Płyty The Beatles i Marillion z kolekcji Tomasza Beksińskiego

Ostatnia aktualizacja: 01.02.2021 13:50
W audycji, prowadzonej po raz pierwszy od dawna w trzyosobowym składzie, prezentowaliśmy albumy "Rubber Soul" The Beatles oraz "Clutching at Straws" zespołu Marillion.
Okładki płyt
Okładki płytFoto: PR

Posłuchaj
173:18 2021_01_31 22_00_18_PR2_Wieczor_plytowy.mp3 The Beatles "Rubber Soul", Marillion "Clutching at Straws" (Wieczór płytowy/Dwójka) 

każdą niedzielę późnym wieczorem słuchamy - razem z Państwem - najważniejszych płyt. Z namaszczeniem i pietyzmem - od początku do końca: strona A, strona B. A dopiero potem bonusy, konteksty, porównania, komentarze zaproszonych gości. Klasyka, jazz, rock, awangarda, elektro.

Tym razem były to:

  • The Beatles - Rubber Soul - 1965 Parlophone/Capitol
  • Marillion - Clutching at Straws - 1987 EMI/Capitol

George Harrison 1200.jpg
Muzyczne wycieczki George'a Harrisona

1965 rok, jak opowiada Piotr Metz, to moment, gdy oczy całego muzycznego świata zwrócone są na Beatlesów. Wszystkie ich nowe utwory koledzy z branży muzycznej rozbierają na części, a cały świat śledzi ich z zapartym tchem.

The Beatles - Rubber Soul

W owym czasie Beatlesi koncertują w Stanach Zjednoczonych. Łącznie w ciągu niewiele ponad trzydziestu miesięcy nagrywają aż sześć płyt.

W sierpniu wychodzi album Help i już cztery miesiące później muzykom udaje się zebrać materiał na nową płytę. Wersja, której słuchaliśmy w audycji jest, jak mówi Piotr Metz, wersją zaskakującą, szczególnie dla nas z tej szerokości i długości geograficznej.

- Nie jest tajemnicą, że na amerykańskim rynku Beatlesów wydawano zupełnie inaczej, czego przyczyny były proste i przyziemne: ekonomiczne - tłumaczył Metz. Jak zaznaczył, świat europejski, a szczególnie brytyjski, zna zupełnie inną wersję albumu Rubber Soul.

metz piotr 1200.jpg
Piotr Metz: Beatlesi wywrócili muzykę rozrywkową do góry nogami

Różnica nie dotyczy tylko kolejności piosenek, czy ich ułożenia na LP. Na amerykańskim albumie pojawiają się bowiem utwory z innych płyt, istotnie zmieniając jego charakter w stronę folkowo-akustycznego.

Była to z resztą, jak wspominał Metz praktyka dość częsta. - Do płyty Help tego typu zabiegi mogły nam uchodzić, bo były to zbiory piosenek. Płyta Rubber Soul jest przełomowym albumem w przypadku Beatelsów. Można nazwać ją dziełem albumowym sensu scricto, zakomponowanym jako pewna całość - tłumaczył dziennikarz.

- Pół świata zna zatem płytę Rubber Soul w wersji zupełnie innej niż my. I właśnie w takiej wersji poznali ją chociażby Brian Wilson z The Beach Boys czy John Cale z The Velvet Underground. Muszę powiedzieć, że ciekawie słucha się tego po kilku latach w tej innej wersji, bo płyta, choć jest inna, jest również bardzo spójna. Zabieg z I’ve just Seen a Face na początku zmienia kompletnie pierwsze wrażenie. Po latach muszę przyznać, że był przynajmniej ciekawy, jeżeli nie udany - opowiadał Piotr Metz.

Czytaj też:

Marillion - Clutching at Straws

Druga płyta wieczoru przenosi nas w zupełnie odmienne dekady historii rocka. Clutching at Straws to czwarty album brytyjskiej grupy progresywnej Marillons, a zarazem ostatni, który nagrali z Fishem.

- Płyta bardzo emocjonalna, również dla naszych słuchaczy - jak tłumaczył Przemysław Psikuta. - Ukazała się dokładnie 22 czerwca 1987 roku, tego samego dnia Marillion wystąpili pierwszy raz przed polską publicznością. W trakcie trasy koncertowej po Polsce zagrali w sumie sześć koncertów.

W 1988 roku Fish opuścił grupę i poświęcił się solowej karierze. - Płyta ma bardzo smutny aspekt, bo ani Marillion bez Fisha, ani Fish bez Marillionu, nie zrobili już nic bardziej spektakularnego - opowiadał Piotr Metz.

***

Podczas ostatniej audycji zasypaliście nas toną wiadomości! Na tę ilość miało zapewne wpływ kilka bardzo ważnych punktów wieczoru. Po pierwsze: płyty - czyli legendarni Beatelsi i krążek Rubber Soul oraz Clutching at Straws grupy Marillion. Po drugie, po raz pierwszy gościliśmy u siebie Piotra Metza, który od tej będzie się pojawiał w Wieczorze Płytowym systematycznie. Po trzecie, część audycji poświecona została Tomkowi Beksińskiemu i jego kolekcji, z której to usłyszeliście na antenie wyżej wymieniony Clutching at Straws.

Oto wasze przemyślenia, którymi dzieliliście się z nami podczas ostatniego spotkania:

Nigdy nie ośmieliłem się napisać do wieczoru płytowego, ale chyba w końcu nadszedł na mnie czas. Słucham Beatlesów od ponad 40. lat i niesamowite jest to, że na płytach, które znam na pamięć odnajduje nowe, inspirujące śmieszne. Po przebojowym okresie w karierze Beatlesów (lata 63-65) nastał czas prawdziwych rockowych arcydzieł. "Rubber Soul" w porównaniu do wcześniejszego wydawnictwa "Help" emanuje dojrzałością, spokojem, a także wcześniej niespotykanym brzmieniem. Utwory jak "W moim życiu", "Michelle", czy harrisonowskie "Gdybym kogoś potrzebował" wpisały się do kanonu najbardziej znanych beatlesowskich przebojów. Biorąc dzisiaj ostatnie, 70. urodziny Phila Collinsa można przypomnieć pewną ciekawostkę. W 1964 roku, kiedy Beatlesi nagrywali film "A Hard Day's Night", wśród rozwrzeszczanej młodzieży, która na krok nie ustępowała swoich idoli można dostrzec trzynastoletniego Phila Collinsa z "beatlesowską" fryzurą. Jedna historia łącząca dwa fenomeny muzyki popularnej.                                                                                      

Wiesław Staniszewski

Przypomnę, że dziś jest prawie rocznica ostatniego publicznego występu w czwórkę The Beatles na dachu tj. 30.01.1969 r. W Londynie dzień był chłodny, wiał dokuczliwy wiatr, więc Lennon założył futro Yoko Ono, a Ringo Starr czerwony płaszcz przeciwdeszczowy żony. Beatlesi postanowili zagrać na żywo (nie grali koncertów od lata 1965 r.), tym razem na dachu budynku przy 3 Savile Row, w którym mieściła się ich firma Apple. Zagrał z nimi klawiszowiec Billy Preston. Ostatni koncert trwał 42 minuty, został nagrany, zespół zaczął od piosenki „Get Back”, a skończył na „A Pretty Girl Is Like A Melody”. Słuchała ich garstka przyjaciół i ekipa filmowa na dachu oraz tarasujący ruch uliczny tłum gapiów na dole. – Był plan, żeby zagrać na Saharze, ale w końcu postanowiliśmy zagrać na dachu – wspominał Ringo Starr. – Przyjechała policja, żeby przerwać występ, a ja zacząłem ich drażnić, mówiąc: „No, ściągnijcie mnie”. To byłoby świetne zakończenie, ale ten cholerny glina nie chciał mnie ściągnąć.

Jakbym chciał być wtedy na tym dachu, ach rozmarzyłem się ;-).              

Marcin

W 1990 roku miałam 12 lat i właśnie dostałam japoński radiomagnetofon. Ustawiając częstotliwości radiowe, szybko złapałam wspaniałą, przedziwną piosenkę z charyzmatycznym wokalem, w zupełnie innym stylu niż to, czego słuchały koleżanki z klasy. Było to radio RMF (wówczas Radio Małopolska Fun) i audycja Piotra Metza o The Beatles, wokalistą był John Lennon, który skradł moje serce na wiele lat, a piosenka to Strawberry Fields Forever. Historię Beatlesów w odcinkach opowiadaną przez Piotra Metza nagrywałam regularnie. Dziś jestem posiadaczką ich pełnej dyskografii. Moja namiętność o muzyki rockowej oczywiście nie skończyła się na Beatlesach, ale wracam do nich bardzo często, piosenki znam na pamięć, a miłość do tego zespołu zaszczepiłam dziesięcioletniemu synowi.

Agata Małodobry

Oczywiście oprócz słów uznania i zachwytów nad legendarnym zespołem, pojawiło się trochę interesujących słów krytyki, dzięki którym na antenie rozwinęła się ciekawa dyskusja (zapraszamy do odsłuchania podcastu):

Czy moglibyście mi Panowie odpowiedzieć na pytanie, skąd wzięła się maniera nadmiernego używania instrumentów perkusyjnych przez The Beatles i inne zespoły, to nieustające brzęczenie odbiera utworom ich melodyjność, zakłóca przyjemność słuchania. Czy to konieczność pokazywania nowego brzmienia w muzyce?

Urszula

Co powiedziałby rodak czwórki z Liverpoolu, niejaki William S.? Hmmm... Pewnie: "Wiele hałasu o nic!" Na pewno dzisiaj będę jedynym słuchaczem, który nie wie, czym się Panowie zachwycacie. Muzyka mojego pokolenia to raczej Led Zeppelin i Pink Floyd, więc oczywiście Beatlesi byli dla nas czymś, co po prostu trąciło myszką... Nic już nie brzmiało nowocześnie, zwłaszcza gitary... Przy Robercie Plancie, panowie wybaczą - jakieś plumkające starocie. Zaraz ktoś powie, że to żelazna klasyka, ale dla mnie to i dzisiaj nie brzmi dobrze, choć niektóre (tylko!) piosenki śpiewa się do dzisiaj. Często pewnie lepiej od oryginału.       

Bogdan Jarosz Wrocław

Nie trzeba było długo czekać na obrońców;)

Jeśli ktoś nie lubi Beatlesów, nie można mu ufać! Oczywiście pól żartem pół serio, ale nigdy nie będzie drugiego takiego zespołu.

Wiesław Staniszewski

Dla wielu z Was wybór płyty Clutching at Straws okazało się sentymentalna podróżą do przeszłości.

Zawsze żałowałam, że jeszcze mnie nie było na świecie, gdy Marillion w 1987 występował w Polsce. Ale, na szczęście, mogłam wychowywać się wśród opowieści Taty, który miał okazję obejrzeć zespół w Gdańsku. Tata, posiadający ogromny talent do opowiadania, zawsze z wielką ekspresją oraz radością malował w mym umyśle każdy z wykonywanych utworów, każdy krzyk tłumu oraz bijący od niego zachwyt, zaskoczenie muzyków faktem, że ludzie razem z nimi wyśpiewują słowa. Słowa poznawane często podczas audycji Tomka Beksińskiego, przeżywającego wspólnie ze swoimi słuchaczami to zachwycające przedstawienie.
Martyna

Dziękuję za wspólne słuchanie “Cluthing at Straws”, właśnie ta płyta sprawiła, że zakochałam się w rocku progresywnym, albumach koncepcyjnych i… radiu. 

Nocne słuchanie audycji Tomka Beksińskiego, Piotra Kosińskiego i czatowanie z magnetofonem, żeby na dłużej zatrzymać niesamowitą muzykę, którą prezentowali, to jedno z moich najpiękniejszych wspomnień związanych z dorastaniem.

Ekscytacja nowościami, wyczekiwanie albumów ulubionych wykonawców i poczucie, że słucha się muzyki wspólnie z ludźmi, którzy choć obcy, nadają na tych samych falach. :) 

Zuzanna Ossowska

Podczas słuchania płyty zespołu Marillion z kolekcji Tomka Beksińskiego, nie mogło zabraknąć odniesień do wybitnych tłumaczeń tekstów, których był autorem oraz audycji Wieczoru płytowego z Jego udziałem.

[…]Wielu facetów - w tym ja - miało na pewno taki okres w życiu, że pod tymi lirykami mogło by się krwią podpisać. I tutaj na chwile wracam do osoby Pana Tomasza, bo akurat w przypadku Marillion to Jego tłumaczenia uważam za najlepsze. To nie były tłumaczenia dosłowne - Pan Tomasz - tak uważam - starał się oddać stan ducha autora tekstu,  rewelacyjnie posługiwał się idiomem. Choćby przykład z dzisiejszej płyty. Jak bardzo różni się przekaz utworu, kiedy ogólnodostępne w internecie tłumaczenie słowa "Incommunicado" - "odizolować się", zamienimy na Tomkowe: "znieczulić się alkoholem". Przykłady by można mnożyć […].

Eugeniusz Bartnicki

Mam 19 lat, więc nie pamiętam ani Tomka Beksińskiego, ani Marillionu z Fishem w składzie.  Słuchając jednak zapisów jego audycji na przestrzeni ostatnich lat bardzo widać jego wpływ na mój muzyczny gust. Miłość do rocka gotyckiego i progresywnego to bez cienia wątpliwości jego zasługa.  Tłumaczenia tekstów Fisha autorstwa "Beksy" to po prostu majstersztyk. Taka gra słów, wiele niedopowiedzeń, a on to zrobił po prostu wybornie. Gdy myślę o redaktorze Tomaszu Beksińskim widzę przed oczami baśniową postać, która ma wokół siebie magiczną aurę. Wielka szkoda, że nie słucha tych płyt dzisiaj z nami...    

Mateusz Wawrzyszkiewicz Grodziec

Marillion. Za sprawą Beksy stał się dla mnie najważniejszym (obok Voo Voo) zespołem. To właśnie poznając, prezentowaną w Wieczorze Płytowym w 1987 roku płytę "Clutching at straws" zakochałem się w muzyce grupy na czele, której stał Fish. Do dziś żałuję że w 1987 (miałem 13 lat) roku nie było możliwości być na żadnym z koncertów pamiętnej trasy w naszym kraju. Pozostały opisy autorstwa Beksy w Magazynie Muzycznym (w jednym była relacja z trasy, w kolejnym wywiad z Fishem) i wspomniana kaseta, nagrana z Wieczoru Płytowego. Po latach, gdy zacząłem zbierać płyty, dorobiłem się kilkunastu wydań tego albumu, a Steva Rortherego, niezmiennie od lat, wymieniam w pierwszej kolejności ulubionych muzyków

Zbigniew Błasiak Bielsko Biała

Podobnie, jak w audycji o Philu Collinsie, również w ubiegłą niedzielę dywagowaliście na temat Fisha i jego następcy Steva Hoghartha.

[…]Co do Fisha, to dwie poprzednie płyty Marillion były jednymi ze światlejszych punktów dotychczasowych Wieczorów płytowych. Nie znałem wcześniej tego materiału, a najdziwniejsze stało się to, że jako stateczny czterdziestolatek, słuchałem tych albumów, spotęgowanych dźwiękiem ze słuchawek, rozgorączkowany, niczym nastolatek.

Po niesnaskach z kolegami z zespołu dobrze też widzieć ich grających razem, tym razem na gościnnych występach, na trasie Fisha (do obejrzenia na znanym serwisie). Wiem też, że wielu osobom może nie podobać się zbyt nosowy głos Steva Hogartha, ale ja go cenię i szanuję. Swego czasu niemałe poruszenie wzbudziła płyta „Anoraknophobia” (niejeden temat można przy niej poruszyć w WP). Pamiętam też liczną obecność Fisha w owej komercyjnej rozgłośni, o której wspomniał Piotr Metz. Był tam, np. dżingiel ‘Singing & dancing Fish’.

I tak rzeczywiście mi się Fish kojarzy. Bo w Polsce na potwierdzenie słów ze świetnego duetu z Sam Brown możemy powiedzieć: „Tak, Fish jesteśmy dobrymi przyjaciółmi”. I na koniec, w dużej mierze dzięki Piotrowi Kaczkowskiemu, że jesteś po prostu nasz. Na pytanie red. Kaczkowskiego dlaczego postanowił opowiedzieć o nowej płycie właśnie Polakom odparł: „Because I love You!” .

Paweł Mazurkiewicz Suwałki

[…]Nie zgodzę się ze zdaniem, że Marillion bez Fisha nie nagrał już z nic znaczącego. To oczywiście kwestia gustu, ale co prawda pierwsze dwie płyty z wokalnym udziałem Steve`a Hogharta są przeciętne (Tomasz Beksiński w recenzji "Holidays In Eden" w Magazynie Muzycznym wystawił jak pamiętam ocenę "zero" tak był rozczarowany tym longplayem). Później było już jednak znacznie lepiej  (zwłaszcza album "Brave") choć oczywiście przyznam rację Panu Piotrowi, że to już był inny zespół, który co ciekawe wykonywał covery Beatlesów podczas koncertów ("Hey Jude", "Good Morning" i inne). 

Radek Bruch Szczecin

Jak każdy szanujący się zespół, również grupa Marillion miała przeciwników wśród naszych słuchaczy. 

Zachwytów na Marillion nie podzielam. To jest dla mnie zespół trzymający sie sztywno konwencji prog rocka, który już wówczas czyli pod koniec lat 80-tych był muzyka dnia wczorajszego. Niestety Marillion nie rozwinął konwencji w żadną stronę i dlatego ta muzyka jest do bólu przewidywalna i brzmi jakby była nagrywana w latach 70-tych. 

Piotr Maciąg

Rozwinął się również wątek kolekcjonerski oraz znaczenia remasterów.

[…]Co tak naprawdę kieruje człowiekiem - kolekcjonerem, by zbierać wiele egzemplarzy płyt nie różniących się lub różniących się minimalnie od siebie zawartością? Przecież nuty np. w piosence "Michelle" i tak zawsze są na tym samym miejscu bez różnicy, czy płytę wydano w Anglii, USA czy Brazylii? Emocje przy słuchaniu też pewnie są te same??? Pytam serio, bo nie byłem nigdy kolekcjonerem, a pan Metz nim jest i jestem bardzo ciekaw tego, zwłaszcza od czego zaczyna się kolekcjonerstwo i gdzie są jego granice...[…]

Tomasz Miderski Sławoszewek

Słuchając dzisiejszego WP, przypominam sobie te stare, sprzed lat, gdy nagrywałem na C90 wybrane płyty... Dużo wspomnień i wzruszeń. Mógłbym tu napisać długie wypracowanie...

Ale krótko:

1) Zabrze, hala sportowa, tłum, upał i potworna duchota, nie było czym oddychać. A wtedy nie było wody w butelkach PET... Pamiętam, jak tłum wylał się po koncercie na ulicę, i w pobliskich, śląskich "familiokach" dobrzy ludzie otwierali okna na parterze i częstowali zwykłą wodą w szklankach, albo porcelanowych kubkach. Nalewana czasem starą, aluminiową chochlą. Znakomite wspomnienia, cudowna atmosfera. Na koncercie pamiętam, był taki moment, gdzie na ścianie za sceną i suficie był w ciemności efekt świetlny gwiazd na niebie, a Fish śpiewał ballady Marillion. Coś wspaniałego

2) czy dzisiaj jeszcze się czeka na nowe płyty / longplaye jakichś wykonawców, tak, jak kiedyś na Stonesów, Beatlesów itd.? Moim zdaniem już nie. Bo i muzyka "straciła" na wartości. Jest wszędzie i nigdzie, jako wypełniacz tła. Głównie audiofile celebrują jej słuchanie

3) Przestałem cenić "remastery" wszelakich wykonawców. Doszedłem do takiego punktu w swoim życiu, że myślę sobie bardzo prosto: taki był wtedy poziom wiedzy i techniki, taki mieli sprzęt (grający i rejestrujący) do dyspozycji i tak to nagrali. Zostawmy malowanie trawy na zielono. Im więcej artystów odchodzi, im bardziej w nasze życie ingerują komputery (autonomiczna jazda, syntezatory mowy, jakieś itd.), tym bardziej doceniam naturalność i autentyczność.

Klaudiusz

[…]Wznowienie albumu z 2018 roku wcale nie jest takie złe, jednak szok brzmieniowy może być nie do zaakceptowania przez wielu sympatyków muzyki. "Clutching At Straws" 2018 nie jest takim sobie zwykłym remasterem. To zmiksowany na nowo materiał, któremu nadano nieco inną strukturę. Można polemizować czy to dobry czy zły zabieg. Ilu dyskutujących tyle będzie opinii. Jednak to zupełnie inaczej brzmiący album. Słychać to wyraźnie na jego winylowej edycji wydanej na 2LP w wersji na 45 RPM z dołożonym utworem "Going Under". Myślę, że należy wytłumaczyć słuchaczom różnice pomiędzy zwykłym, taśmowym remasterem a zamierzonym, przemyślanym masteringiem i nowym miksem materiału. To są dwa różne często bardzo odległe światy. Bardzo zasmucają mnie niektóre cytowane przez Państwa listy i wpisy słuchaczy z których bije bardzo mocno dzwon beznadziei. Słuchacze piszą, że muzyka się już skończyła, że nie ma nowych i ciekawych muzycznych propozycji, że nowe wydania są beznadziejne itp, itd. Otóż pragnę z całą mocą podkreślić, że jest mnóstwo fantastycznej nowej muzyki z pod znaku progresywnego rocka (gdyż głównie tego gatunku tyczyły się uwagi słuchaczy). Jest cały ogrom fantastycznych wznowień starszych wydawnictw. Tylko problem w tym, że one nie leżą na promocjach w markecie z czerwonym kropkowanym owadem w logo. Zbieram płyty od lat. Mam ich całkiem sporą kolekcję i dla przykładu mogę napisać, że nie spotkałem się z lepszymi edycjami albumów Genesis niż te wydane w trzech boksach w latach 2009-2014. Miałem różne tłoczenia tych płyt: japońskie, amerykańskie i angielskie - wszystkie tzw. 1st Press. Deep Purple wydane przez amerykańską audiofilską wytwórnię Friday Music są niedoścignionym przykładem wzorcowego masteringu bez psucia tego co w tym materiale bardzo cenne a mianowicie tych wszystkich szumków, przesterowań oraz różnic w poziomach dźwięku. The Alman Brothers Band w edycji MFSL to uczta dla uszu. O tym powinniście Państwo mówić i prezentować takie właśnie wydania[…]

Andrzej Rafał Błaszkiewicz

Na koniec słów kilka na temat pakietu płyt 5+, które dostał od nas jakiś czas temu Pan Jacek:

Rozkoszujemy się rozpędzającym się „Wieczorem Płytowym”. Domowe nastroje podgrzewa muzyka z płyt, które dostałem od Panów w prezencie. Gorące tanga prowokują na naszym skromnym parkiecie. Z walcem wiedeńskim mamy większy kłopot z racji ograniczonej powierzchni tanecznej. Pozostałe płyty wypełniają dobrą energią nasze domostwo. Kilkanaście minut wcześniej Magdalena Łoś zapraszała do muzycznego podróżowania. Teraz Panowie wodzą na pokuszenie nocnego słuchania „Dwójki”. Jutro powitamy poniedziałek, początek pracowitego tygodnia. Muzyka płynie z głośników i kusi do pozostania do końca programu. Wzbogacają nas także komentarze, głosy dyskusyjne. Lubię tę atmosferę niezależnie od pory roku. Dziękuję raz jeszcze za przysłany prezent. Nadal będę nadsyłać korespondencje do Panów. Nieodparta jest bowiem siła pogawędek w „Wieczorze płytowym”.

Jacek Kaczmarek Łódź

Ponownie dziękujemy za tak liczny odzew z Waszej strony i zapraszamy na kolejne Wieczory Płytowe w każdą o niedzielę o godz. 22.

***

Tytuł audycji: Wieczór płytowy

Prowadzili: Tomasz Szachowski i Przemysław Psikuta

Gość: Piotr Metz

Data emisji: 31.01.2021

Godzina emisji: 22.00

Czytaj także

Chicagowski sznyt

Ostatnia aktualizacja: 20.09.2020 22:00
W audycji tym razem słuchaliśmy płyt: "Chicago II" zespołu Chicago oraz "Yankee Hotel Foxtrot" grupy Wilco.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Złota era disco

Ostatnia aktualizacja: 04.01.2021 14:42
W audycji słuchaliśmy kultowej ścieżki dźwiękowej z filmu "Gorączka sobotniej nocy" oraz debiutanckiej płyty Grace Jones.
rozwiń zwiń