Naftowa lampa w Nymburku

Ostatnia aktualizacja: 28.07.2017 16:31
Z początkiem roku 1966 wszystko jest jeszcze w miarę w porządku, a nawet ponad miarę, bo przecież wszyscy jeszcze żyją. Nic jeszcze nie pozwala myśleć o pustce. Owszem, nic.
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjneFoto: maxpixel/domena publiczna

Lepiej, otoczony zewsząd gwarem słów, wsłuchaj się w wewnętrzny monolog młodości. Samotność, która cię ogarnie, nie przerazi cię. Milcząc, przedostaniesz się za kurtynę rozmów ludzi i staniesz twarzą w twarz z ciszą.

Bohumil Hrabal, „Skrzydło imbecylizmu”


Gdy z końcem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku świat zaczął pustoszeć jak na pstryknięcie, Bohumil Hrabal odwrócił ucho od świata. Być może poczuł, że usłyszał już wszystko, co było do wysłuchania, albo że to, co zaczynało wybrzmiewać, zapowiada utwór ciemny, płaski, płytki, nieludzko długi, albo że... O co szło? O cokolwiek poszło – odkleił ucho i w lasach Kerska, osady pod Pragą, dzień w dzień moczył twarz w strumieniu, szukał szczelin w konarach, unosił głowę i czekał. Po czym wracał do chałupiny w gaju wysokich brzóz, aby doczekać kolejnego ranka, kiedy znów zniknie w lesie, zmoczy twarz i będzie cierpliwie czekał z głową zadartą pod szczeliną w konarach sosen. Któregoś poranka – został w domku. Wkręcił kartkę w maszynę do pisania i wystukał początek „Postrzyżyn”, pierwsze szmery nostalgii, pisanej w formie monologu jego mamy Marii, wystukał szmery mglistej nostalgii, o którą być może nie podejrzewał swego doskonałego ucha, od zawsze łapczywie wsłuchanego w lepkie buczenie czasu teraźniejszego.

„Lubię te kilka minut przed siódmą wieczorem, kiedy szmatkami i zmiętą „Polityką Narodową” czyszczę szkła lamp, zapałką usuwam czerń opalonych knotów, nakładam z powrotem mosiężne kołpaczki i dokładnie o siódmej nadchodzi ta cudowna chwila, (...)”.

To i pozostałą część wolno falującego zdania słychać było kilka dni temu. W cyklu „Słuchowisko na lato”, lecz myślę, że i na okoliczność dwudziestej rocznicy mętnej śmierci Hrabala, radiowa „Dwójka” powtórzyła wyreżyserowane w roku 2000 przez Wojciecha Markiewicza słuchowisko „Postrzyżyny”. Głos Danuty Stenki był głosem Marii. Nie tak, jak u Hrabala, nie w prologu, a gdzieś w środku, głos ten ułożył się w początek zdania łowiącego szmer szmatek sunących po szkle, a później w całą zawrotną resztę zdania.

„(...), kiedy przestają pracować maszyny w browarze i dynamo tłoczące prąd wszędzie, gdzie świecą się żarówki, dynamo to zaczyna zmniejszać obroty i w miarę jak prąd słabnie, słabnie również światło żarówek, z białego światła staje się z wolna światło różowe, a ze światła różowego światło szare, sączone przez krepę lub też organdynę, aż wolframowe włókienka pokazują pod sufitem czerwone rachityczne paluszki, czerwony klucz wiolinowy”. I co wtedy? Palce Marii, zawisłe nad naftową lampą, stają się palcami pamięci Hrabala. „Wtedy zapalam knot, wkładam szkło, wysuwam żółty języczek, nakładam mleczny klosz ozdobiony porcelanowymi różami”. Zaczyna się Hrabala powrót do rodzinnego domu-browaru w Nymburku, podróż do źródeł.

Ale w roku 1966 i trochę później wszystko jeszcze jest w porządku, w miarę w porządku, nic jeszcze nie zapowiada przepaści, która się w Czechosłowacji rozewrze. Tom opowiadań Hrabala „Bar Świat” gruntuje jego pozycję wybitnego czeskiego pisarza, realisty o słuchu na doczesność wręcz absolutnym. Jiři Menzel kręci wg opowieści Hrabala doskonałe „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, film, który wśród krytyków i zwykłych widzów wzbudzi jednaki zachwyt, a Hrabalowi zapewni nagrodę im. Klemensa Gottwalda. Tak, z początkiem roku 1966 wszystko jest jeszcze w miarę w porządku, a nawet ponad miarę, bo przecież wszyscy jeszcze żyją. Nic jeszcze nie pozwala myśleć o pustce. Owszem, nic.

Ale 21 sierpnia roku 1968 czołgi wjeżdżają do Pragi. Jak na pstryknięcie - czeźnie jasność. Książki Hrabal i stu innych ludzi pióra – idą na przemiał. Hrabal i stu innych – stają się „pisarzami w likwidacji”. Jak na pstryknięcie – nie ma dokąd iść, nie ma kogo pytać, nie ma na co czekać. I jak na pstryknięcie milkną w tamtych latach ukochani Hrabala. Pierwsze puste krzesło – 5 kwietnia 1966 umiera ojczym Hrabala. Drugie puste krzesło – 21 marca roku 1967 odchodzi ubóstwiany, legendarny stryj Pepin. Trzecie puste krzesło – 5 grudnia roku 1968 popełnia samobójstwo kolosalny przyjaciel, Vladimír Boudník. Wreszcie krzesło czwarte, najboleśniej puste – 10 lutego 1970 roku umiera mama Hrabala, Maria. Dokąd iść? Kogo pytać? Na co czekać? I w tamtym czasie Eliszka, żona Hrabala, odkrywa w Kersku – 30 kilometrów od Pragi i bardzo blisko Nymburka, gdzie wszystko się dla Hrabala zaczęło – odkrywa wystawioną na sprzedaż chałupinę w gaju wysokich brzóz. Hrabal odwraca ucho od świata, zostawia Pragę za plecami. W kerskim strumyku, spływającym z odległego wzgórza, gdzie cmentarz, dzień w dzień obmywa twarz i nie wyciera jej. Któregoś ranka – latem roku 1970 - zaczyna wystukiwać na maszynie do pisania „Postrzyżyny”, swoją pamięć. Wsłuchuje się w brzmienia zupełnie inne niż dotychczas, inne dźwięki łowi. Ze strzępów, co ocalały, lepi sobie swój czas przeszły bardzo, ostatecznie dokonany. Próbuje wrócić. I tak otwiera najpłodniejszy okres twórczości. Po „Postrzyżynach” przyjdzie „Taka piękna żałoba” i cała ogromna reszta, choćby „Skarby świata całego”, na początku których tkwi takie motto: „Dziecko ustawia figurki, by je po chwili rozrzucić”. Od „Postrzyżyn” Hrabal pisze, jakby każdą skończoną swą opowieść kawałkował, aby kolejną opowieść ułożyć z mniej lub bardziej zmienionych starych kawałków, strzępów, fragmentów, obrazków, łupin. Od „Postrzyżyn” Hrabal jest powoli siwiejącym dzieckiem, obracającym w palcach wciąż te same figurki. Maria, Pepin, ojczym Francin, kilka innych indywiduów, rodzinny dom-browar w Nymburku, cały Nymburk, o którym powie: „Miasteczko, w którym zatrzymał się mój czas”... Pepin, Francin, Nymburk, Maria... Nymburk, Maria, Pepin, Francin... Jeszcze raz... I jeszcze... I do końca tak.

Lecz zanim w drugim zdaniu „Postrzyżyn” Maria zapali o siódmej wieczorem naftową lampę i miękkim żółtym płomykiem na dnie mlecznego szkła rozpocznie wielotomową próbę powrotów Hrabala – Hrabal dzień w dzień moczy twarz w strumyku spływającym ze wzgórza, na którym widnieje cmentarz. Za każdym razem uświadamia sobie, że w tej wilgoci muszą przecież pałętać się też soki nieboszczyków leżących na zboczu, także soki z trupów drzew, kwiatów, zwierząt. Nigdy nie wyciera twarzy. Z wysoko zadartą głową cierpliwie czeka, aż słońce i wiatr zrobią, co do nich należy. Czeka, aż pozostanie mu na twarzy cienki, sypki, bezbarwny nalot.

***

Paweł Głowacki/mc

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Ostatnia wyprzedaż

Ostatnia aktualizacja: 30.06.2017 15:00
A co najdotkliwsze w odbiorze, frazy godne znudzonego księgowego nie-aktorzy wymrukiwali – z najgłębszych głębin serc swoich. Zapomnieli, że odkąd teatr istnieje, szczytem fałszu na scenie jest lita, wprost z życia za włosy przywleczona, goła prawda.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Szlafrok mistrza

Ostatnia aktualizacja: 07.07.2017 15:00
Jest trochę tak, jakby w środku Roku Awangardy uczyli nas chodzić zwyczajnie, po ludzku. Na nogach, przodem do przodu i nie za nerwowo. Słowem - jak Pan Bóg przykazał.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Nie ma kota

Ostatnia aktualizacja: 14.07.2017 16:26
Nie ma Wolanda. Smolisty jego kocur nie siedzi na stosie ani rękopisów, diabelskim cudem ocalałych, ani zadrukowanych kartek. Nie siedzi Behemot, bo Behemota nie ma, a nie ma Behemota, gdyż nie ma kto Behemota przeczytać.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Ocelot

Ostatnia aktualizacja: 21.07.2017 17:39
Oto Hamlet wchodzi na scenę z „Błyskami” Julii Hartwig w dłoni. Poloniusz stawia odwieczne pytanie i słyszy w odpowiedzi legendarny rytm, tyle że zwielokrotniony, powtórzony czterysta, może pięćset razy.
rozwiń zwiń