Wysunięta szuflada

Ostatnia aktualizacja: 17.11.2017 16:25
Nie osunął się w trakcie żadnej z 28 rozmów. Zapewne dlatego, iż przywołane w nich czasy są też poniekąd czasami, w których i on się zaczynał, biorąc podobne lekcje u być może tych samych arystokratów, którzy dziś są widmami.
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjneFoto: AS photo studio / Shutterstock.com

Wysłuchałem właśnie tego żałosnego kretyna, którego trzydzieści lat temu uważałem za siebie, trudno uwierzyć, że mogło być ze mną aż tak źle. Ten głos! Boże! Dzięki Bogu wszystko to już skończone.

Samuel Beckett „Ostatnia taśma”


Od pewnego czasu Wacław Krupiński ma już czas na wszystko w swoim czasie. Już może bez pośpiechu ćwiczyć się w odwiecznej sztuce łagodnego czekania. Jak w „Ulissesie” zmęczony Leopold Bloom, kiedy obszedł miasto całe - w ciszy pustego domu Wacław może wysuwa o poranku lub wieczorem przez wieki całe nie wysuwaną szufladę, patrzy na zamarły w niej papierowy gruz czasu minionego, na pchli targ swych kiedyś zapisanych słów, i wzdycha „Mój Boże...”? Czy tak? Albo - niczym narrator opowiadania Jerzego Pilcha „Duch cudownych znalezisk”, który nieruchomieje przed „ciężką, głęboką i ciemną jak ocean szafą babki Pechowej” - kostnieje czasem Wacław przed szafą własną, otwiera drzwi lakierowane i godzinami patrzy na lata temu znieruchomiałą odzież? Być może. Być może wraca tak do tego, co było, albo co się nie stało. Być może próbuje przed otwartą szafą dociec, w którym z prochowców, kiedyś nieomylnie modnych, miał wiele, wiele lat temu, gdy nie było czasu na nic w swoim czasie, wyruszyć na spotkanie z Pilchem, starym dobrym druhem z zamierzchłej epoki pisma „Student”, epoki, o której Wacław zwykł mruczeć: „Gdyby mury tamtej redakcji potrafiły opowiadać...”

Tak, chciał z Pilchem wywiad zrobić. Nie wyszło. Dziś już nie ma znaczenia, dlaczego. Lecz gdyby wyszło, Wacław pewnie włączyłby tę rozmowę do najnowszej swej książki, zbioru rozmów z artystami, przez Universitas wydanego tomu „Cytaty z młodości”. Pewnikiem wkleiłby ją tuż przed rozmową z Wojciechem Młynarskim, którego w ogóle nie spłoszyło użyte przez Wacława w pytaniu starożytne słowo „wonczas”. Nie ma wątpliwości - właśnie tu wstawiłby rozmowę z Pilchem, bo na czymże innym polega osobna proza Pilcha, jeśli nie na powrotach uporczywych, na wiernych podróżach na grzbiecie słówka „wonczas” do zamarłych na amen czasów babki Pechowej i całej reszty dalekich figur, przemienionych w duchy?  

„Cytaty z młodości”. Pchli targ smakowitych starych słów w niebieskich okładkach. Na przedniej – pomarańczowy tytuł i ułożony z jasnoniebieskich liter labirynt imion i nazwisk. „Cytaty z młodości”. Niegdysiejsze rozmowy, wyjęte z dna wieki całe nie wysuwanej szuflady. Z otwartej szafy sunie sierocy zapach opuszczonych prochowców, marynarek, koszul i fularów, w których kiedyś Wacław wyglądał jak hebanowa Naomi Campbell w złotych kaszmirach na wybiegu w Mediolanie. „Cytaty z młodości”. 28 małych rozmów, kruchych i lekkich niczym omszałe znaczki w klaserze ojca, rozmów z ludźmi, którzy cierpliwie pamiętają, gdyż wiedzą, że jest się tym i takim, co i jak się pamięta. Gadając z Wacławem - wracali więc. Pieśniarze, choćby Marek Grechuta, Irena Santor i Młynarski. Rysownik Andrzej Mleczko. Kompozytorzy, na przykład Andrzej Zarycki i Leszek Możdżer. Oczywiście – poeci, Adam Zagajewski, Agnieszka Osiecka, Leszek Aleksander Moczulski, Ludwik Jerzy Kern. W końcu – aktorzy. Tych jest najwięcej. Jerzy Trela i Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Barbara Krafftówna i Wiesław Michnikowski, jeszcze Marian Dziędziel i Krzysztof Globisz, jeszcze Jerzy Nowak, i jeszcze Andrzej Szczepkowski, i... Tak, tych, którzy przez życie całe parają się w teatrach znikaniem, znikliwością nie do ominięcia, jest najwięcej. Nie sposób wymienić wszystkich.

Oni i reszta - gadali z Wacławem. Kiedyś. I gadając, każdy, jakby na grzbiecie słowa „wonczas” podróżując, wracał do siebie dawnego, by pokazać, kim jest i dlaczego jest, jaki jest. Gdyby ktoś ułożył listę mistrzów wspominanych w „Cytatach z młodości”, stworzyłby długą litanię wielkich dziś duchów, a kiedyś arystokratów, dzięki którym rozmówcy Wacława konstruowali dawno temu swe podniebienia, utwardzali kręgosłupy, oswajali się z mocami wyobraźni, brali lekcje patrzenia, słuchania i myślenia spokojnego, do dna, a zwłaszcza lekcje fundamentalnej i dla artysty nieuchronnej kolejności rzeczy, po prostu – że nim zatańczy się dla ludzi, wpierw trzeba w samotności nauczyć się nogę za nogą stawiać porządnie. Gdyby ktoś namalował docelowy krajobraz tych 28 podróży w tył, stworzyłby portret czasów, kiedy nikogo nie płoszyły słowa „wonczas”, „imponderabilia”, „fantasmagoria”, „wysublimowany”, „inwokacja”, „do ostatka”, „zmilczeć”, „wymiśkowane”, „kokietek”, „dalibóg”, „hardość”, ani mrowie podobnych, porównywalnie migotliwych, nawet Jerzego Treli zachwycające słówko „zatachlować”, na dźwięk którego Wacław nie zemdlał. Nie. Ani na to brzmienie, ani na którekolwiek inne.

Nie osunął się w trakcie żadnej z 28 rozmów. Zapewne dlatego, iż przywołane w nich czasy są też poniekąd czasami, w których i on się zaczynał, biorąc podobne lekcje u być może tych samych arystokratów, którzy dziś są widmami. Tak jak widmami jest już kilkoro z tych, co lata temu gadali z Wacławem o innych duchach. Znikliwość – to jest całkowicie zwyczajna reguła świata. Normalne dzieje. Dlatego - niczym ławki w pamiętnej scenicznej klasie Tadeusza Kantora, niespiesznie pustoszejące dziś, gdyż umierają aktorzy, co w nich kiedyś zasiadali, grając ocuconych na godzinę zmarłych – pustoszeją też „Cytaty z młodości”. Nie chce być inaczej. Zostają ślady. Niewiele ich, lecz nie będzie więcej. Zapach pchlego targu słów na dnie po latach wysuniętej szuflady, woń opuszczonej garderoby w otwartej szafie. Albo zmatowiałe żarówki na dnie szafy babki Pechowej. Wacław je zna. Nie sądzę, by nie czytał „Ducha cudownych znalezisk” Pilcha. Tak, teraz, kiedy ma już święty spokój, kiedy ma czas na wszystko w swoim czasie – lepiej niż dawniej zna odcień tych szklanych kulek.

Narrator znalazł żarówki - przedwojenne, przepalone – pieczołowicie ułożone w ostatnim z czterech kartonowych pudeł. Skarb babki Pechowej! „Nie żałosna i nie komiczna, ale patetyczna i miłosna kolekcja”, wyznaje. Po czym stawia trzy pytania. Kłopotliwe, zawstydzające. „Która z was tak kochała? Którakolwiek kobieta na świecie wpadła na pomysł, żeby zachować żarówki, co świeciły za życia ukochanego? Na pamiątkę tamtego światła nad głowami; na pamiątkę tych chwil, gdy łagodnie gasły nad posłaniem?”

***

Paweł Głowacki

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Twarz recenzenta

Ostatnia aktualizacja: 20.10.2017 15:00
Twarzą którego polskiego recenzenta rzeczywistego wesprze Kuśmider swą kreację nalanej gęby recenzenta zmyślonego przez McPhersona? Rzecz jasna, pytając o to, nie myślę o skali 1:1. Lecz jednak pytam.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Dzióbek Radosta

Ostatnia aktualizacja: 27.10.2017 16:26
Wyjmuje, odkręca, przechyla, przełyka i gdyby mógł, masując się po szyi rzekłby wtedy do skwaszonej Dobrójskiej chrapliwie: „Jakby Jezus Chrystus przeszedł przez gardło, droga moja!”. Lecz nie może. Nie może i nie musi.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Powolne odsuwanie kropki

Ostatnia aktualizacja: 03.11.2017 17:37
Wraca tamten teatr. Wraca tryptyk Wajdy, a wraz z nim – „Lato w Baden”, powieść Leonida Cypkina, zmarłego w roku 1982 lekarza. Był patalogoanatomem. Dobrze znał cierpliwość kości. I miał czas.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Lekcje Jordiego Bordasa

Ostatnia aktualizacja: 10.11.2017 15:57
Dziobię tort i myślę o komarze, koniku polnym lub muszce tyciej, o tej kiedyś żywej drobinie, której trupka bezradnego, w grudzie farby uwięzionego jak w kropli bursztynu, odkryto przy krawędzi obrazu Vincenta van Gogha. Wyjątkowo miła nieśmiertelność. Wieczność szczęściarzy.   
rozwiń zwiń