REKLAMA

Stare, nieruchome głowy

Ostatnia aktualizacja: 25.08.2016 08:58
Ale fajnie było! Fajnie, bo się wszystko fajnie ruszało! A ruszało się – co właściwie? No – to! Ruszało się to, co się ruszało! Logiki zadowolenia Felka nie da się obalić. I kontent jest Felek. W 40 minut zobaczył tak wiele, nie widząc nic.
Z lewej niedźwiedź prawdziwy, z prawej pluszowy miś
Z lewej niedźwiedź prawdziwy, z prawej pluszowy miśFoto: Denali National Park and Preserve/flickr/CC BY-SA 2.0/pixabay/domena publiczna

Żukowi Opalskiemu, ze współczuciem

I jeśli Ci powiedzą, że są zbyt szybko malowane, możesz odpowiedzieć, że oni patrzą zbyt szybko.

Vincent van Gogh o swych obrazach. List do Theo van Gogha.

Pośpiech poniża.
Montaigne

Stał, nie kręcąc głową. Stał. Jak zamarznięty. Stał tak Vincent van Gogh w muzeum w Hadze i patrzył na obraz Jana Vermeera „Widok Delft”. Stał. Patrzył. Patrzył. Stał. Stał i stał. Patrzył i patrzył. A dalej – stał i patrzył. Po czym – patrzył i stał. Stał i patrzył. Patrzył i stał. Stał i stał. Patrzył i patrzył... Jak długo? Godzinę? Trzy? Więcej? Do zmierzchu? Możliwe. Możliwe, że był zamarznięty aż do zmierzchu.

Niewiele lat później, 18 października roku 1902, Marcel Proust w tym samym miejscu stał podobnie i porównywalnie długo patrzył na to samo. Wyzna, że to jest najpiękniejszy obraz świata. W "Uwięzionej", piątym tomie opowieści "W poszukiwaniu straconego czasu", pozwoli Bergotte’owi, pisarzowi wielkiemu, którego cechowała "subtelność dekadenckiego mandaryna" i nadzwyczajny nos w kształcie skorupki ślimaka - pozwoli mu umrzeć przed wystawionym gościnnie w Paryżu "Widokiem Delft". Osuwając się na ziemię, pocieszy się Bergotte: "Zwykła niestrawność, niedogotowane kartofle, to nic". Ale to nie była niestrawność.

Van Gogh, Proust, Bergotte – stali i patrzyli, zamarznięci. Stali spokojnie, niespiesznie patrzyli i do zupełnie nieruchomych głów im nie przyszło, że trzeba oczy poganiać, gdyż "Widok Delft" zaraz gdzieś pogna - na kawę, na papierosa, do domu – pogna w diabły i nie wróci. Nie poczuli presji pchlego pośpiechu, bowiem stali i patrzyli na obraz w tych cudownie flegmatycznych czasach, kiedy obrazy się nie ruszały. Ani płótna całe, ani żaden namalowany na nich detal. Choćby ten okruch "Widoku Delft" – kawałek żółtej ściany z daszkiem. Doskonała plama, na amen do płótna przyszpilona niewidzialną igłą.

Od 20 sierpnia w dawnym gmachu Dworca Głównego w Krakowie – co 40 minut kica sobie do fajnej muzyczki żółtawy autoportret van Gogha. Rzecz jasna – nie oryginał, a reprodukcja, slajd monstrualny i przerażająco nowoczesny. Gigantyczny elektroniczny erzac żółtawego autoportretu kica sobie i kicają gigantyczne elektroniczne erzace reszty dzieł van Gogha, jest tego w sumie ponoć 3000 sztuk. 3000 widoków, co wyszły spod ręki van Gogha, zmielonych na Saharę pikseli technologii SENSORYN TM, która jest sednem multimedialnej wystawy, multimedialnej operetki "Van Gogh Alive". I wiruje sobie Sahara pikseli przez minut czterdzieści, a potem – od początku! I tak do zmierzchu! I w lewo, i w prawo, i w górę, i w dół kicają sobie monstrualne slajdy, pulsują tanecznie na ścianach, kolumnach i zastawkach, zwinnie czołgają się po podłodze, momentalnie nicują się wzajem, znikają i się pojawiają na sekund parę to tu, to tam! I fajnie jest, choć głowa widza wiruje niczym upocony bąk dziecinny, a wyżymana wirowaniem szyja rozgrzana niczym martenowski piec! Jest fajnie, bo to, co nigdy się nie ruszało, naraz, popatrz no tylko Felek, rusza się! Przecinki? Przerwy jakieś? Kropki? Nie ma czasu na to! Więc żółtawy portret van Gogha noskiem kiwnął jak artystka z teatrzyku varieté nózią i już go nie ma za to słonecznik przyfruwa po słoneczniku zaś rozklepane buciory w stepującym stylu przybiegają a po lewej seledynowy żniwiarz w żółtym kapeluszu pod żółtym słońcem Południa krokiem poloneza miejsca ustępuje ziemniaczanym twarzom holenderskich chłopów co je wymiata lecący jak latawiec most zwodzony w Prowansji który długo miejsca nie zagrzeje bo oto kica krzesło w jasnym świetle dnia kica żwawo i żwawo w niebyt kica gdyż kankanem suną kwitnące sady samotne cyprysy rozwichrzone pszeniczne pola z ciemnymi drogami i gromadą czarnych ptaków które rzuć tylko byle prędko okiem Felek odlatują całkiem jak ten dym z papierosa co go w zębach trzyma ludzka czaszka i tak dalej i dalej kic kic kazaczoki polonezy krzesane chodzone walce barw i kresek zupełnie nieważkich wirowanie, spójrz sprintersko Felek, bo ci inaczej umknie wszystko, spójrz jak fajnie jest fajnie bo puchowo lekko łatwo i przyjemnie jak w "Księżniczce czardasza" jak w tej pieśni cudownej artystki artystki artystki z varieté nie biorą miłości zbyt tragicznie dlatego kolego tak uwielbiamy je dlatego nas ciągną tak magnetycznie! Hej! Hej! I raz jeszcze hej! Hej, Felek, hej! Hej, idem w las! Piórko mi się...

A gdyby tak zjawił się Hamlet i powtórzył z Felkiem lekcję marności patrzenia nieuważnego, po łebkach, zdyszanego, pchlego, patrzenia dotkniętego ADHD, lekcję, którą dał Poloniuszowi na kanwie chmury? Ta twarz van Gogha, co mignęła – naprawdę żółtawa była, drogi Felku o szyi kręceniem rozgrzanej do czerwoności, nie czerwonawa aby?... Rzeczywiście, chyba czerwonawa... Może jednak tyleż czerwonawa, co brunatna?... Owszem, brunatna... A nie zielona?... Nie inaczej – zielona... A może to w ogóle nie była twarz tylko krzesło lub rozkwitła gałązka migdałowca w szklance?... Tak jest – to było krzesło oraz rozkwitła gałązka migdałowca w szklance!... I to jest wszystko, co po wyjściu z multimedialnej operetki na dworcu głównym Felek wie o żółtawym autoportrecie van Gogha. Ale fajnie było! Fajnie, bo się wszystko fajnie ruszało! A ruszało się – co właściwie? No – to! Ruszało się to, co się ruszało! Logiki zadowolenia Felka nie da się obalić. I kontent jest Felek. W 40 minut zobaczył tak wiele, nie widząc nic.

W jednym z setek listów do swojego brata van Gogh wyznał: "Najbardziej wzruszające u Szekspira jest to, że głosy tych ludzi, które dochodzą do nas po wiekach, nie wydają się nam nieznane. Tyle w tym życia, że doznaję wrażenia, jakbym ich znał i widział wszystko. I to jeszcze, co jeden chyba Rembrandt ma wśród malarzy, ma także Szekspir. Czułość w spojrzeniu. Ta wstrząsająca czułość, ta nieskończoność nadludzka, a tak naturalna". Dostrzegł ją też, gdy patrzył na "Widok Delft" Vermeera. I miał ją, gdy godzinami, zamarznięty, wpatrywał się w rzeczy najbanalniejsze - krzesło, zboże, buty, most, fajkę, zgaszoną święcę lub słonecznik – zanim sięgnął po pędzel. Czułość to w istocie czułość dla detalu. W sztuce detal jest wszystkim. Detal – czy to będzie słowo Szekspira, czy kolor van Gogha - wymaga czasu. Spokojnego czasu, nieruchomej głowy, oka uporczywego, uważnego, dla którego jeden punkt jest przez godzinę, trzy godziny, albo aż do zmierzchu – światem całym. Bo tylko tak, jak to ujął Paul Klee, można coś istotnego "wyskubać" z opowieści Szekspira i kilku innych, albo z obrazów van Gogha i kilku innych. Od biedy – niech to będą reprodukcje. Tak. Lecz reprodukcje taktowne, a nie jajcarskie kicające erzace wielkości konia, nie wirujący piach zdyszanych pikseli, nie odpustowa karuzela kresek i barwa, nie fiku-miku dla tych ślepawych, co im się spieszy.

Van Gogh łatwiuteńki, puchowo lekki, przyjemny, zabawny i do rany przyłóż? Van Gogh w czerwonym śliniaku w grochy białe, fikający nóziami, nucący piosenki słodkie? Van Gogh – artystka z varieté, co jej nad krągłą dupcią strusie pióra fajnie falują, kiedy w finale łzawej operetki po schodach wstępuje w niebo z bibuły i złotek po cukierkach ślazowych? Rzecz, ciemna rzecz w tym, że taki erzac van Gogha jest dziś w tonie dobrym, jest na fali, jest normalnością. Szekspir, dajmy na to, w papierowe torby i w wagon kolejowy zrobiony tak, jak się kogoś w konia robi. Bo to fajne, nowoczesne. Czechow jako laleczka Barbi. Bo to fajne, odkrywcze. Molier z klocków lego, Różewicz w styropianie, Strindberg na rowerze, córka Leara jako szeregowy ksiądz w Watykanie. Bo to fajne, pieprzne i niepokorne. Co jeszcze? Ile jest tej tandety szybkiej, łatwej i przyjemnej dla nie lubiącego widzieć, rozlatanego oczka w jak bąk kręcącej się główce? Jak wiele jest dziś papuzich erzaców teatru w teatrze? Jak mało czułości w spojrzeniu, jak niewiele uważności dla drobin?

Bergotte miał rano lekki atak uremii. Lekarz zalecił spokój, ale Bergotte jednak wstał, ubrał się i wyszedł. Nie mógł nie zobaczyć raz jeszcze "Widoku Delft", który wielbił. Na schodach do muzeum poczuł lekki zawrót głowy. To nic. Wszedł, zamarzł przed doskonale nieruchomym obrazem Vermeera, patrzył. Proust nie pisze, jak długo stał. Patrzył wystarczająco długo, by zobaczyć, naprawdę zobaczyć, poskubać okiem kilka olśniewających maleństw: malowane na niebiesko drobne postacie ludzkie, róż rzecznego piasku, wreszcie sedno – "szacowną materię kawałka żółtej ściany". Znów zawrót głowy, ale silniejszy, a po chwili znów, jeszcze silniejszy. To nic. "Bergotte wlepiał wzrok w bezcenną ścianę, jak dziecko wpatruje się w żółtego motyla, którego pragnie pochwycić. Tak powinienem był pisać – powiedział sobie. – Moje ostatnie książki są za suche; trzeba było je pociągnąć parę razy farbą, uczynić każde zdanie cennym samo w sobie, jak ten fragment żółtej ściany".

Zjawiła mu się waga. Na jednej szali – jego życie, na drugiej – ten nieruchomy, cytrynowy motyl Vermeera. Powtarzał sobie w kółko: "Kawałek żółtej ściany z daszkiem, kawałek żółtej ściany". Osunął się wolno na kanapę. Nie, to nie była niestrawność, to nie były niedogotowane ziemniaki, to nie było nic. "Kawałek żółtej ściany z daszkiem, kawałek żółtej ściany". Z kanapy stoczył się na chłodną posadzkę. Zbiegli się ludzie, ktoś próbował pomóc, ktoś pobiegł po lekarza, a może nie pobiegł. Obojętne. Nie było już kawałka żółtej ściany z daszkiem.

Kto wie – gdyby znał listy van Gogha, może tuż przed końcem zdążyłby szepnąć to, co van Gogh rzekł o "Żydowskiej narzeczonej" Rembrandta?

"Trzeba umrzeć po wielekroć, aby tak malować".

Czytaj także

Spojrzenie woźnicy z brązu

Ostatnia aktualizacja: 28.07.2016 22:04
Dobrze wiedział, że istnieją opowieści, w spotkaniu z którymi jest się zbyt małym, by móc mówić. Wtedy trzeba po prostu odejść. Niespiesznie, bez słowa, z lekko opuszczoną głową. Jak on od spojrzenia brązowego, jednorękiego woźnicy w Delfach.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Kłopotliwa fajka Alberta Einsteina

Ostatnia aktualizacja: 03.08.2016 16:30
Nie pojechałem do Gdańska. Może pojadę... Czytam "Morze i Zwierciadło", wędruję labiryntem odpowiedzi Audena, łowię dźwięki, próbuję się nie zgubić. Słyszę intonację człowieka, który usłyszał intonację Szekspira. Nie, jednak nie pojadę do Gdańska
rozwiń zwiń
Czytaj także

Skubanie widoku

Ostatnia aktualizacja: 11.08.2016 17:35
Gdy da się ogólnie i patetycznie skandować, lecz ze śrubką w środku skandowania jakąkolwiek, to chyba tylko głupek by się mordował z cyzelowaniem estetyki śrubki! Wkręci się pierwszą z brzegu – i jakoś ujdzie! I tak nikt nie zauważy!
rozwiń zwiń
Czytaj także

Wielka rola

Ostatnia aktualizacja: 18.08.2016 20:39
Siedział w swej samotni, nie zwracając najmniejszej uwagi na wszystko poza zajęciem, któremu się tam oddawał.
rozwiń zwiń