W "Zapiskach ze współczeności" wysłuchaliśmy wspomnień Rafała Wojasińskiego. Ten prozaik i dramatopisarz związany jest m.in. z kwartalnikiem literackim "Wyspa". Jest autorem cenionych książek: "Stara", "Olanda" i "Tefil". W swojej twórczości skupia się na zwykłych ludziach, prowincjonalnej codzienności i ukrytym pod nią doświadczeniu samotności, przemijania oraz duchowego niepokoju. Jego surowa, oszczędna proza była wielokrotnie nagradzana, m.in. Nagrodą im. Marka Nowakowskiego i Nagrodą im. Józefa Mackiewicza.
Inny wymiar podróży
Artysta wspominał, że w czasach licealnych, mieszkając na wsi, nie miał możliwości codziennych dojazdów do szkoły. - Trzeba było mieszkać w internacie. Wąskotorowa kolejka z Łani - na przystanek szło się półtora kilometra - dojeżdżała do Boniewa. Tam czekało się kolejne półtorej godziny na następną ciuchcię, która przez Pasiekę docierała do Izbicy. W niedzielę wychodziłem z domu około jedenastej trzydzieści, żeby na szesnastą dotrzeć do internatu. Przy takiej komunikacji codzienne dojazdy były po prostu niemożliwe - mówił.
- Te podróże stanowiły jednak osobny świat. Do dziś mam w pamięci światło, ludzi jadących do pracy i wracających z niej, podróżujących do Krośniewic na zakupy. Krośniewice wydawały się wtedy dużym miastem - był tam dom handlowy, do którego moja mama jeździła kupować ubrania. Ciuchcie poruszały się wolno – 40 kilometrów na godzinę, czasem 30, bo trasy były kręte. Nawet niewielka podróż trwała długo, a świat poznawało się w zupełnie innym wymiarze - dodał.
POSŁUCHAJ:
Świat w ziarnku piasku
Rafał Wojasiński zaznaczył, że ciągle wraca do pojęcia mikroświatów. - Nigdy nie potrzebowałem wielkiego oglądu historii, bo on do mnie nie docierał. Bardzo wcześnie dotarł do mnie za to mikroświat, zamknięty jakby w ziarnku piasku. Do dziś niezwykle ważna jest dla mnie przestrzeń. Otwarte, puste pola. Kiedy później mieszkałem w Bukowinie Tatrzańskiej, brakowało mi właśnie tej otwartej przestrzeni, bo góry wszystko zasłaniały - wyznał.
Czteroletni pobyt w internacie był dla niego także doświadczeniem życia w małym miasteczku, Izbicy Kujawskiej. - Dziś mieszka tam około dwóch i pół tysiąca ludzi, ale dla mnie było to pierwsze silne doświadczenie miejskie. W tamtym czasie różnica między ludźmi ze wsi a tymi wychowanymi w mieście była wyraźnie widoczna. U mnie było to mniej odczuwalne, bo byłem dzieckiem nauczycieli. Moi rodzice należeli do pierwszego pokolenia w rodzinie, które zdobyło wykształcenie i poszło na studia - zaznaczył.
Doświadczając niewiedzy
Literat zaznaczył, że doświadczenie życia w mieście było jednocześnie również doświadczeniem niewiedzy. - Tak jak wcześniej żyłem na wsi, nie zastanawiając się, skąd pochodzą ludzie, tak później w Izbicy nie wiedziałem, że właściwie nie ma tam dawnych mieszkańców. Większość stanowili przed wojną Żydzi, część luteranie, niewielu było katolików. Dopiero później dowiedziałem się, że internat mieścił się w dawnym budynku niemieckiej żandarmerii. W piwnicach znajdowały się cele, później wykorzystywane jako składy węgla - mówił.
- Nie miałem świadomości, że ulica Garbarska, po której codziennie chodziłem, była dawnym gettem. Zachowały się jeszcze ciężkie drewniane lady i witryny sklepowe – ślady po ludziach, których 12 stycznia 1942 roku wywieziono do Chełmna - zaznaczył.
Znikając ze świadomości
Od bardzo wczesnych lat Rafałowi Wojasiński towarzyszyło pytanie o to, jaka wartość zostaje po człowieku. Nie interesowały go specjalnie relacje międzyludzkie rozumiane jako fabularne układy. - Widziałem raczej biologiczny porządek rzeczywistości: silniejszy wygrywał ze słabszym, inteligentniejszy zajmował wyższe miejsce w hierarchii. Bardziej interesowało mnie pytanie o sens pamięci i o to, co właściwie po człowieku pozostaje - zaznaczył.
- Dziś widzę, jak trudno przypomnieć sobie twarze ludzi, którzy byli kiedyś bardzo blisko: dziadków, zmarłych krewnych, kolegów czy koleżanek. Głos rozpoznałbym natychmiast, ale twarze zacierają się w pamięci. Zacząłem więc zastanawiać się nad wartością pamięci i nad tym, jak szybko człowiek znika z ludzkiej świadomości - mówił na antenie pisarz.
Wczuwając się w świat
- Kiedy wyjechałem ze wsi do miasteczka, zobaczyłem, że ludzie, którzy byli dla mnie najważniejszymi postaciami dzieciństwa, umierają kompletnie zapomniani. Dla mnie byli centralnymi bohaterami świata, a tymczasem pamiętało o nich zaledwie kilka osób. Po kilkunastu latach nie pozostawał już po nich właściwie żaden ślad - mówił Rafał Wojasiński.
- Za tym przyszło kolejne pytanie: co w takim razie ze zbrodniami? Jeśli pamiętamy tylko o tych, o których zachowała się wiedza, to jakie znaczenie mają wszystkie dawne tragedie, o których nikt już nie pamięta? - pytał retorycznie artysta.
- Zauważyłem też, że wiele rzeczy zapamiętuję bezwiednie. Po roku czy dwóch potrafię odtworzyć całe dialogi, choć nigdy ich nie notowałem. Kiedy słyszę coś naprawdę prawdziwego – historię o tragedii, przemocy czy ludzkim dramacie, natychmiast się w to zasłuchuję - wyznał. - Później, oczywiście, tworzę z tego literaturę. Prawdy jest tam może dziesięć procent, reszta zostaje dopowiedziana. Ale znam zapachy, pomieszczenia, chłód ścian czy zimno drewnianej ławki. Wiem, jak to się czuje. Dlatego tak ważny stał się dla mnie język. Chciałem, by nie rozmijał się z przedmiotem opisu - wyznał Rafał Wojasiński.
***
Tytuł audycji: Zapiski ze współczesności
Przygotował: Wacław Holewiński
Data emisji: 11-15.05.2026
Godz. emisji: 12.45