Bardzo stary krajobraz

Ostatnia aktualizacja: 03.11.2016 16:56
I aby z odpowiednim przytupem wyrazić potworne swe i niezawinione bóle artysty, którego wolność została zmiażdżona zakazami, Borczuch ponoć puszcza z głośników „Va pensiero”, pieśń niewolników z opery Giuseppe Verdiego „Nabucco”... Cóż można z tym wszystkim zrobić?
Zdj. ilustracyjne
Zdj. ilustracyjneFoto: Lucas Francis/wikimedia/CC BY-SA 3.0

Problem, a nawet problemat granic twórczej wolności artysty – zwłaszcza jednego artysty wobec dzieła drugiego artysty, choćby teatralnego reżysera w kontakcie z cudzą opowieścią – jest problematem oczywiście ważkim i rzecz jasna starym jak sztuka, a też zdumiewająco modnym w czasach najnowszych. Owszem. Lecz obok, w cieniu, tkwi kwestia skromniejsza. But. Na przykład but. Sprawa buta. Cóż jest w nim aż tak denerwującego, że artysta czuje mus interweniowania? Nie mówię o obuwniczych klejnotach z wybiegów w Mediolanie, mówię o cicho trzeszczącej marności za dwa grosze.

But najzwyklejszy pod słońcem, zupełnie niczym się nie wyróżniający, idealny dla powieści Roberta Musila „Człowiek bez właściwości”. Trep spoza panującej mody obuwniczej, jakby spoza czasu, na stopę dziadka, ojca i syna, może nawet pasujący do kolejnych nóg, o ile przetrwa. But z chodnika w peryferyjnej dzielnicy miastka prowincjonalnego, nie odświętny, codzienny, o zdartej podeszwie, wciąż spadający z pięty. Wierny but na deszcz i słońce, na lato i zimę, bo innego nie ma, but ten sam od zawsze i do końca, bo innego już nie będzie. Ot, pies, sznurowany kundel, dobry na czekanie, a tylko to zostało do zrobienia. Właściwie co - jaki błąd, jaka ułomność, jaki brak - tkwi w tej anonimowej marności na lichej podeszwie, że twórcza wolność artysty, stającego naprzeciw marności, zrywa się z uwięzi, w szaleństwo wpada i do ucha artyście warczy: „Zróbże ty coś z tym butem, bo przecież nie może być tak, żeby on był tylko znikąd, żeby pozostał po prostu butem!!!”?

Droga wiejska. Drzewo. Wieczór. Estragon siedząc na niskim kamieniu usiłuje zdjąć sobie but. Ściąga go obiema rękami postękując. Wyczerpany daje za wygraną, zdyszany odpoczywa chwilę, zaczyna próbować na nowo. To samo. Wchodzi Vladimir.

ESTRAGON (dając za wygraną) Nic się nie da zrobić.

VLADIMIR (zbliżając się sztywnym, drobnym kroczkiem, na szeroko rozstawionych nogach) Zaczynam się skłaniać ku temu. (Przystaje) Długo zwalczałem w sobie tę myśl mówiąc sobie: Spokojnie, Vladimir, spokojnie, wszystkiego jeszcze nie spróbowałeś. I walczyłem dalej. (Zamyśla się, rozpamiętuje tę walkę. Do Estragona) Więc znowu jesteś.

ESTRAGON Myślisz?”

Czytam to otwarcie starej opowieści, prolog, w którym but bez właściwości i bez właściwości los dwóch trampów marnych nicują się wzajem łagodnie. Znów czytam „Czekając na Godota” Samuela Becketta – wracam do sedna, gdyż dysputy o granicach twórczej wolności artysty teatru przekroczyły próg jałowości. Chyba już tak, bo ileż można?! I niby kto ma raz na zawsze rozstrzygać spór, kto i kiedy?! Towarzystwo Beckettowskie – i tak będzie do roku 2059, kiedy wygasną prawa autorskie – pilnuje pragnienia Becketta, by w teatrach zanadto nie cudowano z dziełami jego. Ot, i cała kość niezgody. Nie należy ingerować w słowa, skreślać, przestawiać ani dopisywać swoich. Nie należy zmieniać krajobrazów sportretowanych w didaskaliach. Nie należy krasić pasm ciszy melodiami, a o ciekawych zmianach płci bohaterów i o wprowadzaniu atrakcyjnych efektów specjalnych – lepiej zapomnieć. To wszystko. W Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi Michał Borczuch wyreżyserował „Czekając na Godota” i jeśli ufać recenzentom – stworzył sceniczny manifest-pytanie o wolność artystyczną, dał strażnikom testamentu Becketta dzielny odpór. Jest to akt nieposłuszeństwa. Ba! Jest to protest przeciwko aktowi cenzury prewencyjnej – ponoć właśnie tak Borczuch, który czuje się nieszczęśliwym niewolnikiem litery dramatu, nazywa pragnienie Becketta. Po prostu - nie dał się Borczuch! I znalazł sposób na dowcipne zaktualizowanie „Godota...”, na wpisanie go w bieżący kontekst społeczno-polityczny. Na przykład, to u Becketta drzewko suche, zupełnie bez gatunkowych właściwości, ten kikut skundlony niczym but Estragona, kikut, na którym w przerwie między aktami kilka zielonych listków się pojawia - przepoczwarzył w dorodną nadwiślańską wierzbę płaczącą. Albo ten Chłopczyk, który u Becketta przychodzi, by oznajmić, że pan Godot dziś już nie przyjdzie, lecz na pewno przyjdzie jutro. W protest-seansie Borczucha chłopców jest dwóch i ponoć bardzo, ale to bardzo przypominają Jacka i Placka, powszechnie znanych bliźniaków z filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”... Czy łapiecie tę aluzję subtelną niczym myśl pewnego francuskiego krytyka, który oznajmił, że Godot to... generał de Gaulle? I aby z odpowiednim przytupem wyrazić potworne swe i niezawinione bóle artysty, którego wolność została zmiażdżona zakazami, Borczuch ponoć puszcza z głośników „Va pensiero”, pieśń niewolników z opery Giuseppe Verdiego „Nabucco”... Cóż można z tym wszystkim zrobić?

Czytam „Czekając na Godota”. Więcej nie da się zrobić. Rzecz jasna, znajdzie się stu, co staną w obronie dzielności Borczucha, wołając: „Wolność! Wolność! Wolność!”. I w tej samej chwili znajdzie się stu, którzy psy na nim wieszać będą, pytając ironicznie: Jeśli się dziś na pokaz wystawia, dajmy na to, „Amarcord” Felliniego, nie robiąc przed seansem uwspółcześniających dokrętek, jeśli pan Sasnal nie domalowuje obrazom Boznańskiej, dzień przed ich wystawieniem, plam nowoczesnych i bardzo aktualnych, jeśli na konkursach pianistycznych zawodnicy grają na fortepianach, nie na laptopach, i jeśli w Muzeum Rodina w Paryżu nikt co sezon nie obtłukuje rzeźbom nosów i nie przytwierdza nosów świeżych, które idą z duchem czasu oraz chirurgii plastycznej – to niby dlaczego akurat w teatrze ma bywać inaczej, czyli zupełnie kretyńsko, bezczelnie, do wiwatu? Hę? A ja wracam do początku, do sedna. Czytam „Godota...” po raz setny i bodaj pierwszy raz zjawia się pytanie: Właściwie co jest nie tak z marnym, spoza czasu butem Estragona, że go nad Wisłą młodzi artyści koniecznie zmieniać chcą? Rozczarowuje ich wieczność buta i tysiąca podobnych znaków? Mierzi artystów, że znaki te nie mają doraźnych kontekstów? A może kłuje ich doskonałość Becketta i jego piękna niechęć do oblepiania widzów tanim pocieszeniem, doraźną ironijką, uśmieszkiem tymczasowym, porozumiewawczym mrugnięciem?

Marny, wieczny but istoty bez właściwości, czekającej w środku szarego krajobrazu, o którym da się rzec tylko, że jest, ale nie da się powiedzieć, ani gdzie, ani kiedy. Taki but i tysiąc podobnych, cudownych drobin, z których Beckett skomponował absolutną doskonałość „Czekając na Godota”. But, droga nie wiadomo skąd, ani dokąd, drzewo skundlone, jakiś kamień, jakiś zmierzch bez pory roku. Ból w nodze Estragona - tan ból zostanie. Nic się nie da zrobić. Vladimira stare jak jego świat kłopoty z nerkami. Nie znikną. Lichy kapelutek Vladimira, w kieszeni jego marynarki bez właściwości – rzepa i marchew. Kołysanka, co ją Estragonowi nuci do snu, a kiedy Estragon uśnie – przykryje go marynarką. Pozzo ślepnie, Lucky traci głos. Zielone listki na kikucie drzewa. Pan Godot przyjdzie, ale nie dziś. Trzeba czekać. Tyle im zostało. Czekanie i słowa, żeby jakoś doczekać. Wpierw snu, później świtu. Księżyc wysoko w górze nad krajobrazem bez właściwości, gdzie tylko droga, kamień, drzewo i dwie postacie. Nie zjedzą marchwi, nie zjedzą rzepy. Może zjedzą jutro. O ile wszystko będzie dalej po staremu... Wystarczy.

Tysiąc pięknych ingrediencji Becketta. Tysiąc marnych drobin zlepionych w doskonale symetryczną pestkę, gdzie indziej zwaną losem ludzkim, ale to słowa stanowczo zbyt patetyczne jak na świat Becketta. Cóż w pestce tej tkwi takiego, co niektórym każe ją rozłupywać i gmerać w niej? Nie wiem, nie pojmuję. Opadają ręce. Co tak naprawdę nie pozwala reżyserom zwyczajnie usiąść na krześle i bez słowa, bez ruchu patrzeć wpierw na wieczny but Estragona, a później na całą resztę? Pyszałkowatość małych, dotkniętych rodzajem wolności, o którym nie wiedzą, że to tylko odpustowa łupina z papier mâché, upstrzona kropkami taniej farbki?

***

Paweł Głowacki/mc

Czytaj także

Lekcja Błaznów

Ostatnia aktualizacja: 06.10.2016 17:00
Błazny Szekspira! Błazny zawsze w środku opowieści, języka, intonacji, wtulone w upadający światek. A sam Szekspir? Czy z nim i baśniami jego mogło być inaczej? Czy mógł stawać poza nimi? Kim by wtedy był?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Na ołów wywrócona

Ostatnia aktualizacja: 13.10.2016 15:30
Białe prześcieradła spadają nagle z nieba i gibka Flora zaczyna się po nich wspinać lekko i elegancko niczym kusząca kolegów orangutanica po drzewach deszczowego lasu Borneo lub Sumatry.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Spojrzenie Tintagilesa

Ostatnia aktualizacja: 20.10.2016 17:26
Wrócił do początku – powtórzył, a raczej odpowiedział na swojego geometrycznego Maeterlincka z roku 1937. Powiadają, że było to jego ostateczne pożegnanie z geometrycznością, z którą się pół wieku w sztuce borykał w imię umykającego między palcami lęku.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Bawić się z nim, grać

Ostatnia aktualizacja: 27.10.2016 18:32
Przypomina się zdanie, które Globisz jako Kaspar, albo tylko jako Globisz, wieki temu wciąż od nowa wyłuskiwał z siebie na tej scenie. „Chcę stać się taki, jaki był kiedyś ktoś inny”. Na przykład taki, jaki był - on sam.
rozwiń zwiń