W Kijowie, Charkowie, Mariupolu czy Donbasie Paweł Kęska był kilkukrotnie, z bliska oglądając miejsca, które doznały wojennych dramatów. – To było wiele projektów i podróży, byłem chyba w każdym większym ukraińskim mieście, mam tam wielu przyjaciół – tłumaczy gość PRdZ. Pierwsze dni i tygodnie pełnoskalowej wojny wspomina jako niesłychany szok i wstrząs. Wciąż dostawał dramatyczne informacje od bliskich znajomych o bombardowaniach i ofiarach śmiertelnych. – Byłem wtedy w Polsce i przede wszystkim z dworców, jak nocny kierowca taksówki, przejmowałem ludzi, którzy dotarli do naszego kraju. Trochę znam ukraiński, więc było mi łatwiej z nim rozmawiać, wraz z przyjaciółmi pomagałem jak umiałem, mobilizowałem też innych. To było rozwożenie uchodźców dniami i nocami do różnych miejsc – wspomina Paweł Kęska.
- Potem – jak dodaje - służyłem jako kontakt, pomagałem ludziom się ogarnąć i w Warszawie, ale też na Ukrainie: gdzie trafić z pomocą, do kogo się zgłaszać, jakie organizacje są czynne, aktywne, kto jest wiarygodny. No i potem zaczęło się jeżdżenie, wielokrotnie, kilkadziesiąt razy w różne miejsca, coraz dalej, coraz dalej… Wolontariusz dotarł do bombardowanego Chersonia i do Zaporoża. Później zaangażował się w projekty w ramach Fundacji „Most Solidarności”, związane z pomocą medyczną w terenach przyfrontowych w obwodach Donieckim, Dniepropietrowskim i Zaporowskim.
Paweł Kęska pracował też jako dziennikarz. – Gdy zaczęła ta wojna poczułem, że muszę mówić prawdę, czyli po prostu dzwoniłem do mnóstwa ludzi, nagrywałem korespondencje i wysyłałem je do agencji i do różnych mediów, chciałem tam dotrzeć z informacjami z pierwszej ręki. Szczególnie pamiętam kontakty z bombardowanym Mariupolem, z którego udawało się przekazywać informacje na bieżąco, prawie z godziny na godzinę - tłumaczy.
- Moim obowiązkiem jest opowiadać ludzkie historie, bo to jest szczepionka na zło tego świata. Receptą na politykę, która jest niesprawiedliwa, na wojny, które niosą śmierć, jest patrzenie w oczy ludzi – mówi Paweł Kęska w rozmowie z Ewą Plisiecką.