny krok jak (też świetna skądinąd) płyta Nowe oblicza tradycji, sprzed trzech lat, będąca próbą – bardzo udaną – dosłownego zmierzenia się brzmienia suki biłgorajskiej z kameralną muzyką współczesną. Tu mamy mniej eksperymentu, więcej – powiedzmy – czułości: i dla tej płyty jest to koncepcja znakomita. Co ciekawe, sama Pomianowska wspomina jako kontekst, jako natchnienie(?) nazwiska Niccolo Paganiniego i wspaniałego Rossa Daly – warto mieć i to na uwadze.
Wspomnijmy na koniec o owym duecie, który – choć niezwykle prestiżowy – nie zakłóca wrażenia osobistej, nieomal intymnej wypowiedzi. W dwóch utworach towarzyszy Pomianowskiej mistrz gry na kemencze, świetnie znany w naszym kraju wybitny irański muzyk Kayhan Kalhor. Gdy grają razem – dzieją się rzeczy czarowne, ale gdy Pomianowska muzykuje sama – dzieje się tak również!
Tomasz Janas
Maria Pomianowska
Solo suka
Soliton 2026
Ocena: 4,5/5
***
Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.