>>> Posłuchaj audycji Źródła
Dawne tereny Puszczy Sandomierskiej, w rozwidleni Wisły i Sanu, były bagniste i gęsto zalesione. Osiadła tam grupa etnograficzna, która sama siebie nazwała "Lesioki" ze względu na bliskość do otaczającego ją lasu.
"Pierwsze wsie na terenie Puszczy były wynikiem postępującego przeludnienia w innych częściach kraju, ale też osadnictwa jenieckiego, będącego efektem rozlicznych wojen, które Polska prowadziła w XVII i XVIII wieku. Jego ślady w kolebce Lasowiaków do dziś widać chociażby w nazwach takich miejscowości jak Szwedy czy Moskale. Puszcza dawała też schronienie zbiegom. - Tutaj trudno było przyjechać, znaleźć drogę, za to łatwo było się zagubić. Zbiegowie otrzymywali tu szansę na drugie życie", mówiła Joanna Dragan z Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej w jednej z naszych audycji.
Między innymi przez otaczający Lesioków krajobraz w ich życiu zachowały się frapujące przesądy i zwyczaje. W Wielki Czwartek Magda Tejchma poleca wysłuchanie tych na temat końcówki Postu.
Było w każdym domu, to nawet teraz tak się nie robi, że na zmartwychwstanie Chrystusa musiało być wszystko wyniesione, podłogi wyszorowane, pobielone. Najpierw wszystkie łóżka na pole wyniesione, porządnie wymyte, słoma wymieniona. Nawet się szafy wynosiło na pole i wszystko się porządnie czyściło, żeby ta podłoga długo się utrzymywała!
Wszystkie pisankowe barwy - naturalnie!
Pisanki u nas to się zaczynało dopiero w Wielki Czwartek, jak się z kościoła przyszło, jak już Pan Jezus do ciemnicy został złożony. Jajka były drogocenne, trzeba było je dopiero wykorzystać przed samymi Świętami. Wydmuszki się robiło, potem jajka już się przydały na pieczenie. Te wydmuszki wtedy napełniało się w środku piaskiem, żeby można było potem je ufarbować.
Zazwyczaj pisanki się robiło woskowe. Się topiło wosk i patyczkiem, przy kuchni formowało się gwiazdki czy jakieś tam wzory, a potem się wkładało to jajko do farby: to była ultramaryna, łuski cebuli to brązowe i szyszki olszynowe, to brązowe bardzo ciemne. Żyto ozimina – to taki seledyn wychodził i buraki – to różowe. I drapało się. Mój tato był kowalem, to taki miał ostry szpikulec i tym szpikulcem się drapało. Przeważnie na tych olszynowych albo na tych cebulowych, a niebieskie i różowe – woskiem, bo wyraźnie było widać
Wielki Czwartek niczym pogrzeb
Wielki Czwartek na wsi obchodzono jak okres pożegnania zmarłego. Okolicę zasnuwała cisza. Nie grały radia, nie odzywały się kościelne dzwony. Lustra zasłaniano czarnymi tkaninami.
Mama zakazywała szyć, bo to tak, jakby Pana Jezusa kłuli włócznią. A u nas jeszcze w Wielki Czwartek, jak się przechodziło z kościoła, to myło się barszczówkę, czyli tamto barszcz był. Ze względu na pamięć, że Panu Jezusowi podali ocet. Cały Wielki Piątek nie mogło być nic zakwasu w domu!
W okolicy Mazur i Niwisk straż grobową pełni straż pożarna. Niegdyś stanie przy ciemnicy – grobie Chrystusa – było zaszczytem, a młodzi chłopcy przepychali się między sobą do pełnienia tej służby. Zakładali najlepsze koszule, przystrajali części umundurowania lampasami. Dziś, choć wyglądają elegancko, ich liczba drastycznie zmalała.
Pierwsze wejście w Wielki Piątek po złożeniu Pana Jezusa do grobu, jak tylko ksiądz odchodził od grobu, to zaraz wchodzili, ten ma szable taką oryginalną to prowadzi. Z tym, że dawniej to wyglądało też o wiele lepiej, bo byli wszyscy chłopaki wojskowi, to jak wchodzili, to równo w kościele było słychać! Wszystko było równo, a w tej chwili – idą jak idą, bo jeden się znajdzie taki, który tam cokolwiek miał jak musztry, a reszta...
Wielki Piątek był dniem ścisłego postu. Odstawiano mleko, oleje, produkty odzwierzęce. Jednak na piecu zostawiało się coś na ząb.
U nas były wysypane ugotowane ziemniaki na płytę i cały dzień te ziemniaki się dziobało z tej płyty. Sam chleb, ziemniaki i kawa czarna. Tyle. Cały dzień. jak się poszło do kościoła to tylko w żołądku burczało, bo człowiek taki głodny był. Byli i tacy, którzy o samej wodzie cały dzień i dlatego nieraz się zdarzały przypadki omdlenia w kościele, bo uroczystości bardzo długo trwają.
Z Wielkiego Czwartku na Piątek grasują czarownice
Wielki Piątek, pamiętam, teściu mój zawsze mówił: żebyście nie chodzili nigdzie do nikogo pożyczać i u was, żeby nikt nie pożyczał! Chodziło o to przede wszystkim, że z Wielkiego Czwartku na Piątek chodziły czarownice. Odbierały mleko krowom i w ogóle z gospodarki mogłoby się coś wynieść.
Wielki Piątek rano, jak panienki miały pryszcze, trądziki albo, w ogóle, nawet – dla urody – trzeba było jakiś tam strumyczek albo jakiś staw, nawet brudny, nie-brudny, trzeba było polecieć tam przed wschodem słońca i, żeby nikt nie widział! Żeby się umyć w tej wodzie. I nawet pamiętam, jak babka mówiła, że pomogło tam paru osobom, jak miały takie problemy skórne. Należało się obmyć w tej wodzie, tylko nie wolno się było wysuszyć, tylko ona musiała sama wyschnąć.
- W Wielki Piątek, jak gospodarz wstał rano, to pooglądał, czy na klamce nie wisi jaki sznurek albo jakiś kawał skóry, króla czy z jakiegoś cielęcia. Mówiło się, że to jakaś czarownica coś chciała udrzeć z tego gospodarstwa
- Ale zdarzało się! Mleka nie dawało się, a jak się dawało, to się obsalało na garnuszku tą solą naokoło, żeby nie zabrała.
- Ja mam takie na właśnie doświadczenie, przyszłam do teściowej, tam mieszkaliśmy. Nażnęliśmy sieczki krowom, na kupce na boisku była złożona ta sieczka. Na drugi dzień poszliśmy krowom zrobić tą sieczkę. Była wyskładana w kostkę skóra z cielęcia. W tej sieczce, włożona, niedużo – taki kawałek, w kostkę wykładany był. Koty tego nie przyniosły, bo by nie dały rady. A było wyskładane w kostkę, tak pięknie. Ja po prostu nie wierzyłam!
***
Tytuł audycji: Źródła
Poprowadzi: Magdalena Tejchma
Data emisji: 2.04.2026
Godzina emisji: 12.00
mg