Błękitna porcelana

Ostatnia aktualizacja: 08.09.2017 16:59
O nic nie pytam. Ja tylko kolejny raz siedzę sobie cicho w kącie salonu wiekowego domu przy ul. Piccadilly, na wprost Green Parku w Londynie, i słucham szmeru porcelany. 
(zdj. ilustracyjne)
(zdj. ilustracyjne)Foto: Hrazhynskaya Maryia /Shutterstock.com

Gilbert: Człowiek przemawiający we własnym imieniu najmniej jest sobą. Daj mu maskę, a powie ci prawdę. Żeby poznać prawdę, należy sobie wyobrazić miriady kłamstw.
Ernest: Moim zdaniem krytyk powinien być przede wszystkim sprawiedliwy.
Gilbert: Och, nie. Krytyk nie może być sprawiedliwy w zwykłym tego słowa znaczeniu. Możemy wydać prawdziwie bezstronny sąd jedynie o rzeczach, które nas nie obchodzą; dlatego pewnie bezstronny sąd jest zawsze bezwartościowy.

Oskar Wilde „Krytyk jako artysta”

Był większy, więc mali go bili, by rosnąć przez tę kojącą minutę, kiedy on leżał pod ich dźgającymi obcasami i kwiczał, błagając o litość. Ot, klasyczna duchowa higiena każdego kurdupla w tłumie jego braci kurdupli. Od dziecka Oskar Wilde był większy od kolegów z klasy, a później od arystokratycznego, oficjalnie zawsze szczelnie zapiętego pod samą grdykę, towarzystwa wiktoriańskiego Londynu. I tak zostało do końca. Kiedy w ostatnich miesiącach przed śmiercią błąkał się ulicami Paryża, jak reszta świata odwróconego doń plecami, przypominał osowiałego niedźwiedzia, kolebiącą się wielką, miękką, obrosłą tłuszczem kadź, wypełnioną absyntem zmieszanym z morfiną. Od zawsze był większy, lecz gdyby szło jedynie o centymetry, nie warto by o tym mówić. Tragedia małych na tym polegała, iż in flagranti układane zdania Wilde’a były o wiele pięter większe niż językowe kikuty, na jakie mali zdobywali się tylko w snach, a cóż dopiero o kikutach czasu ich jawy mówić. Wielki jego język, inny język, osobny, samotny. Jego niepowszednie, umykające dokądś intonacje. Nade wszystko ta drażniąca dwuznaczność jego kłujących wersów, które sprawiały ból, lecz do lekkiego śmiechu zmuszały zarazem. Co czynić z taką powtarzającą się innością? Co robić z tym finezyjnym kolosem, który nigdy nie zniża się do codziennego narzecza małych? Bić, aby choć przez minutę był mały, leżąc i błagalnie kwicząc o litość. Tak, odwieczna to higiena. Rzecz tylko w tym, że Wilde nie potrafił kwiczeć.


Kiedyś, we wczesnym dzieciństwie, gdy jego językowa finezja kolejny raz przekroczyła granice wytrzymałości tłumu tępych uszu na małej wysokości - tłum posiadaczy tępych uszu i parcianych wrażliwości czekał po lekcjach na niego za bramą szkoły. Spętał go motłoch kurdupli i bełkocząc coś koturnowego wlókł, budzącego bydlęcą nienawiść pyszałka i egotycznego klauna słów taszczył za rodzinny Dublin, ścieżką w wysokich trawach, na szczyt wzgórza - i tam go powalił. W ruch poszły obcasy. Szlochał? Kajał się? Przyrzekał poprawę? Zaklinał się, że tym razem już na pewno zmaleje na zawsze? Kiedy mali uspokoili obcasy, zobaczyli uśmiech tuż nad ziemią i usłyszeli wijące się w górę lekkie, miękkie wyznanie. Mieliście rację: widok stąd jest rzeczywiście prześliczny! Było jak zawsze: nie kwiczał. I nie kwiczał wiele lat później, w Oxfordzie. Studiował historię sztuki, uczył się u samego Johna Ruskina, kolosa krytyki, który z krytyki uczynił sztukę snucia intymnych, samotnych opowieści o sztuce, kolosa, bez którego prozy, tak odległej od stadnych wyobrażeń o krytyce jako domenie zimnych laborantów z ekierkami i kątomierzami w palcach pergaminowych, być może w ogóle nie powstałoby dzieło Marcela Prousta, bądź byłoby zupełnie inne niż jest. Uczył się odpowiadania na piękno - opowieścią, nie wykresami ani katalogiem elementów, a w czasie wolnym napawał się zbieranymi namiętnie cackami z błękitnej porcelany, cienkiej niczym kartki tomu ubóstwianych „Sonetów” Williama Szekspira. Z motylą delikatnością przyglądał się błękitowi filiżanek, obwąchiwał koliste, jakby nieważkie nieba talerzyków. Ta inność nie mogła nie drażnić. Pastor, szczelnie zapięty aż po grdykę, wyklinał go z ambony, wyklinał poganina, który sugerował, że nic na świecie, nawet dusza prawdziwego katolika, nie dorównuje doskonałością cienkiej błękitnej filiżance. A czterej koledzy z roku – kwartet małości - czterej o obliczach jednako płaskich i odstręczająco nijakich nocą wtargnęli do jego pokoju i obrócili porcelanową doskonałość w piasek. Co wtedy powiedział? Może coś z tego?
Była to jedna z tych charakterystycznych brytyjskich twarzy, którą gdy raz się zobaczy, nigdy się nie pamięta.
Sądzę, że lepiej być pięknym niż dobrym. Lecz z drugiej strony nikt bardziej ode mnie nie jest skłonny przyznać, że lepiej być dobrym niż brzydkim.
Ilekroć człowiek uczyni coś kompletnie głupiego, to zawsze z najszlachetniejszych pobudek.
Wykształcenie to coś wspaniałego, lecz warto pamiętać od czasu do czasu, że niczego, co warto jest wiedzieć, nie można nauczyć.

A może - na zawsze odklejając wzrok od płaskich twarzy czterech małych, czujących, że rosną na porcelanowym piasku – może wrócił do mądrości Ruskina i powiedział zdanie, które kiedyś zapisze, słowa, które będą w istocie sednem wszystkich jego hipnotycznie lekkich narracji: powieści „Portret Doriana Graya”, sztuk scenicznych, prozy poetyckiej, wierszy, bajek i opowieści krytycznych, zwłaszcza eseju „Krytyk jako artysta”, tego nocnego dialogu Gilberta z Ernestem, z których każdy jest częścią Oskara Wilde’a. Może powiedział: Język jest ojcem, a nie dzieckiem myśli.

Jak co roku o tej porze wracam nad progiem nowego sezonu teatralnego do ponad stuletniej rozmowy Gilberta z Ernestem. Rzecz dzieje się w pewnym domu przy ul. Piccadilly, na wprost Green Parku w Londynie. Wchodzę tam, żeby słuchać, tylko słuchać. Przyjaciel Wilde’a, George Bernard Shaw, mawiał, że oddałby wszystko za godzinę rozmowy z Wilde’em i że przez ten czas magiczny to tylko Wilde by mówił, a on, Shaw, jeden z najelokwentniejszych Irlandczyków wszystkich czasów, wyłącznie by milczał. Słucham więc, słucham filigranowego labiryntu dwóch głosów, w którym usychają wszystkie święte, dobroduszne, bezpieczne pojęcia świata krytyki sztuki. Obiektywizm. Rzetelność opisu. Naukowość. Pokornie szary, bezcielesny styl. Ideologia. Grzeczność. Operowanie wartościami. Adorowanie prawdy. Usłużność... Te i sto porównywalnie trupich wytycznych – na trochę ponad stu stronicach dialogu mrą nieuchronnie, lecz to, że mrą, nie jest najistotniejsze. Przed esejem Wilde’a więdły pod wieloma piórami, więdły i później, choćby w prozie Rolanda Barthesa, albo w esejach Bolesława Micińskiego, który kategorie filozoficzne traktował niczym bohaterów powieściowej fikcji. Istotne, że u Wilde’a wytyczne mrą niepowtarzalnie lekko, uśmiechając się przy tym, jak ongiś mali koledzy szkolni Wilde’a, do dna kłóci boleśnie jego ironicznymi, nigdy topornie jednoznacznymi, zawsze finezyjnie prowokującymi frazami.

Tak, to jest w dialogu Wilde’a z Wilde’em nie do przecenienia. Nauka lekkości, nauka rozluźniania twarzy przy pisaniu o sztuce, nauka rezygnacji z udawania, że w pisaniu o sztuce nie ma tego, który pisze, gdyż są obiektywne kryteria oceny. Nauka zabawy, nauka puchowej ironii, nauka uśmiechu, nauka stylistycznych masek i nauka niewiary w spiżowe, ostateczne tezy. Nauka bycia sobą, lecz bez niezdrowo stężałej wiary w siebie. Słowem – lekcja umykania.

Czy gdzieś w Polsce przerabia się dziś na teatrologicznym, hodującym krytyków wydziale, lekkość stareńkiego dialogu Wilde’a? Prawdę mówiąc – nie pytam. O nic nie pytam. Ja tylko kolejny raz siedzę sobie cicho w kącie salonu wiekowego domu przy ul. Piccadilly, na wprost Green Parku w Londynie, i słucham szmeru porcelany. Przed startującym niebawem kolejnym sezonem teatralnym – nie ma nic przyjemniejszego.

I oto jestem, jesteśmy, a raczej oni, tak, oni, Ernest i Gilbert, są już na stronie 104. Niebawem, za 4 kartki, świt, niebawem skończą dialog i Gilbert rzeknie: Chodźmy do Covent Garden popatrzeć na kwiaty. Chodź! Zmęczyło mnie myślenie. Ale to za chwilę. Teraz, na stronie 104, wzdycha: Ach, nie mów, że się ze mną zgadzasz. Ilekroć ludzie zgadzają się ze mną, czuję, że się mylę! Rzecz jasna, Ernest i ja – milczymy. George Bernard Shaw też.


Zobacz więcej na temat: Oscar Wilde

Czytaj także

Lekcja litości

Ostatnia aktualizacja: 04.08.2017 18:39
Cóż można z kulą zrobić więcej niż tylko puścić ją kolejny raz, kolejny raz sobie ją rozkręcić i patrzeć, jak żyje dziś, na przykład – we wtorek, po 55 latach od dnia początku kuli?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Sześćset słów

Ostatnia aktualizacja: 11.08.2017 17:51
Ktoś zaczyna składać litery. Czyta, widzi noc i samotnego człowieka o imieniu Bernardo. Czyta, słyszy kroki kogoś drugiego i dygoczące w ciemności pytanie skulonego Bernardo: „Kto idzie?”. Czyta dalej. Widzi, słyszy wszystko.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Drugie lewe żebro

Ostatnia aktualizacja: 18.08.2017 16:12
Czy słuchacz dziurawej kości jest szczęśliwy? Trzy samogłoski – to niewiele, owszem. Lecz dobrze, wyraźnie usłyszeć przynajmniej trzy samogłoski Szekspira – to jest bardzo dużo.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wiele cichych poranków

Ostatnia aktualizacja: 25.08.2017 16:00
„Dziadku, co jest na drugim brzegu?”, spytał chłopczyk, myśląc o ogromie oceanu. Pułkownik poczuł się samotny jak nigdy przedtem, kiedy odpowiedział: „Tam nie ma drugiego brzegu”.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Operetka

Ostatnia aktualizacja: 31.08.2017 18:00
Dzień w dzień wstawał tak i tłukł małe dłonie, tłukł je do skutku, aż w końcu smyk grał nuta w nutę to, co było do zagrania, a nie co innego.
rozwiń zwiń